poniedziałek, 18 maja 2015

Fukuoka - 16 maja

Okita Sōjirō Fujiwara no Harumasa był genialnym dzieckiem. Pochodzenie z rodziny samurajów (Okita) oraz jednego z najstarszych arystokratycznych klanów (Fujiwara) zobowiązywało do tego, aby jego geniusz przejawiał się w konkretnej dziedzinie - niedoścignionym wywijaniu kataną. Naukę rozpoczął w wieku 9 lat pod okiem swego przybranego wuja Kondo Shusuke, który był trzecim z kolei wielkim mistrzem szkoły Tennen Rishin Ryu. 
Mając 18 lat,opanował do perfekcji wszystkie znane techniki szkoły ryu, uzyskując licencję Menkyo Kaiden - osiągnięcia najwyższego rozwoju. Rok później mianowany był na głównego trenera szkoły.
Był początek lat 60. XIX w. - nadchodził czas wielkich zmian w Japonii przyzwyczajonej od 250 lat do pełnej izolacji od świata zewnętrznego, do spokoju społecznego utrzymywanego silną ręką bakufu - wojskowych rządów shogunów rodu Tokugawa. Kilka lat wcześniej świat zewnętrzny - świat Zachodu, który rósł w siłę wraz z jego nienasyconą rządzą eksploracji każdego zakątka globu, upomniał się o Japonię. Szantarzem militarnym, popartym techniką, na widok której feudalni Japończycy mogli tylko przecierać oczy, komandor Perry, wysłannik prezydenta USA, wymusił w 1854 roku na shogunie traktat o otwarciu Wysp na współpracę z Zachodem. 
Władza shogunatu kruszała już od pewnego czasu. Podpisanie haniebnego traktatu z Amerykanami wznieciło oczywisty silny sprzeciw dużej części Japończyków, którzy pod hasłem sonnō jōi (czcić cesarza, przepędzić barbarzyńców) utworzyli  wokół osoby cesarza, będącego od setek lat kulturową marionetką, obóz niezadowolonych . Wojna domowa wisiała na włosku.
Władza shogunów usytuowana była od dwóch i pół wieku w Edo (dzisiaj Tokio), podczas gdy cesarz-kukiełka przebywał w swoim pałacu w Kioto. Tam więc skupiał się również ferment polityczny, który zwolennicy shoguna próbowali kontrolować.
Okita Sōji, który wybrał wierność shogunatowi, został delegowany z Edo do Kioto w 1863 roku, aby wraz z innymi samurajami strzec shoguna Iemochi w jego misji do cesarza. Na własną prośbę część tej grupy, po wypełnieniu zadania, pozostała w Kioto, aby stworzyć rodzaj policji mającej pilnować porządku w mieście cesarza. Oddział ten nazwano Shinsengumi. Okita Sōji był wśród nich. Kiedy rok później stronnicy cesarza zamierzali podpalić Kioto i korzystając z zamieszania pojmać Matsudairę Katamori, odpowiedzialnego za porządek w mieście z nadania shogunatu, Shinsengumi w brawurowej akcji pocięli na plasterki ośmiu niedoszłych podpalaczy, a dwudziestu trzech aresztowali. Wtedy narodziła się ich trwająca do dziś sława. 
Okita był kapitanem żywej legendy - pierwszego oddziału Shinsengumi. Był geniuszem szermierki. Miał dopiero dwadzieścia lat. Czy trzeba się w ogóle zastanawiać, co czuły kobiety na jego widok? To oczywiste! Snuły marzenia, traciły zmysły oraz mdlały! Świat i kobiety leżały zgodnie u jego stóp.
Historia dopisuje jednak w tym miejscu tragiczny wątek - Okita Sōji zachorował na nieuleczalną wówczas gruźlicę. Kiedy kilka lat później, w 1868 roku, gdy jego towarzysze zmierzali nieuchronnie w stronę ostatecznej klęski w wojnie boshin, on samotnie umierał w szpitalu w Edo. Legenda Shinsengumi przegrała swoją sprawę, on w wieku 25 lat przegrał życie. Jego grób znajduje się w Tokio w świątyni Senso-ji, którą odwiedziliśmy rok temu. Udostępniany jest zwiedzającym tylko raz w roku, w rocznicę jego śmierci, w czerwcu.

Okita Sōji - idealna postać dramatyczna, podobnie jak jego towarzysze i cała organizacja Shinsengumi, jest bohaterem niezliczonej ilości opowieści w świecie kultury masowej. Występuje w mandze, anime, filmach, książkach i teatrze. My spotkaliśmy się z nim 16 maja w teatrze Hakataza w Fukouce.

Wydało się! Od 15 maja jesteśmy w naszej ukochanej Japonii. Tak, ukochanej. Nie da się ukryć, że fascynacja tym krajem przekroczyła granice zdrowej psychiki. Może to kiedyś minie i życie stanie się bardziej normalne, bliższe nudzie i rutynie, ale tymczasem chodzimy po mieście z uśmiechem usuwalnym jedynie dłutem (Allen) i cieszymy się każdym gestem, słowem, ukłonem - pojawiającymi się w ramach tego endemicznego zjawiska, jakim jest japońska kultura, a w niej obyczajowość. Rozpoznaliśmy wszystkie te cechy natychmiast. Mimo że Korea dała nam tak wiele wspaniałych przeżyć, a pobyt tam udowodnił, że naród koreański, który przeszedł wstrząsy zrozumiałe być może tylko nacjom tak boleśnie doświadczonym jak Polacy, zasługuje na pełne zdumienie i wielki szacunek za swoje osiągnięcia, to jednak tu, w Japonii, leżą nasze serca i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek mogłoby je stąd wyrwać. Czy trzeba coś dodawać, aby dowieść poważnego stanu chorobowego? Niektórzy to właśnie nazywają miłością.

W maju na scenie Hakataza swoje spektakle prezentuje jeden z fenomenów japońskiej kultury - teatr Takarazuka z Osaki. O tym zjawisku za chwilę. Wróćmy jeszcze do bohatera - Okita Sōji. Historia jego życia, ubarwiona fikcyjnym związkiem uczuciowym z gejszą Tamayū i okraszona innymi wątkami dramatycznymi, spisana przez Shibatę Yukihiro - reżysera i scenarzystę teatru, stanowi pierwszy z dwóch aktów całego spektaklu. W tradycyjnej konwencji dramatycznej, udrapowanej we wspaniałe stroje epoki Edo, z ruchomymi dekoracjami, światłem i wieloplanem, świetnie grającymi głębię przestrzeni oraz muzyką zapisaną w lirycznej zachodniej harmonii, widownia otrzymuje emocjonującą i wzruszającą opowieść o honorze i waleczności samurajów, o pięknie i wrażliwości gejszy i o tragicznie przemijającej miłości, na krótko, ale niezwykle intensywnie wiążącej te dwa światy. 
Kobiety stanowią jakieś 95% widowni Takarazuki. 
Jakże wielkie pompy muszą być zainstalowane pod podłogą parteru, żeby odsączyć to morze łez wylane przez pełne trzy piętra żeńskiej widowni? Nie wiem. Wydajność była olbrzymia, skoro nikt nie utonął. Emocje wprost roznosiły teatralną przestrzeń, a burze oklasków oznajmiały kazdorazowe pojawienie się ulubionej... aktorki.

Historia życia Sōji to jednak dopiero przygrywka. Aby zrozumieć, przepraszam, aby SPRÓBOWAĆ zrozumieć fenomen Takarazuki, trzeba zajrzeć (dosłownie) pod aktorską podszewkę i poczekać na drugi akt spektaklu.

Pisałem powyżej, że 95% widowni to kobiety, tak? No a jak się mają genderowe sprawy w głębi sceny? Zajrzyjmy pod podszewkę.

Takarazuka to przedmieście Osaki, w którym linia kolejowa Hankyu miała sto dwa lata temu swój terminal. Pan prezes linii kolejowej Ichizo Kobayashi pragnął, w iście konfucjańskim poświęceniu służbie, wzrostu sprzedaży biletów kolejowych oraz większej i większej liczby turystów w gorących źródłach Takarazuki. W roli magnesu teatr on widział ogromny. Ponieważ wierzył, że tradycyjny teatr kabuki jest zbyt elitarny i w ogóle jakiś taki... passé, wpadł na koncept zatrudnienia trupy aktorskiej, która, korzystając z rosnącej popularności kultury zachodniej, ściągałaby turystów pieśnią i tańcem w stylu rewiowym. Dla kontrastu wobec kabuki zdominowanego aktorsko przez mężczyzn (łącznie z rolami kobiecymi) postanowił zatrudnić same panie. I tak to zostało do dziś. 
Kobayashi wykonał strzał w dziesiątkę. Po kilku latach panie miały swój własny teatr, a dzisiaj, po 102 latach, grają dla 2,5 mln widzów rocznie, zarabiając krocie dla wciąż tej samej linii kolejowej, a dla siebie sławę (o pieniądzach nie wspomnę). Ich życie poddane jest ścisłym rygorom i kodeksowi moralnemu mającemu zapobiec skandalom podobnym tym, które wyprowadziły kobiety z desek kabuki w XVII w. Co roku z tysięcy chętnych z całej Japonii wybiera się kilkadziesiąt, które dostają się do dwuletniej szkoły znanej ze swojej wysokiej dyscypliny. Po pierwszym roku paniom przydzielany jest gender. Od tej chwili do końca kariery połowa staje się otokoyaku - ścina włosy, chodzi szeroko rozstawiając nogi, siada z rozwartymi kolanami, gada władczo i zdecydowanie, starając się trzymać głos, który wszak nie przeszedł i nie przejdzie mutacji, na niskich rejestrach, a przede wszystkim uczy się tego, czego nie wolno grzecznym dziewczynkom - używać języka przypisanego w kulturze japońskiej wyłącznie mężczyznom. Obok innych elementów sztuki aktorskiej jest to być może najtrudniejszy obszar edukacji. Wbrew pozorom do roli otokoyaku wybiera się piękne, smukłe kobiety o wzroście ok. 170 cm. 
Druga grupa adeptek szkoły staje się musumeyaku, czyli przeznaczonymi do odgrywania ról kobiecych. Mimo że wymaga się od nich nie mniejszych umiejętności, to ze względów, o których poniżej, stają się jedynie tłem dla pierwszej grupy.
Można sobie wyobrazić androginiczne piękno Okity Sōji granego przez zjawiskową Sagiri Seinę, gwiazdę nr 1 zespołu Yuki (śnieg), bo Takarazuka podzielona jest na pięć, rywalizujących ze sobą grup dających różne na stałe przypisane spektakle. Ten dwuznaczny płciowo Okita hipnotyzuje z plakatu prostym spojrzeniem cudownych kobiecych oczu, otoczonych czarnym makijażem godnym Kleopatry. Ma lekko śniadą, pociągłą, gładką twarz młokosa i jednocześnie kształtne kobiece usta pociągnięte delikatną czerwienią szminki. Ciemne długie włosy upięte są w zwieszony z tyłu kucyk z dwoma zadziornymi bocznymi puklami podkreślającymi smukłość twarzy. Czy temu pięknu, wyzwolonemu z okowów płci, można nie ulec? Piszącemu te słowa oraz dziesiątkom tysięcy japońskich fanek ta sztuka się nie udała. Męskie gwiazdy Takarazuki są podmiotami miłosnych kobiecych westchnień o intensywności tych, którymi obdarzano Rudolfa Valentino czy Paula McCartneya. A przecież są kobietami. O co w tym fenomenie chodzi? Czy można go zrozumieć?
Można próbować, ale materia jest delikatna i skomplikowana. Kobiety zakochują się w męskich rolach kobiet i w samych aktorkach odgrywających te role. Niejeden freud połamie sobie na tym zęby. Najbardziej oczywista, ale moim zdaniem spłycająca temat, koncepcja to obecność pierwiastka lesbijskiego. Kobiety przyciągają ewidentne podteksty homoseksualne, twierdzą jej zwolennicy. Inni twierdzą, że odwrócenie ról (kobieta w roli mężczyzny) jest przyciągającym żeńską publiczność symbolem wyzwolenia kobiety wciśniętej na co dzień w sztywne patriarchalne ramy japońskiego społeczeństwa.
Ja daję wiarę sile androginicznej subtelności. Pięknu odartemu z maskulinicznej brutalnej szpetoty. W postaci Okity Sōji ubranego w ciało Sagiri Sejny, w jego/jej twarzy, w jego/jej wzroku widzę człowieka doskonałego. Walecznego i niewinnego zarazem. Silnego i dziewiczego. Władczego i uległego. Niemożliwy ideał, ktoremu można oddać swoje osobiste najskrytsze serce.
Z takim Okitą Sōji, z taką Sagiri Sejną - w jednym ciele, pożegnaliśmy się po pierwszym akcie.

W czasie ponadpółgodzinnej przerwy objawiła się inna specyfika właściwa wszystkim teatrom japońskim. Taki mały fenomenik godny antraktu. Byłem jego świadkiem kilkakrotnie w ubiegłym roku w Teatrze Narodowym w Tokio, w Kabukiza w Tokio, w Minamiza i Noh w Kioto. W czasie przerw westybul teatru wraz z wszystkimi hallami na wszystkich piętrach zamienia się w jeden wielki jarmark gadżetami, błyskotkami, obrazami, a nawet ciuchami. Oczywiście nie brakuje też gastronomii. W Hakataza tym razem królowały gadżety Takarazuki. Kłębił się wokół nich rozgorączkowany tłum fanek. 
My skryliśmy się w spokojniejszej części restauracyjnej. Dopiero rachunek za niezbyt obfity lunch uzmysłowił nam przyczynę tego lokalnego spokoju, pustki wręcz. Cóż, dobra sztuka musi się cenić. Tylko czy ma być to sztuka mięsa?

Po przerwie fenomen Takarazuki pokazał swoje drugie, nie mniej zagadkowe, oblicze. Byliśmy wraz z rozbawioną i rozklaskaną do bólu dłoni publicznością świadkami absolutnie kiczowatej mieszanki rewii, wodewilu i operetki skrojonej przez obłąkanego scenarzystę ze skrawków zachodniej muzyki, strojów i scenografii. W karykaturalnych zestawieniach można było oglądać aktorki w kusych spódniczkach z wachlarzami piórek przyczepionych od tyłu, tańczące kankana do arii E lucevan le stelle z Toski Pucciniego, teksty Presleya i Sinatry śpiewane w języku quasiangielskim, przeplatane wstawkami języka japońskiego, suknie wiktoriańskie z rozłożystymi kapeluszami pod rękę z obcisłymi sukienkami i kapelusikami z lat dwudziestych XX w., smokingi na zmianę z frakami. Były schody, schody, schody! Był ciekły azot, petardy z dymem i feeria świateł. Atmosfera sięgała beatlesowskiego zenitu, kiedy gwiazdy Takarazuki wbiegały pomiędzy rzędy foteli na parterze i przybijały piątki wielbicielkom. Dla mnie zenit nastąpił w ostatniej scenie, w której gwiazda otokoyaku, wywzdychana przeze mnie powyżej Sagiri Sejna, w odzieniu o męskim kroju, ale pełnym kolorowych szamerunków i błyszczących cekinów, wyszła na centralne miejsce sceny z... olbrzymim pióropuszem wystającym z okolic czterech liter. Pióropusz był karykaturalnie monstrualny i w zestawieniu z frakiem zepsuł całe moje uniesienie ideałem człowieka. Bliski był za to karykaturalnemu ideałowi drag queen. Zenit opadł w nadir, aby przy wyjściu z teatru przejść w lekki niesmak.
Cały ten bigos przedstawiano pod nazwą Fancy Guy! Miłośniczki Takarazuki, tonące w łzach i wzruszeniu podczas pierwszego aktu, później unurzane w komercyjnym afekcie antraktu, teraz podskakiwały na swoich siedzeniach w ekstazie, klaszcząc przy każdym takcie zblendowanej muzyki, osuwając się niemal w omdleniu, kiedy dotknęła je dłoń idolki. Fascynujący spektakl przeniósł się dla mnie na widownię. 

Kto zrozumie to japońskie pomieszanie izolacji od świata zachodniego z zauroczeniem odpryskami jego kultury, poczucia wyższości własnej kultury z żarłocznym apetytem na import wszelkich zdobyczy zachodnich, arogancji z uniżonością, agresji z podporządkowaniem, szowinizmu z pokorą, ten może zrozumie, co się działo 16 maja w teatrze Hakataza. Po obu stronach orkiestronu. Ja wciąż wymiękam. I kocham ich za to, że aż tak ich nie rozumiem.

Agresja i pokora. Wciąż pamiętam opis sytuacji w Tokio tuż po kapitualcji w 1945 roku. Jeszcze wczoraj Japończycy walczyli dosłownie do ostatniej kropli krwi. Poddanie się na polu walki nie istniało w ich słowniku. Do niewoli dostawali się jedynie ranni - nieprzytomni. Reszta ginęła w walce lub zbiorowych samobójstwach. Nie ma w tym przesady. Tak było. 
Jeszcze dzisiaj próbowali siłą odwieść cesarza od złożenia deklaracji. 
Jednakże słowa kapitulacji padły z najwyższych ust. Słowo stało się ciałem. 
Pierwsi dziennikarze i dyplomaci, którzy lądowali następnego dnia na ziemi, której obywatele byli dla świata zachodniego nieobliczalnymi szaleńcami, w pierwszych chwilach kurczowo zaciskali palce na spustach swoich pistoletów - po to, aby wieczorem odłożyć pukawki do szuflad i wyjść swobodnie na zniszczone ulice, na których witały ich zaciekawione i przyjazne twarze. Twarze sojuszników.
Słowa kapitulacji padły z najwyższych ust. Słowo stało się ciałem.

6 komentarzy:

  1. "komandor Perry, wysłannik prezydenta USA wymusił w 1954 roku na shogunie traktat o otwarciu Wysp na współpracę z Zachodem." - popraw, prosze rok. To bylo 31.3.1854.
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście. W kilku miejscach o 100 lat się machnąłem. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż za kontrast! Pierwszy akt zachwycająco japoński, drugi - zlepek kultur wręcz kiczowaty. Rzeczywiście, trudno to zrozumieć. Dodam jeszcze, że chociaż wiem, co to jest katana, w myślach wyświetlił mi się obraz długowłosego, brodatego młodzieńca wywijającego marynarą podczas koncertu rockowego :)))))))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawie piszesz. Gdyby mi przyszło przeczytać te informacje z przewodnika byłoby trudno. Podlane sosem osobistych wrażeń są fascynujące.

    OdpowiedzUsuń
  5. Teraz wiem jak bardzo było warto zobaczyć przedstawienie Takarazuki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo interesująco piszesz o tym :)

    OdpowiedzUsuń