piątek, 30 maja 2014

Zaślubieni

Przybywając z gór (Koyasan) nad morze do Futami-cho, zamieszkaliśmy kilkaset metrów od jednego z najbardziej rozpoznawalnych widoków Japonii - Meoto Iwa.

Między skałkami zamiast tankowca częściej pokazuje się wschodzące słońce. :)

Jest to miejsce uświęcone, czyli jak to wcześniej opisywałem, mające status yorishiro. Dwie przybrzeżne skały symbolicznie powiązane sznurem shimenawa uosabiają parę bóstw - Izanami i Izanagi, z których działania narodziły się wyspy japońskie. Tak, tak, to pramamusia i pratatuś wszystkich Japończyków!

Owi rodziciele nie byli pierwsi na tym świecie. Mają w mitologii japońskiej swoich przodków liczonych w kilku pokoleniach. Cofając się do pierwszych bóstw shintō, wkraczam w galimatias prapoczątków świata, co do których autorytety nie są zgodne. Czy bogowie byli pierwsi i ustanowili świat materialny, czy też świat już istniał, kiedy pierwsi bogowie otworzyli oczy? Jajko czy kura? Kura czy jajko? Dyskusje trwały, trwają i trwać będą, ponieważ shintō nie jest scentralizowaną i jednoznacznie skodyfikowaną religią, na kształt katolicyzmu, którego dogmaty i procedury ustala zarząd firmy z siedzibą w Watykanie. Shintō jest ludycznym, animistycznym systemem wierzeń, na który składa się wiele szkół, sekt i interpretacji. Mimo że stał się formalnie religią państwową już w drugiej połowie XIX w., kiedy chciano usilnie podnieść prestiż osoby cesarza będącego w prostej linii potomkiem bóstw shintoistycznych, do dziś funkcjonuje jako system rozproszony. Nie będę dłużej przynudzał, tylko przyjmę następującą wersję: pierwszy był świat materialny (czyli jajko, bo taką mniej więcej strukturę miał nieuporządkowany pierwotny wszechświat shintō), a potem przybyli bogowie (czyli przyjmijmy, ta nasza kura, bo nie ma już z dylematu jajko/kura nic więcej do wyboru). Dlaczego ta wersja? Żeby świat był ciekawszy! Bo wszędzie w świecie zachodnim mamy od dwóch tysięcy lat do czynienia z wszechmocnym stwórcą wszystkiego! Tylko potem kupa ludzi drapie się po głowie i marszczy czoło nad pytaniami: a kto i kiedy, i z czego stworzył boga?! W wersji shintō preferowanej przeze mnie nie ma tego dylematu - bóg narodził się z trzciny, a więc najpierw była trzcina. Pierwszeństwo chronologiczne świata nad bogami to także wersja z książki Agnieszki Kozyry "Mitologia japońska". Najpierw wszechświat, potem życie, a na końcu bogowie - to brzmi pięknie i odświeżająco! Jestem przekonany, że również Bóg chrześcijański został stworzony przez Adama i Ewę, ale to teza na inną okoliczność.

Wróćmy do naszych niebiańskich kochanków i rodzeństwa jednocześnie - Izanami i Izanagi. Kiedy pojawili się na świecie, jajka już nie było. Oddzieliły się od siebie czyste niebiosa i nieczysta, ale pokryta wodą Ziemia. Para niezadowolona z niepełnego dzieła stworzenia cisnęła w ten ocean włócznią, a z kropli po impakcie zrodziła się pierwsza wyspa: Ono-goro-jima - centralny punkt Ziemi. Nie trzeba dodawać, że centralny punkt wraz z powstałymi z dalszego nakrapiania kolejnymi wyspami zasiedlili Japończycy.

Nie dziwi zatem, że te dwie skały są tak ważne dla Japończyków. Istnienie i stworzenie zatoczyły tu ciekawy krąg - ci, którzy stworzyli największe wyspy japońskie oraz spłodzili wiele innych bóstw, i w ten sposób, w długim ciągu kolejnych pokoleń dali życie Japończykom, ostatecznie przez swoje odległe w czasie dzieci sami zostali zaklęci w dwie niepozorne, ledwo wystające z wody skałki.

Kilka ciekawostek z Meoto Iwa.

Zaślubione skały symbolizują w szerszym znaczeniu męża i żonę, a łącznie - związek małżeński. We wszystkich informacjach turystycznych znajdziecie ujęcie, które wkleiłem na początku, natomiast rzeczywistość wygląda tak:



Mamy więc tu związane węzłem małżeńskim rodzeństwo oraz wokół nich małą gromadkę dzieci, czyli rodzące się wyspy japońskie.



Wiozący nas dzisiaj na dworzec kierowca hotelowy skarżył się, że współcześnie płci przypisane symbolicznie obu skałom zamieniły się miejscami - duża skała symbolizuje dziś żonę, a malutka (prawdopodobnie szybciej ulegająca erozji) męża. Kierowca niby śmiał się z tego dowcipu, ale w jego oczach wyraźnie kręciły się łzy jakiejś domowej maltretacji.

Codziennie pod oknami naszego hotelu, około godziny czwartej nad ranem, w kierunku zaślubionych skał rozpoczyna się przemarsz wycieczek szkolnych, chcących uchwycić wschód słońca pomiędzy kamienną parą małżonków. To jest moment, kiedy musimy wstać i zamknąć okno, odcinając się od szumu fal i uczniowskiego gwaru, a także chwila, kiedy wydaje się nam, że my też któregoś dnia o świcie tam pójdziemy. To tylko chwila, bo już w następnej, kiedy okno jest zamknięte, powieki stają się cięższe od marzeń i jedyne, na co nas stać, to sen o najpiękniejszym wschodzie naszej wyprawy. Kiedy zaś powieki podnoszą się ponownie, słońce huśta się wysoko na niebie, a uczniowie bogatsi o kilka rewelacyjnych ujęć zasłużenie odsypiają nocne eskapady.

Przy skałach toczy się uświęcone życie, czyli biznes polegający na obecności małej świątynki i wielu kramów z pieczęciami, wróżbami, pamiątkami itp. 




Pieczę nad obrotem i profitami sprawują dziewice miko, czyli niby normalnie, jak w wielu świątyniach shintō. Wokół jest jednak dziwnie dużo kamiennych żab. 


Dlaczego żaby w miejscu symbolizującym święty związek małżeński? Otóż stojąca tu świątynka poświęcona jest kami Sarutahiko, odpowiedzialnemu m.in. za bezpieczną podróż.


Kto zaś bezpiecznie podróżuje, bezpiecznie wraca do domu, prawda? 


W języku japońskim czasownik określający powrót do domu, podobnie jak rzeczownik określający żabę, wymawia się kaeru (mimo że zapisuje się całkowicie inaczej). Ot i zagadka rozwiązana: żaba przez fonetyczną zbieżność stała się tu symbolem bezpiecznego powrotu do domu i zasiada dumnie obok skamieniałych bogów.


My, zaślubieni z morzem, pozdrawiamy serdecznie. :)

12 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa opowieść.
    Podoba mi się też Twoja teoria jajo-kurzo-bogowa. :)
    A żaby są w porzo, więc nie mam nic naprzeciwko, że zasiadły na tym japońskim piedestale. :)

    PS. Dodam jeszcze tylko, że gdybym była tam z Wami, to już ja bym wpłynęła (co najmniej na Gosię) i wschód słońca byłby nasz! Patrz: ubiegłoroczny wypad nad Bałtyk. :D

    Uściski dla Was obojga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz Jolu, a u mnie żelazna konsekwencja! Wtedy chrapałem i dzisiaj chrapię!

      Usuń
  2. Żaba jako symbol bezpiecznego powrotu do domu - to ciekawe. Myślę, że w naszym kraju żaby są niedoceniane. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba, że w kawałach :) Witaj!

      Usuń
  3. Robercie, z wielką przyjemnością czytam Twoje notatki. Podziwiam Twój sposób formułowania myśli, erudycję i dowcip. Jestem Ci także wdzięczna, że dzieląc się swoimi wrażeniami poszerzasz mój horyzont i wzbudzasz chęć wyjechania choćby kilka kilometrów od domu, w którym ugrzęzłam. Nie wiem, czy zdołam stosownie skomentować kolejne Twoje wpisy, ale na pewno pozostanę wierną czytelniczką. Pięknego dalszego oswajania drogi Ci życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję z rumieńcem na twarzy :)

      Usuń
  4. Melduje, ze przeczytalam calosc od poczatku.
    Znakomite uzupelnienie tego, co juz znam z bloga Gosi. Nieco inne spojrzenie, wiecej Gosi na zdjeciach, ale rownie zajmujaca relacja z Waszej podrozy zycia. Na pewno z zaangazowaniem bede czytala nastepne meldunki z drogi.
    To bylam ja, mama Buleczki :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pantero z ust mi to wyjełaś ,nie będę się więc powtarzać :)

      Usuń
    2. Tylko małe sprostowanie ,nie jestem mamą Bułeczki ;)

      Usuń
  5. Mnie też coś szepcze do ucha że to Adam i Ewa stworzyli Boga :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dojechałam do końca, teraz będę na bieżąco. Pisałam na początku i zdania nie zmieniam: świetne teksty. Czyta się z przyjemnością, zawierają opisy tego co widziałeś i osobiste refleksje. No i uporządkowałam sobie przebieg podróży.
    Zostaję na dalszą część drogi. Niech będzie ciekawa i bez żadnych wpadek.

    OdpowiedzUsuń
  7. ...i już by Połówka szalała, uwielbia żaby, he he he...

    OdpowiedzUsuń