czwartek, 21 maja 2015

Okawachiyama - 20 maja - cz. 1

Dzisiejszy wyjazd do Okawachiyama przez Aritę to podróż intymna. Nie ma w niej miejsca na dużą skalę, nowoczesność i szybkie tempo. Są za to lokalne koleje z kameralnymi dworcami i ministacyjkami, zielone krajobrazy złożone z gór połączonych rolniczymi aluwiami oraz wiejska zabudowa, na tyle ekstensywna, że można wyraźnie oddzielić osady od rozległych pól i łąk, a nawet, co tutaj rzadkie - lasów. Ten rozkład zabudowy i wolnej zielonej przestrzeni trochę w swojej naturze europejski, zachodni. Bardzo różny od totalnej zabudowy dywanowej, którą pamiętamy z okolic wielkich aglomeracji Tokio, Osaki czy Kioto, gdzie granice między poszczególnymi miejscowościami są absolutnie umowne, a skrawek lądu nadający się pod uprawę ryżu jest rarytasem.

Prowincjonalny krajobraz Kiusiu.
Krajobrazom dzisiejszej wycieczki azjatyckości ujmuje także fakt, że właściwie w ogóle nie występują tu pola ryżowe. Same "suche" uprawy. Nieodgadnioną ciekawostką kalendarzową wydarzeń za oknami pociągów były... żniwa przeprowadzane, jak to w Nihonie, miniaturowymi kombajnami. I proszę: nawet kombajny były dzisiaj kameralne. Co oni żęli w środku maja? Hmmm... Było suche, żółte i trochę niższe od naszego żyta i pszenicy. O więcej nie pytajcie!


Kombajnik na żniwkach.
Magia krajobrazu uciekającego w tempie naszej jazdy, tempie, dodajmy, pociągu osobowego spowolnionego, była nieodparta do tego stopnia, że Gosia, która rok temu nie miała okazji poznać krajobrazów Tohoku i Hokkaido uznała, że Kiusiu to najpiękniejsze przyrodniczo i krajobrazowo miejsce na wyspach japońskich. Przytaknąłem, chociaż, jak się później okazało, najlepsze było jeszcze przed nami.


Uprawa ogródka w sąsiedztwie cmentarza.
Oba miasteczka, w których zatrzymaliśmy się w związku z przesiadkami - Arita oraz Imari, gdzie mieliśmy tyle czasu, aby pokręcić się w bliskości dworców, wpisywały się w dzisiejszy nastrój zabudową nieprzekraczającą dwóch pięter, niewielkim ruchem ulicznym, który pozwalał na wkroczenie na środek ulicy i spokojne wykonanie zdjęcia.

Kameralna zabudowa w Arita.
Wyjazd z Fukuoki, gdzie rezydujemy, odbył się jeszcze wcale wypasionym pociągiem osobowym przyśpieszonym (ltd. express) z kilkunastoma wagonami i lotniczymi fotelami. Ale już od Arity przesiedliśmy się do pojazdu szynowego o nazwie pociąg, chociaż na oko to raczej tramwaj. I to mały tramwaj.

Pociąg to czy tramwaj?
Składał się bowiem z jednego wagonu, którego front zajmował motorniczy (udający maszynistę) z obrotową wajchą do przyspieszania i hamowania (jak w starych tramwajach). Reszta przestrzeni była wspólna dla kilku pasażerów uprawiających głównie inemuri. Parę siedzeń w kierunku jazdy, reszta - ława wzdłuż okien. Tramwaj jak nic!





Otoczenie ewidentnie dawało się jednak nabierać na jego pociągowy kamuflaż: miał kolejowe tory zamykane szlabanami i dzwoniące przejazdy, maluteńkie i zapuszczone stacyjki kolejowe z zatartymi nazwami i tak nikomu niepotrzebnymi, bo swoi dobrze je znają, a żaden obcy nawet nie pomyśli, żeby tu wysiąść.







Pasażerki na stacyjce w Meotoishi



Ostatni etap podróży odbyliśmy lokalnym autobusem, na który bilet kupiłem w automacie na stacji w Imari.


Uda się czy nie uda?

Moment. 
Nie śpieszmy się.
Stacja w Imari też zasługuje na kilka słów. Są to słowa o niezależnym współistnieniu różnych linii kolejowych. Podmiotów prowadzących usługi kolejowe jest w Japonii ponad 100! Dominującą firmą jest Japan Railways (JR), podzielona na kilka regionalnych branży (zarządzają ok. 70% infrastruktury). Za nią plasuje się kilkanaście większych prywatnych firm kolejowych. Potem cała reszta, wliczając w to obsługę szynową aglomeracji z metrem i tramwajami. I nie działa to jak w Polsce czy innych europejskich krajach, gdzie wybudowano jeden system, który z czasem podzielono na poszczególnych właścicieli i zarządców, łącząc to z prywatyzacją. Tutaj budowano niezależnie, od podstaw. W proces inwestycyjny włączone były państwo, prywatne podmioty gospodarcze (w tym potężne zaibatsu) oraz zainteresowane rozwojem infrastruktury samorządy. Efektem są niezależne torowiska i oddzielne stacje kolejowe (czasem tylko oddzielne perony). Jak oni to wszystko pouzgadniali między sobą? Jak koordynują rozkłady jazdy? Nawet nie próbuję się dowiedzieć! Wystarczy zajechać do Tokio, żeby się przekonać, jaki galimatias (na pierwszy rzut oka) panuje w nazwach i obsłudze poszczególnych linii. Ale jest to rewelacyjnie skoordynowane i zsynchronizowane. Pisałem w zeszłym roku, że aby przejechać z lotniska Haneda do Tateishi, gdzie wtedy mieszkaliśmy, nie wysiadając z pociągu, byliśmy na jednej trasie obsługiwani przez trzy różne podmioty. Pociąg się nie zmieniał! Zmieniała się dwukrotnie cała obsługa! "Dziękujemy za wybranie linii X i mamy nadzieję, że wrócicie państwo do nas! Prosimy nie opuszczać wagonów!" - mówił jeden miły głos. "Witamy serdecznie w pociągu linii Y i mamy nadzieję, że podróż z nami upłynie państwu w miłej atmosferze" - za chwilę zapewniał kolejny. Po kilkunastu minutach sprawa się powtarzała. W pierwszym dniu byłem całkiem skołowany i rozważałem nawet rzucenie się na tory. Ale tak to tutaj działa. Z naciskiem na "działa".
Dworzec, a właściwie dwa dworce w Imari są jednym z ciekawych przykładów tego cudactwa. Miasto obsługiwane jest przez dwie linie: JR Kyushu oraz Matsuura Railway. Ich linie zbiegają się z dwóch stron w jednym, centralnym punkcie miasta. Tu kończą się i rozdzielone są jedynie szerokością głównej ulicy. Aby je połączyć, wystarczyłoby wspawać pomiędzy nie jakieś 100 mb dodatkowych szyn. Ale nikt tego nie zrobił, bo to firmy konkurencyjne. Tak więc po dwóch stronach szerokiej ulicy stoją dwa małe dworce

Widok (Google) na oba dworce i łącznik nad centralną ulicą.
Każdy z nich ma kasy, informację turystyczną, sklepy, poczekalnie, perony itp. Można iść do dowolnego z nich i sprawdzić najbliższą kombinację połączenia z Fukuoką (tak zrobiłem), a potem powędrować łącznikiem zawieszonym nad ulicą na drugi dworzec i skonfrontować tamtejszą ofertę z tutejszą (też tak zrobiłem).

Ślepy tor w Imari

Łącznik między dworcami.

Po prezentacji dokonujemy wyboru oferty i... wygrywa firma Matsuura.
Wracamy do autobusu obsługiwanego oczywiście przez inną firmę - miejską.
Czy wspominałem już, że jazdę autobusem w Japonii można śmiało porównać do jazdy autobusem w Korei? Można. Z tym, że wypada to tak jak porównanie leniwego bujania się w hamaku w upalny letni dzień do pierwszego w życiu skoku ze spadochronem, bez pewności, że się ten spadochron ma.
Pan kierowca japoński ma białą koszulę, najczęściej pod krawatką, białe rękawiczki i służbową czapkę kroju okrętowego z przyczepionym mikroportem, przez który bez przerwy wita i żegna pasażerów oraz informuje tych, co wsiedli, a jeszcze nie wysiedli, gdzie jadą, że np. teraz to są światła czerwone, więc uwaga, proszę państwa... stajemy, o, a teraz są zielone, więc... uwaga... ruszamy. Mówiąc to wszystko bardzo miłym, spokojnym i przyciszonym głosem, wśród uśmiechów i ukłonów stara się nie przyśpieszać i nie hamować zbyt gwałtownie, a także nie przekraczać 35 km/h (na moje oko). Wszyscy w autobusie są zrelaksowani czułą opieką i odpowiedzialnością pana za kółkiem. Zastanawiam się, czy z polskiej perspektywy nie brzmi to jak wydumana historia, ale tak to naprawdę się tutaj odbywa. 
Zaś w autobusie koreańskim... No cóż, niemal wszystko jest odwrotnie. Nawet strona ulicy, którą porusza się pojazd, chociaż w przypadku niektórych tras w Korei miałem co do tego wątpliwości.

Te małe dworce, ciche perony, jednowagonowe tramwaje udające pociągi, spokojnie prowadzone autobusy z siedzeniami niezapełnionymi nawet w połowie, które złożyły się dziś na naszą podróż mają jeszcze jedną wielką zaletę. W takich kameralnych klimatach świetnie obserwuje się ludzi. Można jasno dostrzec mimikę, gest i generalnie mowę ciała. Dialogi stają się wyraźne. Mimo braku zrozumienia treści, łatwo odczytać emocje, jakie zapisane są w tembrze głosu i intonacji. 
Nie chciałbym się powtarzać, ale jeśli w przyszłości znowu zatrą się obrazy i dźwięki, które tu na wyspach wschodzącego słońca oglądam codziennie, to wolę utrwalić w sobie to przekonanie, że fenomen Japonii w moim odbiorze to nie supernowoczesność, metropolie z niezliczonymi drapaczami chmur, autostrady i shinkanseny, ale relacje społeczne oparte na życzliwości, szacunku i zaufaniu, niedoścignione dla żadnej innej kultury. Teraz, kiedy na każdym kroku doświadczam tego naocznie i namacalnie w ich postawach, ukłonach, spojrzeniach, uśmiechach i dziesiątkach innych form komunikacji, chcę siebie zapewnić: to nie jest miraż, ci ludzie naprawdę tak sobie ułożyli życie. Zapamiętaj to, żebyś wiedział, za czym będziesz tęsknił.

Nie jestem, mam nadzieję, jakimś nieuleczalnym marzycielem. Wiem, że jest w Japonii nieuczciwość (korupcja), przestępczość (Yakuza), wysoki wskaźnik samobójstw, hikikomori i ijime. Jest historia II WŚ i bezwzględna agresja wobec najbliższych sąsiadów. Nie wynaleziono tu żadnego człowieka idealnego, choć statystyki mówią, że przeciętny Japończyk żyje najdłużej. Nie znam jednak drugiego kraju, w którym czułbym się tak komfortowo i bezpiecznie, obserwując, jak jego mieszkańcy żyją i funkcjonują jeden obok drugiego, oraz, przede wszystkim, jeden dla drugiego. Moja codzienna radość to dziesiątki takich małych wydarzeń.

Jak opisać te subtelności, żeby nie przerodziły się w przesłodzony kicz? A jak namalować zachód słońca za zamglonymi górami? Jak dodać to tego szum strumienia i śpiew ptaków? Nie da się. Taki obraz niemal na pewno będzie kiczem, choć w naturze będzie cudownym spektaklem. Nawet nie będę próbował.

No właśnie, jeśli chodzi o góry, mgłę, zachód, ptaka oraz strumień, to taki spektakl, w sensie dosłownym, przeżyliśmy dzisiaj w późniejszych godzinach z udziałem wioski Okawachiyama, ale teraz czas na spektakl pod szyldem Morfeusza, więc, drogi pamiętniku, spiszę to kiedy indziej.




Tymi Drzwiami do pozostałych zdjęć.

środa, 20 maja 2015

Seul - 3 maja

Długo się spało i długo się pisało tego ranka.  Wyjechaliśmy dopiero o 14., po śniadaniu zjedzonym w domu. Jest to jedna z zalet wycieczki trwającej okrągły miesiąc: niecodziennie trzeba gnać, żeby nasycić organizm zwiedzaniem. Co kilka dni pozwalamy sobie na chwilkę przerwy. Potem za to gnamy w zdwojonym tempie! My jeszcze wytrzymujemy - podeszwy butów już nie bardzo.

Żeby sobie trochę ulżyć, nauczyliśmy się korzystać z lokalnych autobusów w celu podwózki do metra. Zamiast więc pedałować per pedes 1,5 km pod górkę, pojechaliśmy autobusem 421 do stacji Itaewon, gdzie miła i znana nam już pani w informacji turystycznej zrobiła telefoniczną rezerwację na spektakl Miso w teatrze Jeongdong. To na wieczór, więc mamy trochę wolnego czasu.

Przemieściliśmy się do stacji Chungmuro na zwiedzanie Namsangol Hanok Village położonej przy wejściu do parku u podnóża góry Namsan w centrum Seulu.

Po wyjściu z metra obraliśmy jednak zły kurs i trafiliśmy przypadkowo do Korea House, instytucji pielęgnującej i promującej tradycję koreańskią przez organizację wystawnych królewskich posiłków według oryginalnych historycznych przepisów, a także bankietów, spektakli śpiewu, tańca i muzyki, prowadzenie warsztatów kulinarnych, artystycznych i rzemieślniczych, i innych imprez. Wszystko to w Korea House odbywa się w eleganckim otoczeniu tradycyjnej architektury i wystroju wnętrz.

Miałem ten obiekt na przygotowanej wcześniej liście turystycznych celów, ale nie spodziewałem się, że dzisiaj tu trafimy. A trafiliśmy w dziesiątkę. Jedną z tradycji organizowanych w Korea House są ceremonie ślubne, i właśnie na taką przypadkowo wpadliśmy. Jesteśmy świadkami tradycyjnego koreańskiego ślubu. Ceremonia ta kojarzyć się może z przedstawieniem teatralnym, bo każdy z jej uczestników ma do odegrania ściśle określoną scenariuszem i naładowaną symboliką rolę. Odbywa się na dziedzińcu Korea House. Młoda para ubrana jest w uroczyste odmiany tradycyjnego stroju hanbok: on ma na sobie gwanbok, ona - hwarot. Jednakże ich rodziny nie są tym zobowiązane. Wszyscy panowie ubrani są współcześnie, jedynie część pań ubrana jest w hanboki.

Jeden z pawilonów otaczających dziedziniec odgrywa pasywną rolę domu rodzinnego panny młodej. Gra polega na tym, że ona przebywa w swoim domu i jeszcze nie miała okazji poznać swego przyszłego męża. Dziś oboje zobaczą się po raz pierwszy. Pan młody pojawia się w małej bramie ustawionej w narożniku dziedzińca, pomiędzy dwoma pawilonami. W historycznym oryginale powinien podjechać pod jej dom na wierzchowcu. Witany jest przez mistrza ceremonii, który doprowadza go pod drzwi, za którymi skrywa się obiekt jego pragnienia. 

Potem następują kolejne kroki: mycie rąk, aby na nową drogę wkroczyć z czystym ciałem i umysłem, ukłony nowożeńców wobec siebie wzajem (on raz, ona dwa razy, co ma symbolizować męskie yang i żeńskie yin) oraz podawanie sobie napoju w czarkach z tykwy symbolizujące jedność. 

Wszystkie te sceny odbywają się w iście żółwim tempie, co w kontraście do współczesnego koreańskiego "ppalli! ppalli!" wyrażającego pośpiech dominujący w codziennym życiu dobitnie lokalizuje akcję w historii kraju. Hwarot panny młodej jest wielowarstwowy i zapewne krępuje jej ruchy. Nieustannie pomagają jej dwie asystentki. Przez cały czas podtrzymują jej ręce z przerzuconymi przez nie szerokimi białymi szarfami, za którymi skrywa tajemnicę swojej urody.

Kiedy w jednej ze scen spektaklu pan młody prezentował rodzinie swojej wybranki dziką gęś (drewnianą) jako symbol chęci i zarazem obietnicę spędzenia z nią reszty swojego życia, mojej wyobraźni puściły wodze i odłączyła się od dziejącego się przed moimi oczyma spektaklu.

Tradycyjny ślub nie jest w tym kraju li tylko symbolicznym spektaklem. Jest wyrazem faktycznego silnego związku szeroko pojętej rodziny, a w niej małżeństwa, z wielowiekową tradycją, która hierarchię i zależność stawia ponad przemijalną i egoistyczną afektacją.

W Korei od wieków rodzinne klany zwane bongwan prowadzą księgi historii rodzinnej - sijo - i mimo że zależności i wzajemna pomoc (zwana: keunjip) niesiona w ramach klanu nie ma już dzisiaj istotnego znaczenia ze względu na rozproszenie klanów i rodzin, to wciąż Koreańczycy przywiązują dużą wagę do pochodzenia kandydatów na małżonków.
W związku z tradycjami klanowymi małżeństwo jest nie tylko kontraktem między dwojgiem ludzi, ale również, a czasem przede wszystkim, połączeniem dwóch rodzin.
Tak więc mimo olbrzymiego skoku gospodarczego i w ślad za nim kulturowego kojarzenie par w celach matrymonialnych wciąż aranżowane jest przy pomocy pośredników. Taka usługa - pomoc - nosi nazwę jungmae i może być wykonana przez członków rodziny (rodziców), przyjaciół, a także bardzo często przez profesjonalne swatki (jungmae-in) lub coraz popularniejsze firmy matrymonialne. Pomocnicy, po szczegółowym sprawdzeniu referencji kandydatów, ustawiają pierwszą randkę zwaną seon. Jeśli są w tę pomoc zaangażowani przyjaciele, to rozpoczyna się wspólną biesiadą, z której po jakimś czasie pomocnicy "znikają", dając bohaterom tej gry (o życie - jak by nie było) szansę na intymniejszą rozmowę. Jeśli na takim spotkaniu pojawi się "chemia", to młodzi umawiają się na kolejne spotkania... aż do skutku, który w pozytywnym przypadku następuje po kilku miesiącach do roku (statystycznie). Ponieważ w randce typu seon wszystkie dane kandydatów zostały z wyprzedzeniem przez rodziny sprawdzone i zaakceptowane, to wszyscy tylko zacierają łapki, żeby młodzi przypadli sobie do gustu i nie marnowali rodzinnej energii (oraz kasy). Mamy jednakże XXI wiek i ostatnie zdanie należy do kandydatów. Ci czują jednak presję otoczenia i... sytuacja lekko się zapętla...
Firmy zajmujące się swataniem zrobiły z tego przedmiotu quasinaukowy, profesjonalny przemysł. Firma DUO opisywana przez Daniela Tudora skonstruowała ankiety składające się ze 150 pytań, na które musi odpowiedzieć kandydat na listę matrymonialną. Dane o statusie osoby, jak pochodzenie, wyształcenie, praca itp. muszą być potwierdzane dokumentami. Przygotowane przez firmę specjalne algorytmy przetwarzają setki danych i z bazy obejmującej nawet tysiące kandydatów... entliczek-pentliczek - (wciśnij) zielony guziczek... wyskakuje kompatybilna grupka płci przeciwnej. Taka grupa o zbliżonym statusie społecznym i poglądach na życie to inmaek. Listę inmaek omawia się szczegółowo, a potem, jak w przypadkach z poprzedniego akapitu, organizuje się seon... itd... oraz żyli długo i szczęśliwie.
Co jednakże z tą miłością? - zapyta niejeden.
W krajach konfucjańskich zawsze była z tyłu - odpowiem. 
Młodzi Koreańczycy mają pragmatyczne podejście do małżeństwa. "Nie szukam przyjaciela, tylko męża" - powie dzisiaj statystyczna dwudziestodziewięciolatka na wydaniu. "To świetnie, jeśli pojawi się miłość, i zapewne się pojawi, ale będę miał większą szansę na stabilny i mocny związek, jeśli cechy i preferencje mojej żony zbiegną się z moimi" - rzeknie trzydziestojednolatek z księgi koreańskiego GUS-u. "Poza tym, nasze rodziny oczekują od nas świadomego wyboru" - dodadzą jednomyślnym głosem.
Jakie więc są te świadome preferencje koreańskich młodych? Układają się dokładnie w odwrotnej kolejności - mówi szef kolejnej firmy matrymonialnej pan Cha. Kobiety oceniane są głównie przez wygląd. Oczekiwania wobec nich układają się procentowo według jego badań następująco: twarz - 30; rodzina - 25; wiek - 20; wykształcenie - 15; praca -10. Oczekiwane przymioty panów to kolejno: praca - 30; wykształcenie - 25; wzrost i wygląd -20; rodzina - 15; wiek - 10. Sukces firmy pana Cha, według jego mniemania, bierze się z dobrej kategoryzacji kandydatów. Te kategorie to: VIP, A, B, C i D. Po właściwej i uczciwej klasyfikacj i kandydatom łatwiej zaakceptować partnera z własnej grupy. Np. pani z grupy C zaczyna jakby pojmować, że szlachetny rycerz na białym rumaku (kat. VIP), to nie ta bajka. Oczywiście im wyższa kategoria, tym większe premie za sukces dla pana Cha.
Korea jest targowiskiem urody i pozycji, wyglądu i statusu. Na punkcie tych wartości bardzo wielu Koreańczyków ma obsesję, która wytycza ich cele i styl życia. To jest ich wyścig szczurów.
Młoda para właśnie przekroczyła umowną linię między sporządzaniem listy życzeń i oczekiwań a ich weryfikacją i spełnieniem. Są już małżeństwem. Czas pokaże, w którą część statystyk wpisze ich przeznaczenie. Mimo rozbudowanych systemów swatania, podobnie jak w większości krajów współczesnego świata, liczba rozwodów stale rośnie. 

Przekroczenie linii wejścia w związek jest też momentem, kiedy w tradycyjnym systemie młodą żonę wykreśla się z rodzinnego sijo i wpisuje do sijo rodziny męża. Podobnie jak w Polsce przywilej kontynuacji rodu przypada wyłącznie mężczyznom. 

Po mniej więcej godzinie ślub dobiega końca. Ileż to można sobie wyobrazić w ciągu tak krótkiego czasu - myślę, kiedy moja wyobraźnia wraca na swoje miejsce. Po tradycyjnych zaślubinach pan młody wykonuje karaoke, wkładając w liryczną pieśń całe serce, a także płuca, przeponę, krtań i struny głosowe. W tym związku musi być jednak chociaż odrobina szczerej miłości!
Potem scenę opanowuje grupka kilku przyjaciół i wykonuje nowoczesny taniec o choreografii w stylu K-pop. 
Po ślubie, kiedy wycofujemy się do wyjścia, ktoś pyta, czy nam się podobało. Oczywiście! 

Potem znajdujemy polecaną przez Olę herbaciarnię, ale jest nieczynna niestety. Idziemy więc do zwykłej kawiarni na kawę mrożoną. Przez szybę kawiarni obserwujemy starszą parę, przygotowującą i sprzedającą z małego ulicznego stoiska na dwóch kółkach odeng - szaszłyki z ciasta rybnego z zupką, w której się gotują, do popicia. Robią też ciastka ze słodkim nadzieniem z czerwonej fasoli. Oba produkty zakupiliśmy od nich, idąc do Namsangol. Były pyszne! Ona krząta się bezustannie. Jeśli nie ma klientów, przewraca foremki z piekącym się ciastem, układa sprzęt, przeciera blat. Bierze na siebie prawie cały wysiłek prowadzenia mikroskopijnej gastronomii. On rusza się czasami, ale na tyle powoli, aby dać się kobiecie wyprzedzić i móc znowu spocząć. O ile ona jest żołnierzem tej armii, to on zdecydowanie wybrał rolę stratega. Głównie rozgląda się i myśli. Wydaje się, że dobrze się czują w swoich rolach. Potwierdza to starą prawdę, że dla udanego związku nie ma znaczenia, czy jesteś wrednym gnuśnym mrukiem, czy pracowitym entuzjastą. Ważne, jak czuje się z tym twój partner. Zastanawiamy się, czy panowie DUO i Cha też o tym wiedzą.


Tradycyjnie - kilka fotek Za Moimi Drzwiami.

poniedziałek, 18 maja 2015

Fukuoka - 16 maja

Okita Sōjirō Fujiwara no Harumasa był genialnym dzieckiem. Pochodzenie z rodziny samurajów (Okita) oraz jednego z najstarszych arystokratycznych klanów (Fujiwara) zobowiązywało do tego, aby jego geniusz przejawiał się w konkretnej dziedzinie - niedoścignionym wywijaniu kataną. Naukę rozpoczął w wieku 9 lat pod okiem swego przybranego wuja Kondo Shusuke, który był trzecim z kolei wielkim mistrzem szkoły Tennen Rishin Ryu. 
Mając 18 lat,opanował do perfekcji wszystkie znane techniki szkoły ryu, uzyskując licencję Menkyo Kaiden - osiągnięcia najwyższego rozwoju. Rok później mianowany był na głównego trenera szkoły.
Był początek lat 60. XIX w. - nadchodził czas wielkich zmian w Japonii przyzwyczajonej od 250 lat do pełnej izolacji od świata zewnętrznego, do spokoju społecznego utrzymywanego silną ręką bakufu - wojskowych rządów shogunów rodu Tokugawa. Kilka lat wcześniej świat zewnętrzny - świat Zachodu, który rósł w siłę wraz z jego nienasyconą rządzą eksploracji każdego zakątka globu, upomniał się o Japonię. Szantarzem militarnym, popartym techniką, na widok której feudalni Japończycy mogli tylko przecierać oczy, komandor Perry, wysłannik prezydenta USA, wymusił w 1854 roku na shogunie traktat o otwarciu Wysp na współpracę z Zachodem. 
Władza shogunatu kruszała już od pewnego czasu. Podpisanie haniebnego traktatu z Amerykanami wznieciło oczywisty silny sprzeciw dużej części Japończyków, którzy pod hasłem sonnō jōi (czcić cesarza, przepędzić barbarzyńców) utworzyli  wokół osoby cesarza, będącego od setek lat kulturową marionetką, obóz niezadowolonych . Wojna domowa wisiała na włosku.
Władza shogunów usytuowana była od dwóch i pół wieku w Edo (dzisiaj Tokio), podczas gdy cesarz-kukiełka przebywał w swoim pałacu w Kioto. Tam więc skupiał się również ferment polityczny, który zwolennicy shoguna próbowali kontrolować.
Okita Sōji, który wybrał wierność shogunatowi, został delegowany z Edo do Kioto w 1863 roku, aby wraz z innymi samurajami strzec shoguna Iemochi w jego misji do cesarza. Na własną prośbę część tej grupy, po wypełnieniu zadania, pozostała w Kioto, aby stworzyć rodzaj policji mającej pilnować porządku w mieście cesarza. Oddział ten nazwano Shinsengumi. Okita Sōji był wśród nich. Kiedy rok później stronnicy cesarza zamierzali podpalić Kioto i korzystając z zamieszania pojmać Matsudairę Katamori, odpowiedzialnego za porządek w mieście z nadania shogunatu, Shinsengumi w brawurowej akcji pocięli na plasterki ośmiu niedoszłych podpalaczy, a dwudziestu trzech aresztowali. Wtedy narodziła się ich trwająca do dziś sława. 
Okita był kapitanem żywej legendy - pierwszego oddziału Shinsengumi. Był geniuszem szermierki. Miał dopiero dwadzieścia lat. Czy trzeba się w ogóle zastanawiać, co czuły kobiety na jego widok? To oczywiste! Snuły marzenia, traciły zmysły oraz mdlały! Świat i kobiety leżały zgodnie u jego stóp.
Historia dopisuje jednak w tym miejscu tragiczny wątek - Okita Sōji zachorował na nieuleczalną wówczas gruźlicę. Kiedy kilka lat później, w 1868 roku, gdy jego towarzysze zmierzali nieuchronnie w stronę ostatecznej klęski w wojnie boshin, on samotnie umierał w szpitalu w Edo. Legenda Shinsengumi przegrała swoją sprawę, on w wieku 25 lat przegrał życie. Jego grób znajduje się w Tokio w świątyni Senso-ji, którą odwiedziliśmy rok temu. Udostępniany jest zwiedzającym tylko raz w roku, w rocznicę jego śmierci, w czerwcu.

Okita Sōji - idealna postać dramatyczna, podobnie jak jego towarzysze i cała organizacja Shinsengumi, jest bohaterem niezliczonej ilości opowieści w świecie kultury masowej. Występuje w mandze, anime, filmach, książkach i teatrze. My spotkaliśmy się z nim 16 maja w teatrze Hakataza w Fukouce.

Wydało się! Od 15 maja jesteśmy w naszej ukochanej Japonii. Tak, ukochanej. Nie da się ukryć, że fascynacja tym krajem przekroczyła granice zdrowej psychiki. Może to kiedyś minie i życie stanie się bardziej normalne, bliższe nudzie i rutynie, ale tymczasem chodzimy po mieście z uśmiechem usuwalnym jedynie dłutem (Allen) i cieszymy się każdym gestem, słowem, ukłonem - pojawiającymi się w ramach tego endemicznego zjawiska, jakim jest japońska kultura, a w niej obyczajowość. Rozpoznaliśmy wszystkie te cechy natychmiast. Mimo że Korea dała nam tak wiele wspaniałych przeżyć, a pobyt tam udowodnił, że naród koreański, który przeszedł wstrząsy zrozumiałe być może tylko nacjom tak boleśnie doświadczonym jak Polacy, zasługuje na pełne zdumienie i wielki szacunek za swoje osiągnięcia, to jednak tu, w Japonii, leżą nasze serca i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek mogłoby je stąd wyrwać. Czy trzeba coś dodawać, aby dowieść poważnego stanu chorobowego? Niektórzy to właśnie nazywają miłością.

W maju na scenie Hakataza swoje spektakle prezentuje jeden z fenomenów japońskiej kultury - teatr Takarazuka z Osaki. O tym zjawisku za chwilę. Wróćmy jeszcze do bohatera - Okita Sōji. Historia jego życia, ubarwiona fikcyjnym związkiem uczuciowym z gejszą Tamayū i okraszona innymi wątkami dramatycznymi, spisana przez Shibatę Yukihiro - reżysera i scenarzystę teatru, stanowi pierwszy z dwóch aktów całego spektaklu. W tradycyjnej konwencji dramatycznej, udrapowanej we wspaniałe stroje epoki Edo, z ruchomymi dekoracjami, światłem i wieloplanem, świetnie grającymi głębię przestrzeni oraz muzyką zapisaną w lirycznej zachodniej harmonii, widownia otrzymuje emocjonującą i wzruszającą opowieść o honorze i waleczności samurajów, o pięknie i wrażliwości gejszy i o tragicznie przemijającej miłości, na krótko, ale niezwykle intensywnie wiążącej te dwa światy. 
Kobiety stanowią jakieś 95% widowni Takarazuki. 
Jakże wielkie pompy muszą być zainstalowane pod podłogą parteru, żeby odsączyć to morze łez wylane przez pełne trzy piętra żeńskiej widowni? Nie wiem. Wydajność była olbrzymia, skoro nikt nie utonął. Emocje wprost roznosiły teatralną przestrzeń, a burze oklasków oznajmiały kazdorazowe pojawienie się ulubionej... aktorki.

Historia życia Sōji to jednak dopiero przygrywka. Aby zrozumieć, przepraszam, aby SPRÓBOWAĆ zrozumieć fenomen Takarazuki, trzeba zajrzeć (dosłownie) pod aktorską podszewkę i poczekać na drugi akt spektaklu.

Pisałem powyżej, że 95% widowni to kobiety, tak? No a jak się mają genderowe sprawy w głębi sceny? Zajrzyjmy pod podszewkę.

Takarazuka to przedmieście Osaki, w którym linia kolejowa Hankyu miała sto dwa lata temu swój terminal. Pan prezes linii kolejowej Ichizo Kobayashi pragnął, w iście konfucjańskim poświęceniu służbie, wzrostu sprzedaży biletów kolejowych oraz większej i większej liczby turystów w gorących źródłach Takarazuki. W roli magnesu teatr on widział ogromny. Ponieważ wierzył, że tradycyjny teatr kabuki jest zbyt elitarny i w ogóle jakiś taki... passé, wpadł na koncept zatrudnienia trupy aktorskiej, która, korzystając z rosnącej popularności kultury zachodniej, ściągałaby turystów pieśnią i tańcem w stylu rewiowym. Dla kontrastu wobec kabuki zdominowanego aktorsko przez mężczyzn (łącznie z rolami kobiecymi) postanowił zatrudnić same panie. I tak to zostało do dziś. 
Kobayashi wykonał strzał w dziesiątkę. Po kilku latach panie miały swój własny teatr, a dzisiaj, po 102 latach, grają dla 2,5 mln widzów rocznie, zarabiając krocie dla wciąż tej samej linii kolejowej, a dla siebie sławę (o pieniądzach nie wspomnę). Ich życie poddane jest ścisłym rygorom i kodeksowi moralnemu mającemu zapobiec skandalom podobnym tym, które wyprowadziły kobiety z desek kabuki w XVII w. Co roku z tysięcy chętnych z całej Japonii wybiera się kilkadziesiąt, które dostają się do dwuletniej szkoły znanej ze swojej wysokiej dyscypliny. Po pierwszym roku paniom przydzielany jest gender. Od tej chwili do końca kariery połowa staje się otokoyaku - ścina włosy, chodzi szeroko rozstawiając nogi, siada z rozwartymi kolanami, gada władczo i zdecydowanie, starając się trzymać głos, który wszak nie przeszedł i nie przejdzie mutacji, na niskich rejestrach, a przede wszystkim uczy się tego, czego nie wolno grzecznym dziewczynkom - używać języka przypisanego w kulturze japońskiej wyłącznie mężczyznom. Obok innych elementów sztuki aktorskiej jest to być może najtrudniejszy obszar edukacji. Wbrew pozorom do roli otokoyaku wybiera się piękne, smukłe kobiety o wzroście ok. 170 cm. 
Druga grupa adeptek szkoły staje się musumeyaku, czyli przeznaczonymi do odgrywania ról kobiecych. Mimo że wymaga się od nich nie mniejszych umiejętności, to ze względów, o których poniżej, stają się jedynie tłem dla pierwszej grupy.
Można sobie wyobrazić androginiczne piękno Okity Sōji granego przez zjawiskową Sagiri Seinę, gwiazdę nr 1 zespołu Yuki (śnieg), bo Takarazuka podzielona jest na pięć, rywalizujących ze sobą grup dających różne na stałe przypisane spektakle. Ten dwuznaczny płciowo Okita hipnotyzuje z plakatu prostym spojrzeniem cudownych kobiecych oczu, otoczonych czarnym makijażem godnym Kleopatry. Ma lekko śniadą, pociągłą, gładką twarz młokosa i jednocześnie kształtne kobiece usta pociągnięte delikatną czerwienią szminki. Ciemne długie włosy upięte są w zwieszony z tyłu kucyk z dwoma zadziornymi bocznymi puklami podkreślającymi smukłość twarzy. Czy temu pięknu, wyzwolonemu z okowów płci, można nie ulec? Piszącemu te słowa oraz dziesiątkom tysięcy japońskich fanek ta sztuka się nie udała. Męskie gwiazdy Takarazuki są podmiotami miłosnych kobiecych westchnień o intensywności tych, którymi obdarzano Rudolfa Valentino czy Paula McCartneya. A przecież są kobietami. O co w tym fenomenie chodzi? Czy można go zrozumieć?
Można próbować, ale materia jest delikatna i skomplikowana. Kobiety zakochują się w męskich rolach kobiet i w samych aktorkach odgrywających te role. Niejeden freud połamie sobie na tym zęby. Najbardziej oczywista, ale moim zdaniem spłycająca temat, koncepcja to obecność pierwiastka lesbijskiego. Kobiety przyciągają ewidentne podteksty homoseksualne, twierdzą jej zwolennicy. Inni twierdzą, że odwrócenie ról (kobieta w roli mężczyzny) jest przyciągającym żeńską publiczność symbolem wyzwolenia kobiety wciśniętej na co dzień w sztywne patriarchalne ramy japońskiego społeczeństwa.
Ja daję wiarę sile androginicznej subtelności. Pięknu odartemu z maskulinicznej brutalnej szpetoty. W postaci Okity Sōji ubranego w ciało Sagiri Sejny, w jego/jej twarzy, w jego/jej wzroku widzę człowieka doskonałego. Walecznego i niewinnego zarazem. Silnego i dziewiczego. Władczego i uległego. Niemożliwy ideał, ktoremu można oddać swoje osobiste najskrytsze serce.
Z takim Okitą Sōji, z taką Sagiri Sejną - w jednym ciele, pożegnaliśmy się po pierwszym akcie.

W czasie ponadpółgodzinnej przerwy objawiła się inna specyfika właściwa wszystkim teatrom japońskim. Taki mały fenomenik godny antraktu. Byłem jego świadkiem kilkakrotnie w ubiegłym roku w Teatrze Narodowym w Tokio, w Kabukiza w Tokio, w Minamiza i Noh w Kioto. W czasie przerw westybul teatru wraz z wszystkimi hallami na wszystkich piętrach zamienia się w jeden wielki jarmark gadżetami, błyskotkami, obrazami, a nawet ciuchami. Oczywiście nie brakuje też gastronomii. W Hakataza tym razem królowały gadżety Takarazuki. Kłębił się wokół nich rozgorączkowany tłum fanek. 
My skryliśmy się w spokojniejszej części restauracyjnej. Dopiero rachunek za niezbyt obfity lunch uzmysłowił nam przyczynę tego lokalnego spokoju, pustki wręcz. Cóż, dobra sztuka musi się cenić. Tylko czy ma być to sztuka mięsa?

Po przerwie fenomen Takarazuki pokazał swoje drugie, nie mniej zagadkowe, oblicze. Byliśmy wraz z rozbawioną i rozklaskaną do bólu dłoni publicznością świadkami absolutnie kiczowatej mieszanki rewii, wodewilu i operetki skrojonej przez obłąkanego scenarzystę ze skrawków zachodniej muzyki, strojów i scenografii. W karykaturalnych zestawieniach można było oglądać aktorki w kusych spódniczkach z wachlarzami piórek przyczepionych od tyłu, tańczące kankana do arii E lucevan le stelle z Toski Pucciniego, teksty Presleya i Sinatry śpiewane w języku quasiangielskim, przeplatane wstawkami języka japońskiego, suknie wiktoriańskie z rozłożystymi kapeluszami pod rękę z obcisłymi sukienkami i kapelusikami z lat dwudziestych XX w., smokingi na zmianę z frakami. Były schody, schody, schody! Był ciekły azot, petardy z dymem i feeria świateł. Atmosfera sięgała beatlesowskiego zenitu, kiedy gwiazdy Takarazuki wbiegały pomiędzy rzędy foteli na parterze i przybijały piątki wielbicielkom. Dla mnie zenit nastąpił w ostatniej scenie, w której gwiazda otokoyaku, wywzdychana przeze mnie powyżej Sagiri Sejna, w odzieniu o męskim kroju, ale pełnym kolorowych szamerunków i błyszczących cekinów, wyszła na centralne miejsce sceny z... olbrzymim pióropuszem wystającym z okolic czterech liter. Pióropusz był karykaturalnie monstrualny i w zestawieniu z frakiem zepsuł całe moje uniesienie ideałem człowieka. Bliski był za to karykaturalnemu ideałowi drag queen. Zenit opadł w nadir, aby przy wyjściu z teatru przejść w lekki niesmak.
Cały ten bigos przedstawiano pod nazwą Fancy Guy! Miłośniczki Takarazuki, tonące w łzach i wzruszeniu podczas pierwszego aktu, później unurzane w komercyjnym afekcie antraktu, teraz podskakiwały na swoich siedzeniach w ekstazie, klaszcząc przy każdym takcie zblendowanej muzyki, osuwając się niemal w omdleniu, kiedy dotknęła je dłoń idolki. Fascynujący spektakl przeniósł się dla mnie na widownię. 

Kto zrozumie to japońskie pomieszanie izolacji od świata zachodniego z zauroczeniem odpryskami jego kultury, poczucia wyższości własnej kultury z żarłocznym apetytem na import wszelkich zdobyczy zachodnich, arogancji z uniżonością, agresji z podporządkowaniem, szowinizmu z pokorą, ten może zrozumie, co się działo 16 maja w teatrze Hakataza. Po obu stronach orkiestronu. Ja wciąż wymiękam. I kocham ich za to, że aż tak ich nie rozumiem.

Agresja i pokora. Wciąż pamiętam opis sytuacji w Tokio tuż po kapitualcji w 1945 roku. Jeszcze wczoraj Japończycy walczyli dosłownie do ostatniej kropli krwi. Poddanie się na polu walki nie istniało w ich słowniku. Do niewoli dostawali się jedynie ranni - nieprzytomni. Reszta ginęła w walce lub zbiorowych samobójstwach. Nie ma w tym przesady. Tak było. 
Jeszcze dzisiaj próbowali siłą odwieść cesarza od złożenia deklaracji. 
Jednakże słowa kapitulacji padły z najwyższych ust. Słowo stało się ciałem. 
Pierwsi dziennikarze i dyplomaci, którzy lądowali następnego dnia na ziemi, której obywatele byli dla świata zachodniego nieobliczalnymi szaleńcami, w pierwszych chwilach kurczowo zaciskali palce na spustach swoich pistoletów - po to, aby wieczorem odłożyć pukawki do szuflad i wyjść swobodnie na zniszczone ulice, na których witały ich zaciekawione i przyjazne twarze. Twarze sojuszników.
Słowa kapitulacji padły z najwyższych ust. Słowo stało się ciałem.

czwartek, 14 maja 2015

Seul - 2 maja

Długie spanie w "głębokich studniach" staje się codziennością. Umęczone ciała błagają o odpoczynek, na który niestety nie ma czasu. Dzisiaj umówieni jesteśmy na spotkanie z Olą, mieszkanką podseulskiego Wonju, poznaną dzięki blogowym ścieżkom. Ola wraz z mężem Krzychem prowadzą blog o nazwie Świat od podszewki na Blogspocie. Wspólny dzień ma rozpocząć się w południe, więc wyjątkowo możemy zalegać w naszych jaskinnych łóżkach aż do 9:30.

Dlaczego stancja na Bogwang-ro 7-gil kojarzy mi się z jaskinią, a raczej z grotą? Żeby do niej wejść, trzeba z wąskiej uliczki wspiąć się po kilkudziesięciu stromych betonowych stopniach, na których, w dolnej ich części, codziennie zalegają worki z cieknącymi i cuchnącymi śmieciami. Schody pomiędzy piętrzącymi się ciasno ścianami budynków mieszkalnych przypominają wąwóz prowadzący do groty. Dom, w którym znajduje się nasz apartament, zamyka ten wąwóz u jego szczytu dwupiętrową ścianą i mikroskopijnym dziedzińcem z dwojgiem drzwi. Jedne należą do sąsiadów, a drugie do nas. Gdzie znajduje się klatka schodowa wiodąca na wyższe piętra - nie mam pojęcia. Może na hasło "slamsie, otwórz się" w ścianie pojawia się jakiś tajemny otwór? Drzwi do nas znajdują się we wnęce między załomami ściany, co potęguje wrażenie wejścia do groty. Całości dopełnia fakt, że jedynie do przedpokoju i łazienki, które mają dostęp do frontowej ściany, wpada dzienne światło. Położony dalej pokój jest ślepym końcem. Jego tylna ściana musi przylegać do jakiejś skały zamykającej wąwóz. Druga ściana graniczy z sąsiadami. Zza niej słychać czasami różne przytłumione dźwięki - odgłosy ludzkiego życia. Trzecia posiada co prawda okno z ciężką, ciemnogranatową zasłoną, ale jej odsłonięcie niewiele zmienia: matowa szyba, krata i gęsta, brudna moskitiera wychodzą na sąsiednią ścianę odległą od naszej o jakiś metr i wysoką również na dwa piętra. Światła stąd tyle, ile o zmierzchu w ponury deszczowy dzień. Nawet nie odsłaniamy tego okna z rana, bo zamiast promieni słońca wpływa nim jedynie wilgotna bura depresja. Ten pokój to koniec świata. Czuję, że za tylną ścianą jest jakaś niekończąca się masa granitu, równa masie Mount Everestu, a my żyjemy w tym klaustrofobicznym miejscu na podobieństwo człowieka pierwotnego, który z braku lepszych możliwości chronić się musi w nieprzyjaznych czeluściach. Od jaskiniowców różni nas na szczęście dostęp do energii elektrycznej. Zapalamy więc światło, kiedy gdzieś tam na dalekim, błękitnym niebie słońce bryka już blisko zenitu. W naszej ciemnicy jest to eksplozja, wskutek której siatkówki doznają szoku świetlnego i przez długie sekundy, zanim źrenice zdołają się zaadaptować do sześćdziesięciowatowej jasności, mrużymy powieki i stękamy cierpiąco. Oto nastał nowy, żarówkowy dzień.

O 11. wychodzimy z groty i schodząc po stopniach wąwozu testujemy wysoki poziom zakwasów w mięśniach. Mijamy kupę śmieci, wraki rowerów i znajomy skuter z rozszarpaną tapicerką siedziska, z ktorego, jak z otwartej rany, wyzierają strzępy żółtej pianki. Mimo tego chorobowego stanu skuter jest najwyraźniej używany, ponieważ codziennie zaparkowany jest w innej pozycji. Idziemy ciasną, smrodliwą Bogwang-ro w kierunku jej szerszej siostry, przy której znajduje się sklep sieci 7/11 - nasza jadłodajnia. Kupujemy dwie gomółki ryżu faszerowanego owocami morza, czyli po japońsku onigiri, zgarniamy coś do picia i spożywamy to wszystko jako śniadanie w szybkim kilometrowym marszu na stację Hannam. Nie ma czasu na jedzenie na stojąco. Nie chcemy się spóźnić.

Wkrótce jedziemy w kierunku City Hall, czyli ratusza. Tak nazywa się stacja metra, nad którą znajduje się ratuszowy kompleks. Kompleks potężny, składający się z dwóch połączonych części - historycznej, zbudowanej 90 lat temu dla celów administracyjnych japońskich okupantów, i nowoczesnej, oddanej do użytku zaledwie 2,5 roku temu. 

Ale zanim poznamy ciekawą historię obiektu, spotykamy się przy wyjściu nr 4 ze stacji metra z naszą nową seulską koleżanką. Jesteśmy na miejscu pierwsi i zauważamy Olę, kiedy wychodzi do nas z metra. Nietrudno rozpoznać słowiańską urodę wśród azjatyckich twarzy. Ola jest szczupłą blondynką o jasnej karnacji. Nie można się pomylić. Machamy do siebie z daleka i za chwilę witamy się serdecznie. 

Ola zaplanowała czas od 12:00 do 23:00, upychając w nim gęsto atrakcje rozrzucone po całym obszarze centralnego Seulu. Przystępujemy więc z marszu do akcji.

Zaczynamy oczywiście od City Hall. Zabytkowa część, o której wspomniałem wyżej, to tylko jeden z modułów kompleksu wybudowanego na potrzeby Japończyków. Inne historyczne budynki zostały wyburzone pod budowę nowoczesnego ratusza. Ten, który pozostał, zmieniono w miejską bibliotekę. Od strony fasady przysłania on dużą część nowoczesnej bryły młodszego brata, jakby chciał powiedzieć "ja tu byłem pierwszy!". Ten młodszy, dwukrotnie wyższy, stojący za nim, swoją płynną szklaną elewacją nachyla się groźnie (na kształt fali tsunami), odszczekując się "ale ja tu będę ostatni, ty japoński sprzedawczyku!". Co prawda Kerl Yoo z pracowni architektonicznej iArc, projektant kompleksu, inaczej widzi sens kompozycji, ale wychodząc z założenia, że ukończone dzieło nie jest własnością twórcy, lecz odbiorcy, jako obecny właściciel będę upierał się, że moja interpretacja jest bliższa prawdy.

Budynek jest proekologiczny. Na jego dachu zamontowano potężne zestawy baterii fotowoltaicznych, a w holu głównym na pochyłej ścianie na wysokość kilkudziesięciu metrów pnie się zieleń roślin zawieszonych na minitarasach niczym współczesne ogrody Semiramidy. Rośliny są oczywiście żywe, karmione systemami nawożenia kropelkowego.

Część nowoczesnego ratusza przeznaczona jest na ekspozycje artystyczne, galerię, w której można kupić produkty sztuki użytkowej tworzonej przez młodych artystów, a także kawiarnię obsługiwaną przez osoby niepełnosprawne. Zwiedzamy galerię, planując wstąpić tu ponownie w ostatniej, zakupowej fazie naszego pobytu w Seulu. Zasiadamy w kawiarni, aby zakosztować pierwszej przerwy, drugiej kawy (pierwszą, z automatu, piliśmy na stojąco na peronie Hannam) i przede wszystkim spokojniej porozmawiać, spojrzeć sobie w oczy, poznać. Ola ma olbrzymią wiedzę o Seulu i chętnie się nią dzieli, ale chcemy się przecież dowiedzieć, kim jest sama Ola i jakie jest jej tutaj życie. Powolutku, małymi kęsami, dowiadujemy się.

Wychodzimy na zielony plac przed ratuszem wprost na odbywający się tam piknik miejski. Jest muzyka, namioty z małą gastronomią i z książkami. Wszak jesteśmy przed wejściem do biblioteki miejskiej. Wszystko barwne, wesołe, świąteczne i głośne.

Przemieszczamy się pieszo reprezentacyjną aleją Sejong-daero w kierunku Muzeum Historii Współczesnej, które jest naszym następnym celem. Na ruchliwej dwujezdniowej alei przedzielonej szerokim pasem zieleni i różnych miejsc aktywności mieszkańców odbywa się jeden wielki festyn świąteczny. Po drodze w kierunku pałacu królewskiego Gyeongbokgung (Pałac Północny), który od północy zamyka aleję, mijamy dwa ważne posągi. Pierwszy uosabia admirała Yi Sun-sin, który wykazał się geniuszem w dowodzeniu koreańską flotą podczas inwazji japońskiej pod koniec XVI w. O ile na lądzie sprzymierzone wojska koreańskie i chińskie dostawały łupnia, o tyle na morzu admirał Yi rządził bez porażki (jedyna bitwa morska, którą floty koreańska i chińska przegrały, nie była przez niego dowodzona). W jednej z bitew dowodził flotą złożoną z zaledwie 13 okrętów przeciwko flocie 133 japońskich okrętów zmierzających ku brzegom Korei w celu zaopatrzenia własnych sił lądowych. Nieliczna flota koreańska zniszczyła lub zatopiła 31 statków japońskich, nie ponosząc żadnych strat w okrętach i jedynie pojedyncze straty w ludziach. W Bitwie pod Noryang połączone floty koreańska i chińska w liczbie 150 okrętów zaatakowały 500 okrętów japońskich, zatapiając lub przejmując ponad połowę z nich. Po dotkliwej i upokarzającej porażce flota japońska wycofała się w kierunku portu Busan. Cała Armia Cesarska po śmierci przywódcy Toyotomi Hideyoshiego wycofała się z Półwyspu Koreańskiego na trzysta długich lat.
Admirał Yi trafiony kulą z arkebuza w czasie apogeum bitwy zmarł po wydaniu ostatniego rozkazu: "bitwa jest w decydującej fazie, nie przestawajcie bić w bębny wojenne, nie ogłaszajcie mojej śmierci!" Rozkaz wykonano, bitwę wygrano! Czy można, będąc admirałem, odejść w bardziej godny i symboliczny sposób? Nigdy jeszcze nie byłem admirałem, więc mogę jedynie przypuszczać, że chyba raczej na pewno nie! Czy mając powyższe przykłady sukcesów na uwadze, można się dziwić, że przez historyków (nie tylko koreańskich) admirał Yi porównywany jest do admirała Nelsona? Nie! Czy można się dziwić, że jako ten, który na trzysta lat odparł wojska japońskie od Korei, porównany został przez nas do Sobieskiego (pod Wiedniem)? Nie! Pomnik admirała ma zasłużone miejsce w centralnym miejscu Seulu, a pamięć jego dokonań nacechowana jest wysokim respektem również po drugiej stronie Morza Japońskiego, w obozie przeciwników.

Ledwo nasze karki wróciły do normalnej pozycji z oglądania się za statuą Yi, a już trzeba było ponownie zwrócić się ku osi alei, bo niedaleko za admirałem stoi król. Jest to najbardziej szanowany król koreański, czwarty z panującej przez 550 lat dynastii Joseon (wym. dżoson; przez Gosię wym. Dżonson), reprezentant wzmocnienia neokonfucjańskiego systemu zarządzania państwem, nadzorujący wprowadzenie ważnych dla państwa aktów prawnych, ojciec koreańskiego alfabetu Hangul, zdobywca terenów północnych, a na południu pogromca Japończyków (wyparł Japończyków z wyspy Daemado <jap. Tsushima> leżącej w środku Cieśniny Koreańskiej) - Sejong Wielki. To dzięki jego umacniającej i porządkującej państwo polityce dynastia Joseon mogła przetrwać ponad pół tysiąclecia (1392-1910). Król Sejong jest jednym z dwóch władców noszących przydomek Wielki. Centralna aleja, przy której stoją oba pomniki, również nosi jego imię. Nie dziwi w tym miejscu, po powyższym "Sobieskim", nadanie mu przez nas ksywki "Kazimierz Wielki". Takim pozostanie w naszej wyobraźni.

W Muzeum Historii Współczesnej Korei zwiedzamy trzy ekspozycje: japońska okupacja i II WŚ, Wojna Koreańska (1950-1953) oraz narodziny i rozwój współczesnej Korei Południowej (od dyktatury wojskowej, przez rozwój gospodarczy do demokracji). Dziewczyny robią, co mogą, żeby wytrzymać nerwowo z moim żółwim tempem.

Po muzeum przemieszczamy się metrem do Dongdaemun Design Plaza, często zwanego w skrócie DDP - symbolu współczesnej seulskiej stylistyki. Brytyjka o irackich korzeniach - Zaha Hadid - we wspópracy z koreańską pracownią Samoo stworzyła hiperfuturystyczną bryłę z niesamowicie płynnymi organicznymi kształtami, sterylnymi kosmicznymi wnętrzami i wdzięcznie nieregularnie wijącą się klatką schodową. Jest to przestrzeń, w której można cieszyć oko zarówno jej makroskopowym wymiarem, jak i niezliczoną ilością obłych detali. Organiczność to moje pierwsze skojarzenie. Jest w tym coś z miękkich projektów Antonio Gaudiego, którego dzieła oglądaliśmy w Barcelonie. Tamta żywa architektura jest jednak pochodzenia ziemskiego. Ta w Seulu zdecydowanie przybyła z kosmosu. 
Kompleks zawiera centrum projektanckie dotyczące mody i sztuki użytkowej, związane z nim sale seminaryjne i wykładową. Są tu wielofunkcyjne centra konferencyjne i wystawowe. Obiekt służy również międzynarodowej wymianie kulturowej, jak i prezentacji nowych konceptów przemysłowych. Kiedy byliśmy tu wieczorem kilka dni później, odbywała się międzynarodowa impreza marki Chanel z udziałem gwiazd świata mody.
W DDP funkcjonuje także strefa handlowa, jednakże o charakterze bardzo odległym od galerii handlowych pączkujących jak drożdże w tkankach polskich miast, w których rozrywka skarlona jest do poziomu kina i oglądania identycznych witryn sklepowych, a naczelną ideą jest niska cena i wysoki obrót. Trudno tu o sieciowe marki oferujące na całym świecie ten sam banał. W tym obiekcie nawet towar handlowy dobierany jest w trosce o oryginalność. Wszystko pod szyldem "made in Korea" oczywiście. Aranżacja otwartych wnętrz w części handlowej, bez ścian oddzielających poszczególne sekcje i powszechnych nad Wisłą bramek z wykrywaczami wynoszenia towaru w trybie gratis, pozwala na spokojny spacer pomiędzy niskimi stolikami i półkami i delektowanie się unikatowymi formami sprzedawanych towarów.


Z DDP jedziemy na obiad do knajpki położonej na obrzeżu Bukchon Hanok Village, które zwiedzaliśmy wczoraj. Jemy lokalne bulgogi, czyli cienniutkie plastry chudej marynowanej wołowiny w zupie z grzybkami i warzywami. Jest lekko słodkawa, a mięso daje nutkę umami. Do tego podane są nieliczne przystawki z obowiązkową kimchi z kapusty pekińskiej. Jedzenie jest pyszne, więc głodni czyścimy talerze do dna.

Po obiedzie przejeżdżamy jedną stację metra do pałacu Gyeongbokgung na nocne zwiedzanie, które możliwe jest tylko dwa razy w roku przez kilka dni: w czasie majówki oraz na jesieni. W pałacu u zamkniętych jeszcze kas zastajemy dwie strasznie długaśne kolejki chętnych. Od razu stajemy z Gosią w jednej z nich, a Ola idzie sprawdzić u źródła, "za czym kolejka ta stoi". Okazuje się, że wybraliśmy tę dłuższą o charakterze "krajowym", więc trzeba przestawić się na koniec "międzynarodówki". Ja obejmuję wartę w kolejce, a dziewczyny krążą po placu, pstrykając to i owo. Kiedy otwierają się okienka kasowe, nad międzynarodowymi zapala się niepokojąca informacja "foreigners 200", a liczba podczepiona do "foreigners" zaczyna maleć wraz ze sprzedażą biletów. Wniosek - liczba wpuszczanych na dzień obcych wynosi 200. Ola przelicza szybko pogłowie kolejki i wychodzi jej mniej niż 100 przed nami, ale co, jeśli ta setka zamierza kupić więcej biletów niż 200? Dziewczyny podejmują akcję zakupu spekulacyjno-manipulacyjnego w okienku przeznaczonym wyłącznie do kupna wcześniej rezerwowanych biletów. Stają w krótkiej kolejce i po chwili zaczynają negocjować w kasie. Niestety, dzisiaj system jest silniejszy od polskiego sprytu i ze spuszczonymi głowami Ola z Gosią wracają do trzymającego właściwą pozycję - czyli mnie. Okazuje się, że jest limit 2 szt. biletów na osobę i w ten sposób docieramy do kasy, zastanawiając się wciąż po naszemu, czyby nie kupić 6 przypadających na naszą trójkę sztuk i połowę z nich opchnąć za potrójną cenę Ruskim po zamknięciu kas. Nie chcąc jednak podsycać i tak już napiętej międzynarodowej atmosfery, rezygnujemy z łatwego zysku i wchodzimy do pałacu z trzema biletami.

Zapadł już zmrok. Pałac będący siedzibą nr 1 dla dynastii Joseon robi w sztucznym świetle bajeczne wrażenie. Powietrze stoi, więc pawilony pałacowe odbijają się w otaczającej je wodzie jak w lustrze. Nie wiadomo, który obraz jest źródłowy, a który odbity. Zmysł wzroku wpada w nieważkość. Podświetlone są również drzewa i klomby. Dla kontrastu ludzie błądzą po ciemnych ścieżkach, fotografując ten spektakl ciszy i światła. Trochę przypomina mi to Zaduszki na polskich cmentarzach - całe otoczenie w delikatnym świetle i ludzkie twarze ledwo widoczne w mroku.

Po drodze do wyjścia dwukrotnie trafiamy na spektakle muzyki i tańca. Oglądamy je wyrywkowo i wycofujemy się, aby zdążyć na inny spektakl światła - fontannę na jednym z mostów rzeki Han. Po drodze w metrze decydujemy jednak, że odprowadzimy już Olę na dworzec autobusowy, z którego czeka ją jeszcze godzina jazdy do domu.

Na dworcu zajadamy jeszcze słodkości i żegnamy się z koleżanką. Dziękujemy jej za ten wspaniały i bogaty dzień. Za to, że z taką pasją potrafiła przekazać nam mnóstwo ciekawych informacji. Mamy nadzieję, że będziemy mogli się kiedyś zrewanżować wycieczką i opowieściami o Wrocławiu.

Wracamy do groty w ciepłym majowym drobnym deszczu, który nie budzi w nas najmniejszego dreszczyku, poza tym, który jest w nas z powodu kolejnej wspaniałej przygody.



Za TYMI Drzwiami ZDJĘCIA.

sobota, 9 maja 2015

Seul - 1 maja

Dzisiaj mimo zmęczenia wczorajszymi poźnymi wędrówkami i kiepskim snem (zimno pod cieniutką poszwą w miejsce kołdry) wstaliśmy przed ósmą, ponieważ na 10:00 umówieni byliśmy z Przewodnikiem Dobrej Woli (Goodwill Guide) na wycieczkę po Hanok Bukchon Village. Pan przewodnik nazywa się Jun Chang Geung i ma czekać na stacji Anguk, wyjście nr 3.
Jedziemy metrem.
Kto to jest Przewodnik Dobrej Woli? To członek licznej grupy pracujących charytatywnie mieszkańców Korei (głównie Seulu), którzy w ramach swojego wolnego czasu we współpracy z Korea Tourism Organization towarzyszą turystom w zwiedzaniu ciekawych miejsc. Mogą też jednak towarzyszyć w imprezach kulturalnych, wizytach w muzeach, a nawet pomagać w tłumaczeniu i zrozumieniu różnych informacji. Przewodnicy Dobrej Woli to często osoby mające gdzie indziej pełnoetatową pracę, kobiety pracujące w domu, studenci lub emeryci. Pracę swoją świadczą nieodpłatnie, a jedyne koszty, jakie wypada pokryć, to przejazdy, bilety wstępu czy wspólny posiłek. Motywacją ich pracy jest nauka języka i poznawanie nowych ludzi (obcokrajowców) i duma z bycia Koreańczykiem. W 2009 roku w KTO zarejestrowanych było aż 682 Przewodników Dobrej Woli. Piękne, prawda? Wiem, że Wrocław również organizuje darmowe trasy w towarzystwie przewodników. Nie wiem jednak, czy pracują oni społecznie, czy miasto ich opłaca. Sprawdzę po powrocie, a może nawet wybiorę się na wycieczkę...
Przewodniki wydane przez KTO na Seul zawierają sugestie kilkunastu tematycznych tras pieszych, na których można skorzystać z pomocy wolontariuszy. Myśmy wybrali temat historyczny, czyli zwiedzanie zabytkowej dzielnicy tradycyjnych domów koreańskich.

Pan Jun opowiada, że został przewodnikiem, kiedy urodził mu się wnuk. Z jednej strony ucieszył się bardzo z potomka, a z drugiej strony - jakoś tak poczuł się stary. Musiał coś z tym psychodołkiem zrobić. Wybrał kontakty z turystami jako Przewodnik Dobrej Woli.

Opowiadał o historii swojej rodziny. O dziadku ze strony ojca, który pozostał po północnej stronie i nigdy o nim od tej pory nie słyszano. O ojcu, któremu udało się uciec na południe w czasie wojny. O rodzeństwie swojej mamy, które w całości, poza nią samą, zostało również po tamtej stronie i wieści o nich przepadły. Pan Jun ma ok. 60 lat i dlatego dobrze pamięta tragiczne historie rodzinne. Czymże będą one jednak dla jego niedawno urodzonego wnuka? Czy prapradziadek będzie dla niego żywą postacią, czy tylko jedną z milionów ofiar wojny wypełniającej część szkolnych zajęć z historii?
Ile jest takich tragedii podzielonych rodzin, których członkowie od lat 50. ubiegłego wieku nie mieli żadnych wiadomości o sobie? Za kilka dni wybierzemy się na granicę koreańsko-koreańską i będziemy mieli okazję porozmawiać z osobą, która tam żyła i uciekła przez zieloną granicę na południe.

Uczestniczką naszej dzisiejszej minigrupy była również młoda Kanadyjka. Od pół roku pracuje w Korei jako nauczycielka języka angielskiego w Angielskiej Wiosce - miejscu, gdzie studenci w różnym wieku, od kilkuletnich dzieci po dorosłych przyjeżdżają na ministudia, aby mieszkając w kampusie, popracować nad angielskim. Kończy się jej możliwość pobytu, więc za tydzień wraca do Kanady, gdzie czeka rodzina i stęskniony chłopak. Jest Kanadyjką w pierwszym pokoleniu. Jej tato urodził się jeszcze w Holandii.
Zostało jej niewiele czasu w Seulu. Ma jednak niedosyt wiedzy o Korei, więc zwiedza teraz na potęgę. Zadaje dużo pytań (więcej ode mnie!), na które pan Jun cierpliwie odpowiada. Po wycieczce z nami i wspólnym lunchu, na który ich oboje zaprosiłem, leciała szybko na kolejną turę z innym przewodnikiem. A co! Jak miasto Seul daje za darmo, to czemu nie skorzystać, jeśli jest kondycja?

Bukchon Hanok Village to rozległa dzielnica położona pomiędzy dwoma najważniejszymi pałacami królewskimi. Hanok to nazwa tradycyjnej koreańskiej zabudowy mieszkaniowej, a Bukchon znaczy "północna wioska", bowiem dzielnica leży na północ od strumienia Cheonggyecheong, który z jakichś przyczyn odgrywał w Seulu rolę równoleżnika.
Można sobie łatwo wyobrazić, że w okresie świetności dynastii Joseon, panującej od 1392 do 1910 roku, przywilej mieszkania pomiędzy pałacami dotyczył tylko obywateli o wysokim statusie społecznym (kor. yangban). Pierwotnie wioska składała się z rozległych zamożnych posiadłości, ale pod koniec okresu Joseon, ze względu na potrzebę intensyfikacji zasiedleń, podzielono je na mniejsze parcele i zagęszczono zabudowę. Taka struktura, mimo późniejszych zmian w tkance Bukchon, zachowała się do dziś i kiedy patrzy się na dzielnicę z perspektywy okolicznych pagórków, to widać jedynie morze fantazyjnie powyginanych dachów bez, jak się wydaje, przerwy na normalne między nimi życie.
Dzielnica zachowała swoją ekskluzywność również w czasach okupacji japońskiej (1910-1945), a jej dramat rozpoczął się wraz z przesiedlaniem mieszkańców do dzielnic południowych (gangnam). Działo się to już w drugiej połowie XX w. Kiedy w ślad za mieszkańcami wyprowadziły się szkoły, na ich miejscu, bez respektu dla jej uroku, w niską, gęstą tkankę uroczych jednorodzinnych zabudowań wmontowano koszmary biznesowe (biurowiec Hyundai) i administracyjne (Sąd Konstytucyjny). Potem było jeszcze gorzej, bo władze miasta poluźniły przepisy co do wysokości zabudowy i ruszyła masowa deweloperka. W tej zabytkowej dzielnicy powstawały wtedy wielorodzinne trzy-, a potem pięciopiętrowe gnioty. Miasto przyczyniło się do tej dewastacji, wyburzając wiele hanoków na potrzeby budowy ulicy... Bukchon. Brzmi jak kpina, prawda? Ci, którzy mieli chronić, niszczyli. Dzisiaj rwą włosy z głowy i lamentują nad zniszczeniem. Na szczęście w ostatnich latach opamiętano się i zakazano bandyckiej zabudowy, a poszarpana tymi architektonicznymi "głazami narzutowymi" dzielnica wciąż może się pochwalić niemal tysiącem hanoków.

Pan Jun opowiedział nam kilka anegdot i pokazał kilka hanoków. Z anegdot najciekawsza dotyczyła nielegalnej pralni. Kiedy w sąsiednim pałacu praczki prały królewską odzież w przepływającym strumieniu, używały do tego cennej sody. Mieszkańcy Bukchon trzymali stosowne warty i kiedy wieść o praniu roznosiła się po wiosce, kto mógł, gnał pod kamienny otwór, którym strumień opuszczał teren pałacu i wpływał do osady. Wykorzystywano sodowe ścieki pałacowe do własnego prania. Otwór i specjalnie pobudowane schody zachowały się do dzisiaj.

Słabą stroną pana Juna jest jego kondycja. Zbyt dobra kondycja. Po mocno pofałdowanym terenie, w trzydziestostopniowym upale pan Dobra Wola gonił jak zając przed chartem. Kiedy opowiadał swoje historie z sympatycznym uśmiechem na ustach, my dyszeliśmy ciężko po kolejnym podbiegu. Kiedy zadyszka ustępowała, on pędził już dalej. W dwie godziny opędziliśmy sporą dzielnicę z jedną dłuższą przerwą na zakup obrazków-amuletów. We własnym tempie włóczylibyśmy się po Bukchon pewnie cały dzień.

Obrazki-amulety pochodzą z pracowni szamańsko-artystycznej. Są to czerwone papierowe odbitki z drewnianych matryc. Odbitkę wykonuje się samemu. Każdy obrazek zapewnia realizację innego życzenia. Nasze życzenia muszą pozostać tajemnicą, gdyż inaczej się nie spełnią.

Po bieganinie w tempie Roberta Korzeniowskiego padaliśmy na twarz i czuliśmy piekące miejsca na karkach i ramionach. Zjedliśmy wspólny lunch i pożegnaliśmy się. Trzeba było na jakiś czas schować się w cieniu. Dobrym miejscem okazała się kawiarnia Coffie Bean and Tea Leaf, co G., przetłumaczyła jako Kawa Fasola (herbaty nie zauważyła). Zamówiliśmy sobie do stołu dwie waniliowe kawy na zblendowanym lodzie. Sami podaliśmy ją sobie do stołu, bo to samoobsługa była i sączyliśmy powolutku, delektując się smakiem i mroźną temperaturą. Dodam jeszcze do obrazu tej rozkoszy wygodnie siedzące osiem liter, które przejmują pracę nad grawitacją od obolałych nóg. Nogi od kilku dni bolą nieustannie.

Uciekliśmy stamtąd do naszej stancji i padliśmy jak nieżywi. Sen był krótki, ale głęboki jak studnia.

Wieczorem wybraliśmy się na centralną seulską górę Namsan, którą otacza park z wieżą widokową N-Seoul Tower na szczycie. Teren jest bardzo popularny ze względu na swoje położenie i łatwość dostępu. Wspiąć się nań nietrudno, a wątpiący w swoje siły mogą tu wjechać kolejką linową lub autobusem miejskim. My należymy widać do wątpiących, bo skorzystaliśmy z autobusu. Jazda po krętych ulicach, na stojąco, z oburęcznym uchwytem za dyndające kółka była jednak namiastką fitness. Po skończonej jeździe czuliśmy ból i odrętwienie w rękach.
Na szczycie zastaliśmy chyba połowę mieszkańców miasta. Autobus miał kłopot z podjazdem ze względu na korek, jaki utworzył się na drodze. Ten kawałek przepłynęliśmy w rzece piątkowych turystów. O wjeździe na wieżę można zapomnieć - czas oczekiwania około godziny. W sklepach i knajpach tłumy. Postanowiliśmy zabić stres jedzeniem. Z trudem znaleźliśmy wolne miejsce w restauracji fusion, serwującej dania koreańsko-japońskie. Ale warto było poczekać. Tempura udon oraz omlet ryżowy z krewetkami królewskimi w cieście były bardzo smaczne. Do tego dwie cole. Przystawki z kimchi pozostały nietknięte.

Zejście z góry wykonaliśmy na piechotę po wygodnych schodach. Przyjemna temperatura. Ciemność i łuna miasta dookoła. Wciąż było dużo ludzi robiących sobie miliony zdjęć, w tym mnóstwo selfie na drążkach, które są tu we wszystkich torbach i plecakach. Supermoda na selfie z kija.

wtorek, 5 maja 2015

Seoraksan - 28 i 29 kwietnia - cz. 3

Tego dnia, ciesząc się pustką ścieżek oraz ciszą celebrowaną jedynie przez szum liści i przepływających w sąsiedztwie potoków, zaliczyliśmy jeszcze dwie trasy. Pierwsza z nich zaczynająca się przy malowniczym kamiennym moście wiodła pętlą po płaskim terenie przez ok. 3 km. Przydrożna mapa wskazywała dwa kuszące oczka wodne leżące w najdalszym punkcie pętli, nazwane przez G. "morskimi okami" lub "morskimi oczami", ewentualnie "morskimi oczyma". Życie jest prostsze, jeśli zawiera jedno Morskie Oko. Zastanawiając się nad lingwistycznymi łamańcami języka polskiego i odpędzając czapkami napastliwe muszki, które upodobały sobie tę ścieżkę, dotarliśmy do rubieży pętli. Tu okazało się, że natura sama rozwiązała problem odmiany słowa "oko". Wszystko wzięło i wyschło. Nie było ani jednego MORSKIEGO OKA, i nie było żadnych wątpliwości, jak to poprawnie wymówić.

Po powrocie do punktu wyjścia wyschniętej pętli obraliśmy kurs na wodospad Biryeong odległy od nas o 2,5 km, z czego znaczny odcinek mocno pod górkę. Na tej ścieżce wciąż spotykaliśmy nielicznych wędrowników. Wspinaczka, po minionych kilku godzinach spacerów, dawała nam się mocno we znaki i wraz z każdym zakrętem, za którym spodziewaliśmy się chlapiącego sobie wodospadu, przeżywaliśmy małe rozczarowanie, a w związku z tym musieliśmy zwalczać równie małe kryzysy. Wspaniałą nagrodą okazał się rozpięty nad kamiennym łożyskiem strumienia, w górę którego się pięliśmy, piękny wiszący most. Mimo że skala konstrukcji nie była porażająca, to jego bajeczne położenie, rysujące na tle piętrzących się skał i ich załomów kilka planów, budowało oszałamiającą głębię przestrzeni. Kiedy biegałem w górę i w dół, żeby połapać ciekawe kadry, musiałem trzymać się poręczy, mimo że nie mam problemów z agorafobią. G. stwierdziła, że piękno konstrukcji linowej wystarczy jej za cel zastępczy - w miejsce wodospadu. Ja wynegocjowałem jednak, że podbiegnę jeszcze trochę, kiedy ona pokontempluje most i, a nuż uda mi się dotrzeć do zasadniczego celu. Tak się też stało. Kilkaset metrów dalej ciurkał z wysokości 14 metrów cienki strumyczek bieżącej wody, bawiący się w chlapu-plasku z małym oczkiem wodnym. Odczułem miniaturę satysfakcji z dotarcia do tego miejsca, choć przyjemne było, że to koniec trasy i że jestem tu sam. To ostatnie zawsze bardzo mnie cieszy podczas wnikania w głąb natury.
Postrzelałem foty i wróciłem do żony. W ramach kontraktu zezwalającego mi na samotne podejście (a raczej na pozostawienie jej samej jak palec w tej dziczy) miałem ją teraz pobujać. Patent polegał na tym, że G. położyła się na środku przęsła, a ja stojąc w szerokim rozkroku, zacząłem tańczyć makarenę. Wtedy most zaczął się kolebać na boki. Rozległy się radosne piski i kwiki lepszej połowy naszego związku. Słychać było w nich lekkiego pietra, ale wytrwała dzielnie do momentu, kiedy nadeszła jakaś para. Nie wiedzieliśmy, czy chcą się również pohuśtać, więc uspokoiłem to górskie wieszadło, podniosłem lekko zakręconą G. i zeszliśmy w dół do punktu wyjścia.

Ten wieczór spędziliśmy nad "okrąglakiem", czyli częścią portu Taepo, której cała keja zamknięta została w regularny okrąg o średnicy może 200 m, z jednym tylko wąskim przejściem od strony zasadniczej części portu. Kolejny krąg tej kompozycji stanowi wąska promenada, a na jej zewnętrznym obwodzie - jezdnia. Dalej, pierścieniowo, ciąg sklepów i knajpek serwujących owoce morza. Bardzo romantyczne miejsce, gdyby nie zalegające tu i ówdzie śmieci z całodniowego handlu. Jedliśmy coś w rodzaju japońskiej tempury z owoców morza i warzyw, jednakże ustępujące oryginałowi pod względem konsystencji ciasta. To tutaj było grube i dosyć twarde. Przy nim ciasto z tempury to zwiewna chmurka, poezja haiku. Ale! Ławka, światła budynków rozłożonych wokół wodnej pętli i głód sprawiły wspólnie, że było smacznie i przyjemnie.

Noc w naszej wiejskiej chatce spędziliśmy z zatyczkami w uszach. Lokalne psiny zapięte na krótkich smyczach i niespuszczane z nich chyba w ogóle, bo brak płotów w obejściach, ujadały wokół nas i blisko nas przez całą ciemność. Serca kurczyły się z żalu, ale spać bez poliuretanowych kołków nie szło.

Kolejnego dnia - 29 kwietnia liczebność turystów znacznie skoczyła w górę. Dało się to zauważyć już na parkingu przed wejściem do parku. Czar o cesze głównej "my i góry" prysł w miejsce jakby weekendowego "oni i my i oni i góry i oni". Pojawiło się niezauważalne wczoraj zjawisko zawieszania na plecakach jakichś radioodbiorników, które w przedziwny i niezrozumiały dla nas sposób umilały naszym koreańskim przyjaciołom wędrówkę w krainę ciszy leśnej. Podobnie jak w miejskim życiu zawodowym, tak i tu, na szlaku, maszerują, jakby śpieszyli się na stygnący posiłek na szczytach gór. Może jazgot głośników pozwala im utrzymać żwawe tempo. Może "szybciej" współpracuje z "głośniej" i daje wynik "raźniej". 

Prawie wszyscy odziani są w górską odzież i obuwie najnowszego kroju. Na plecach zwieszają się wielokomorowe wodoodporne plecaki oplecione użytkowym szamerunkiem linek. Jakby dopiero co wszyscy w tym samym górskim sklepie zerwali całe komplety ze stojących tam manekinów i prosto stamtąd weszli na szlak. Są bardzo modni, ale bardzo homogeniczni. Jest sznyt, ale brak fantazji. Sztampa zamienia najnowszą modę i technologię w banał. Podobne zjawisko będziemy jeszcze obserwowali później w Seulu, choć w obszarze nie tylko mody, ale także, a może przede wszystkim, urody. Mam wrażenie, że znaleźliśmy się wśród licznej geriatrycznej wycieczki przedszkolnej, której panie wychowawczynie nakazały tożsame kroje i barwy w celu łatwiejszej identyfikacji. Wydaje się, że bycie trendy połączone z jednoczesną potrzebą stania w szeregu jest tu w cenie wyższej niż w Japonii.

Szeroką betonową aleją, a potem pnącymi się coraz bardziej stromo schodami, zmierzamy do znajdującej się na końcu tej części szlaku świątynki Gyejoam ulokowanej w sklanej grocie. Wygrywamy tym, że wstaliśmy dzisiaj późno i również późno, bo około południa, dotarliśmy do parku. Kiedy po dwóch godzinach zbliżamy się do końca trasy, towarzystwo turystyczne zaczyna się mocno przerzedzać. Do małej świątyni docieramy niemal sami, doprowadzani monotonnym śpiewem mnicha.

Wspomniany przy okazji opisu Sigheunsy mistrz Jajang miał w zwyczaju metytować i praktykować tu buddyzm. Robili to również inni protoplaści koreańskiego buddyzmu - Dongsan i Bongjeong, a po nich ich spadkobiercy Wonhyo i Uisang. Stąd nazwa Gyejoam znaczy tyle co grota dziedziczących protoplastów. Jest cudem natury i edenem medytacji. Trudno wyobrazić sobie miejsce lepsze do wyciszenia. 

Kiedy weszliśmy do groty, panie służące pielgrzymom poczęstowały nas miękkimi ryżowymi ciastkami i aromatyczną ryżową herbatą. W tym czasie mnich, który śpiewał w kapliczce powyżej groty, zszedł do nas, zasiadł przed stojącym z boku gongiem i miarowo weń uderzał. Potem stanął przed posągiem Buddy i wybijał rytm na drewnianym bębenku. Na koniec zasiadł w pozycji medytacyjnej i rozpoczął śpiew. 

Zaczarowało mnie to całkowicie. Siadłem na schodach u wejścia do groty, zamknąłem oczy i szybko wszedłem w stan duchowego uniesienia. Było tak hipnotycznie lekko, że po jakiejś nieokreślonej chwili, tak niepoliczalnej, jakby czas uleciał gdzieś poza przestrzeń, redukując ją do trzech onirycznych wymiarów, obudził się we mnie niepokój, czy mam wciąż kontakt z podłożem. Sprawdziłem. Były cztery litery, był kamień i była pośrednicząca między nimi bawełna. Mogłem pomarzyć jeszcze trochę, tak długo, jak trwał kojący śpiew adorującego zaświaty mnicha. 
Kiedy skończył, zarządziliśmy odwrót. Schodziliśmy po schodach, a potem po szerokiej betonowej alei, podobnie jak wczorajszym popołudniem, niemal sami, a sfery wyższe, najwyższe nawet, ukojone tą chwilą śpiewnej medytacji, czułem to wyraźnie, były nam bliższe i życzliwsze niż kiedykolwiek wcześniej w tej podróży.

Szczęśliwie dotarliśmy lokalnym PKS-em do naszej siedziby, gdzie upolowaliśmy kolację w knajpce firmowanej portretem starszej pani, zapewne miejscowej gwarancji dobrego smaku. Obsłużył nas uprzejmie jej wnuk (zapewne), podczas kiedy jej syn (zapewne) krążył pomiędzy garami kuchennymi. Pojawiła się również na moment sama starsza pani i objąwszy całość dyrektorskim wzrokiem, zakomenderowała niezbędne (zapewne) dyrektywy i zniknęła w prywatności zaplecza. Wobec takiej obsługi kolacja nie miała wyjścia - musiała smakować. Poszliśmy jej na rękę i z apetytem wpałaszowaliśmy: sogogi-tang (zupa na wołowowinie) i huangtaehaejangguk (zupa rybna) - zapis z karty i transkrypcja moje.

Nasyceni wspięliśmy się na ostatnią dzisiaj górę, na której szczycie stało nasze mikre domostwo. Pozostało nam zalec na futonach, zapakować kołki nasenne do uszu i śpiąc, zbliżać się do porannego momentu pożegnania z gościnnym Seoraksan.


Jeśli się pójdzie TU i TU, się znajdzie kilka zdjęć. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Seoraksan - 28 kwietnia cz. 2

Kochany Pamiętniku!
Jakże cholernie ciężko Cię prowadzić, kiedy wydarzenia gnają jedne po drugich jak oszalałe, a wejście ze wspomnieniami w strumień czasu przypomina próbę przejścia autostrady w nieoznakowanym miejscu w godzinach szczytu.
Wątek wczorajszych wydarzeń w nawale dzisiejszych itinerariów "ulata jak łezka od rzęs", a te przedwczorajsze stają się prehistorią. Próbuję je więc jakoś co dzień fosylizować, ale wtedy tracę możliwość czułej obróbki tych, które czekają w Twoim przedsionku.
Od kilku dni włóczymy w bólu swe nogi po Seulu (się rymnęło!), a na Twoich e-kartach dopiero dotarliśmy zdyszani do Singheunsy.

Ta bajecznie, u stóp gór parku Seorak, położona świątynia jest ważnym punktem na mapie głównej koreańskiej szkoły (zakonu) Jogye (bywa też zapis Chogye). Jest świątynią parafialną i pod jej zarządem znajduje się 35 innych. Uważana jest za najstarszą świątynię zen (kor. seon) na świecie. Powstała ok. 637 roku n.e. założona przez kształconego w Chinach mnicha Jajanga, założyciela wielu innych klasztorów na terenie Korei. Jajang wywiózł z Chin nie tylko wiedzę, ale również szereg relikwii, bo te, jak szeroko wiadomo, są najlepszym kamieniem węgielnym pod budowę ważnych kościołów. Był wśród nich kawałek czaszki Buddy Šakjamuniego (tego historycznego Buddy), drewniana miseczka na datki używana przez tegoż oraz ok. 100 krystalicznie czystych koralików, które cudownie zrodziły się w miejscu kremacji Siddharthy Gautamy (świeckie imię Buddy). Na tym świętym kapitale zbudował potęgę klasztorów zen w Korei. 

Kiedy przeszliśmy przez pierwszą bramę na jej teren, pozachwycaliśmy się przestrzenną kompozycją poszczególnych pawilonów ustawionych w prostopadłą siatkę, układającą cały kompleks w półotwarte dziedzińce z silnie odczuwalną symetrią założenia. Wtedy usłyszeliśmy dźwięki śpiewnej recytacji sutr oraz po chwili przed głównym pawilonem zauważyliśmy niemały tłumek zaglądających do wnętrza. Jeśli tłumek gdzieś zagląda, to zapewne dzieją się tam ciekawe sprawy. Niezwłocznie wmieszaliśmy się. Wśród tłumku było sporo bladych twarzy, co jeszcze podsyciło naszą ciekawość. Zapuszczając maksymalną "żyrafę" na teleskopach spionowanych w baletowej pozie stóp, można było dostrzec w przyciemnionym świetle wnętrza kilku małych chłopców siedzących twarzami do śpiewająco-recytującego mnicha. Wokół nich kręciło się sporo dorosłych, zarówno w szatach mnisich, jak i cywilnych. Błyskały flesze i klikały migawki. W pewnym momencie mnisi kręcący się wokół chłopców chwycili za elektryczne maszynki do golenia i zaczęło się generalne golenie zwieszonych pokornie główek. Wszystko odbywało się w atmosferze śmiechu lub co najmniej uśmiechu. Twarzy chłopców nie było widać. Po goleniu maszynkami zaczęło się namydlanie główek i golenie nożykami na gładko. Udało mi się dopchać do ościeżnicy drzwi głównych, więc miałem dobry punkt obserwacyjny, choć raz po raz kadry zasłaniali mi fotografujący całe zdarzenie. 
Kiedy główki stały się całkiem łyse, chłopców rozebrano z resztek cywilnej odzieży (przynajmniej tak wyglądała) i ubrano ich w eleganckie zminiaturyzowane mnisie szare szaty z ochrowymi przepaskami. Widać było, że niektórych z nich roznosi już energia, bo zaczęli przekomarzać się minami, głaskać wzajemnie i osobiście po łysych czaszkach, a jednemu tak spodobały się obszerne rękawy szaty, że zaczął udawać ptaka, energicznie machając małymi "skrzydełkami". Dorośli nie przeszkadzali im w tych chwilach, kiedy zapominali o powadze tej ceremonii, o ile w ogóle zdawali sobie z niej sprawę. Po kolejnej fazie modłów-recytacji przyszedł czas na zdjęcia na kolanach najważniejszego z mnichów. Wtedy dopiero można było dobrze dostrzec ich twarze. Zdziwiło nas, że te dzieci, poddawane najwyraźniej ceremonii wyświęcenia, miały (na oko) od trzech do dziesięciu lat. Najmniejszy z nich kiedy usiadł na kolanach starszego, miał minę z ustami w podkówkę, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Patrzył w stronę swoich rodzicieli szklistymi oczami, proszącymi jakby "weźcie mnie stąd". Nie było mu do śmiechu tak jak dorosłym.
Po tej sesji maluchom założono na łysinki czapki podobnie jak szaty w mysim kolorze i wyprowadzono na zewnątrz. 
Na ustawionych w szeregu plastikowych krzesełkach zasiadło grono starszych, a na ich kolanach posadzono grupkę świeżo upieczonych mniszków. Za plecami siedzących ustawiła się cała grupa bladych twarzy, którzy (przeprowadziłem szybki wywiad) okazali się studentami z Danii, biorącymi udział w tzw. temple stay, czyli noclegowaniu w świątyni połączonym z udziałem w dziennych zajęciach (mieliśmy ku temu okazję w Koyasan rok temu).
Ceremonia, na którą przypadkiem trafiliśmy, jest tradycją znaną w całej buddyjskiej Azji, chociaż nie jest jednolita. W Korei, na ile zdołałem się zorientować, mali mnisi przyjmowani są do klasztorów na kilka tygodni przed urodzinami Buddy, które w tym kraju obchodzone są 8 dnia 4 miesiąca lunarnego (w tym roku - 25 maja). Żyją w klasztorze, ucząc się zakonnego życia z jego wszystkimi aspektami. Wstają o świcie, modlą się, medytują, jedzą wegetariańskie posiłki. Po urodzinach Buddy wracają do domów. 
Ich wiek wskazuje na to, że to nie oni, ale ich rodzice decydują o tym doświadczeniu. Szperając w necie, widziałem reportaże z ceremonii, które nie przebiegały tak łagodnie jak ta. Lały się krokodyle łzy, dzieci zdezorientowane przechodziły rozpacz. Nawet jeśli w świadomości rodziców była to lekcja życia na krótki dystans, to dla kilkuletnich maluchów mogło to być traumatyczne przeżycie niezrozumiałego oderwania od domu. Raczej to okrutne niż święte. Ponadto w krajach uboższych jak Tajlandia, Birma, Sri Lanka dzieci oddaje się do klasztorów na stałe w nadziei na wikt, opierunek i lepsze wykształcenie. W Tybecie wyświęca się dzieci na mnichów i to jest norma. Ta norma ma w różnych regionach inne cezury. A to: że dziecko nie powinno być młodsze niż 8 lat albo na tyle duże "żeby umiało odstraszać kruki". W obszarze koreańskim znalazłem jedno miejsce  w świątyni Haein, gdzie dzieci przebywają na stałe, choć zajęcia szkolne odbywają w szkole publicznej, a dorastając, mogą iść na uniwersytet i podjąć pracę cywilną. Jest to raczej odpowiednik naszego sierocińca dla najuboższych i zrobił na mnie wrażenie szlachetnej misji. Przełożony tego klasztoru oficjalnie adoptuje dzieci, bo jest to optymalne rozwiązanie prawne.
Z wyświęcaniem i przyjmowaniem do klasztorów dzieci, podobnie jak w religii katolickiej, związane są w ostatnich latach doniesienia o wykorzystywaniu seksualnym. Najgłośniejszą postacią w tej materii jest J. E. Kalu Rinpoche, będący oficjalnie przez Dalajlamę rozpoznaną reinkarnacją poprzedniego Kalu Rinpoche. Nagrał on w 2011 roku i rozpowszechnił na Youtubie własne wspomnienia mówiące o przemocy seksualnej, jakiej doznał w dzieciństwie od grupy starszych mnichów. Najwyraźniej celibat przegrywa z seksualnością ludzką we wszystkich obszarach. 

Mali mnisi uśmiechający się do siebie i cieszący się nowymi ubrankami i dziwnymi kapelusikami dostali od starszych bębenki buddyjskie i wyruszyli z dorosłą świtą w stronę posągu Buddy Jednoczącego. Po długich godzinach klęczenia, siedzenia i pochylania głów mogli teraz zamaszyście maszerować i klepać w bębenki, ile wlazło. Poszliśmy jeszcze trochę za nimi, korzystając z okazji, kiedy orszak zatrzymywał się na kolejną sesję zdjęciową. 
Potem skręciliśmy we własną, świecką ścieżkę w kierunku wodospadu Biryeong, ale wesołe odgłosy drewnianego bębnienia rozlegały się po całej dolinie jeszcze bardzo długo, kiedy mali mnisi kroczyli po swoich malutkich drogach w stronę nowego, oby szczęśliwego i czystego, doświadczenia.


Tędy do zdjęć.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Seoraksan - 28 kwietnia

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek).

Chwila...

Jeśli ktoś to czyta, to widzi te nazwy z dziwacznymi zlepkami samogłosek, tak? Są tu "eo" oraz "ae". Często występuje też zbitka "ng" (akurat nie w nazwach powyżej). Taką transkrypcję alfabetowi Hangul wymyślili lingwiści. Widać lepiej nie umieli, a za coś pensję brać trzeba. Szkoda. Jak czytać te dziwolągi? W przypadkach "eo" i "ae" - nie czytać pierwszej samogłoski. Uwierzcie mi, że poprawniej brzmi Soraksan niż Seoraksan, Tepo niż Taepo oraz Tebek niż Taebaek. Trzeba tylko mocniej rozewrzeć paszczę niż w naszym "o" lub "e". Przy zbitce "ng", dla odmiany, nie czytać drugiej samogłoski, tylko (ewentualnie) mówiąc "n" przykleić mocniej język do podniebienia. Jakoś tak. Są jeszcze różne nieciekawe odmiany "u-y", "cz-ć", "dz-cz", kiedy trzeba wysłowić "coś pomiędzy". Mam w domu książkę z transkrypcją McCune'a-Reischauera. Są tam ponadto głoski z daszkiem, z apostrofem, a także z małą literką h. Masakra! Już sama nazwa transkrypcji jest niemal niewypowiadalna! Goście urodzili się ze zbyt trudnymi nazwiskami, żeby zrobić prostą robotę z koreańskim. Słuchając tego języka w wersji naturalnej, od kilku dni, a wcześniej na youtube'owych lekcjach, nie słyszę w nim tych łamańców. Może są zbyt subtelne dla niewprawnego ucha. Dla mnie, na tym etapie, jest miękki i płynny. Bliski w jakiś sposób melodyce języka japońskiego (może przyczyną jest tożsama konstrukcja zdań i istotność partykuł). Miły w słuchaniu. Pisząc tu nazwy własne lub inne koreańskie słowa robię to tak, aby można je było wyszukać na mapach czy internetach, choć i w formalnych źródłach znaleźć można często różnice. Jednym słowem - burdel.

No to od zarania...

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek).

Moment...

Lepiej się czyta, tak? No właśnie!

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek). Taebaek ciągną się na długości 500 km wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Korei Południowej i częściowo Korei Północnej - niczym lokalny mur chiński mający chronić Koreańczyków przed sąsiadami spod znaku wschodzącego słońca. Mury chińskie w życiu jednak się nie sprawdzają, co Japończycy udowodnili, najeżdżając Koreę dwukrotnie w XVI w. i jeszcze raz w XX wieku. Góry te są mikre, ale czupurne. Ich najwyższy szczyt, Seoraksan właśnie, ma zaledwie 100 m więcej od naszej Śnieżki, ale występującymi tu i ówdzie ostro poszarpanymi stożkami śmiało udaje Alpy. O ile więc nasze Sudety z ich najwyższymi Karkonoszami można raczej utożsamiać z kobiecymi kształtami, matką ziemią, wypukłościami i wklęsłościami, które chciałoby się pieścić i przytulać, to góry w Seoraksan stroszą się drapieżnie, przywodząc w wielu miejscach raczej falliczne skojarzenia. Niewykluczone, że powyższy wywód nadaje się do analizy psychoterapeutycznej. Trudno. Tak się jakoś samo pisze. Tak czy inak, przejeżdżając busem przez Seoraksan ma się wrażenie, że to góry znacznie wyższe niż te nasze dolnośląskie.

Przed przyjazdem tutaj spodziewaliśmy się tłumów, które mają w zwyczaju wypełniać szlaki Seoraksan. W sumie, jeśli pomnożyć liczbę mieszkańców Seulu przez atrakcyjność tego regionu (oprócz gór piękne plaże) oraz podzielić przez niewielką odległość między stolicą i Sokcho, to, wiadomo, cholernie dużo w liczniku versus mało w mianowniku daje jakąś astronomiczną liczbę. Okazało się jednak, że nasze fatum nie zna się ni w ząb na ułamkach, ponieważ wczoraj zastaliśmy pusty autobus w drodze, pusty parking na miejscu i wyludnione szlaki w górę i w dół, mimo że wszędzie tam znajdowaliśmy piękną pogodę. Nie to, żeby wszyscy wyjechali na wczasy w Sudety, trochę ludzi było, ale słowem "tłumy" można by ich z pewnością urazić.

Pierwsze kroki podprowadziły nas pod posąg Buddy Jednoczącego, mającego wyrażać troskę Koreańczyków o zjednoczenie Północy z Południem. Do ukończonego niedawno, bo w 1997 roku posągu, należy rekord świata w kategorii "Budda siedzący wykonany z brązu". Statua ma 14,6 metra wysokości i robi zwaliste wrażenie. Z pewnością wola zjednoczenia obu państw koreańskich dobrze wyrażona jest jego masą. Gdyby jednak obok postawić posąg personifikujący trwogę i niechęć Koreańczyków z południa, szczególnie tych młodszych, przed ewentualnym połączeniem, wynikające z przepaści ekonomicznej, kulturowej, obyczajowej, to mogłoby się okazać, że masą przyćmiłby sąsiada z brązu. Z książki "Korea: The Impossible Country" Daniela Tudora można się dowiedzieć, że "najniższe szacunki podają nakłady przekraczające bilion (1.000.000.000.000) dolarów, aby można było choćby zbliżyć infrastrukturę i poziom życia Północnych Koreańczyków do  południowokoreańskich standardów". Nie dziwi więc, że można usłyszeć opinię "Nie chcę zjednoczenia. To kosztowny ból głowy." Badania prowadzone przez Seulski Uniwersytet Narodowy wykazały, że w 1995 roku za koniecznością unifikacji opowiadało się 58% badanych. Liczba ta spadła do... 12,3% w 2008 roku. Za to aż 45% badanych w 2008 roku stwierdziło, że zjednoczenie jest zbędne. Aż 30% badanych zgodziło się ze zdaniem "W przeszłości byli naszymi etnicznymi braćmi, ale teraz zaczynam czuć, że są obcokrajowcami", 9% natomiast odhaczyło stwierdzenie, że "Północni Koreańczycy są takimi obcokrajowcami jak Chińczycy". Badania te i inne wykazują, jak drastycznie rośnie niechęć do połączenia na południu półwyspu. 
Czy kolosalny Budda Jednoczący zostanie zaledwie Buddą wielkiego sentymentu za utraconymi więziami? Wyrazem niezagojonej rany na organizmie narodu koreańskiego? Czy utracone więzi, których młodsze pokolenia w ogóle nie doświadczyły, mogą być dla nich wartością, za którą należy zapłacić bajońską cenę? Czy w ogóle układ wydarzeń politycznych dopuści do wystawienia rachunku i pozwoli na zapłatę? Łatwo powiedzieć: Oby tak się stało! Oby się połączyli! Trudniej pogodzić się ze świadomością, że status quo może być o wiele mniejszym złem. Myślę, że Buddzie Jednoczącemu mogą rozżarzyć się martwe dziś kamienne oczy dopiero wtedy, gdy Chińczycy zapomną, czym był komunizm, a północna monarchia stojąca na glinianych nogach zagranicznych subsydiów zapadnie się pod ciężarem własnej niemocy. Trzeba jakichś potężnych międzynarodowych wstrząsów, aby otworzyło się okienko unifikacji. Wtedy można będzie z czystym sumieniem powiedzieć owo "oby". Oby przelało się jak najmniej krwi!

Po tych współczujących medytacjach u stóp brązowego Buddy wrzucamy drobne w otwór gębowy żaby spełniającej życzenia donatorów i wypowiadamy kilka praktycznych próśb. Kiedy będziemy przechodzili tędy jutro, okaże się, że o pewnych sprawach, jak chociażby zdrowy pęcherz, zapomnieliśmy, ale nie wrzucamy już monet, bo ja obawiam się, że załatwiając nową sprawę dla G., skasujemy moje wczorajsze błagania. Status quo - mniejsze zło.

Po drodze do buddyjskiej świątyni Singheunsa przeprawiamy się przez malownicze drewniane i kamienne mostki zawieszone nad szerokim kamiennym korytem górskiego potoku. Uprawiamy fotograficzne hanami pod kwitnącymi wiśniami sakura yae oraz zachwycamy się setkami malutkich kamiennych piramidek, które turyści i pielgrzymi układają wzdłuż betonowych ścieżek. Zastanawiamy się, czy naszym zwyczajem zacząć podpierać potężne głazy małymi patyczkami. Mając jednak na uwadze efekt motyla i prawa Murphy'ego, rezygnujemy, nie chcąc zniszczyć lokalnej kultury.

Za kilka dni obchody urodzin Buddy (w tym roku majowa pełnia księżyca 4 maja), więc nie dość, że robi się kolorowo od zawieszanych wokół świątyni lampionów, to trafiamy na odbywającą się tylko raz w roku ceremonię święcenia małych chłopców na mnichów buddyjskich. Ciekawa, ale i przerażająca to tradycja. 

Będzie o niej jednak  w następnym odcinku...

Tajne przejścia do ilustracji znajdują się TU, TU i TU.