poniedziałek, 4 maja 2015

Seoraksan - 28 kwietnia cz. 2

Kochany Pamiętniku!
Jakże cholernie ciężko Cię prowadzić, kiedy wydarzenia gnają jedne po drugich jak oszalałe, a wejście ze wspomnieniami w strumień czasu przypomina próbę przejścia autostrady w nieoznakowanym miejscu w godzinach szczytu.
Wątek wczorajszych wydarzeń w nawale dzisiejszych itinerariów "ulata jak łezka od rzęs", a te przedwczorajsze stają się prehistorią. Próbuję je więc jakoś co dzień fosylizować, ale wtedy tracę możliwość czułej obróbki tych, które czekają w Twoim przedsionku.
Od kilku dni włóczymy w bólu swe nogi po Seulu (się rymnęło!), a na Twoich e-kartach dopiero dotarliśmy zdyszani do Singheunsy.

Ta bajecznie, u stóp gór parku Seorak, położona świątynia jest ważnym punktem na mapie głównej koreańskiej szkoły (zakonu) Jogye (bywa też zapis Chogye). Jest świątynią parafialną i pod jej zarządem znajduje się 35 innych. Uważana jest za najstarszą świątynię zen (kor. seon) na świecie. Powstała ok. 637 roku n.e. założona przez kształconego w Chinach mnicha Jajanga, założyciela wielu innych klasztorów na terenie Korei. Jajang wywiózł z Chin nie tylko wiedzę, ale również szereg relikwii, bo te, jak szeroko wiadomo, są najlepszym kamieniem węgielnym pod budowę ważnych kościołów. Był wśród nich kawałek czaszki Buddy Šakjamuniego (tego historycznego Buddy), drewniana miseczka na datki używana przez tegoż oraz ok. 100 krystalicznie czystych koralików, które cudownie zrodziły się w miejscu kremacji Siddharthy Gautamy (świeckie imię Buddy). Na tym świętym kapitale zbudował potęgę klasztorów zen w Korei. 

Kiedy przeszliśmy przez pierwszą bramę na jej teren, pozachwycaliśmy się przestrzenną kompozycją poszczególnych pawilonów ustawionych w prostopadłą siatkę, układającą cały kompleks w półotwarte dziedzińce z silnie odczuwalną symetrią założenia. Wtedy usłyszeliśmy dźwięki śpiewnej recytacji sutr oraz po chwili przed głównym pawilonem zauważyliśmy niemały tłumek zaglądających do wnętrza. Jeśli tłumek gdzieś zagląda, to zapewne dzieją się tam ciekawe sprawy. Niezwłocznie wmieszaliśmy się. Wśród tłumku było sporo bladych twarzy, co jeszcze podsyciło naszą ciekawość. Zapuszczając maksymalną "żyrafę" na teleskopach spionowanych w baletowej pozie stóp, można było dostrzec w przyciemnionym świetle wnętrza kilku małych chłopców siedzących twarzami do śpiewająco-recytującego mnicha. Wokół nich kręciło się sporo dorosłych, zarówno w szatach mnisich, jak i cywilnych. Błyskały flesze i klikały migawki. W pewnym momencie mnisi kręcący się wokół chłopców chwycili za elektryczne maszynki do golenia i zaczęło się generalne golenie zwieszonych pokornie główek. Wszystko odbywało się w atmosferze śmiechu lub co najmniej uśmiechu. Twarzy chłopców nie było widać. Po goleniu maszynkami zaczęło się namydlanie główek i golenie nożykami na gładko. Udało mi się dopchać do ościeżnicy drzwi głównych, więc miałem dobry punkt obserwacyjny, choć raz po raz kadry zasłaniali mi fotografujący całe zdarzenie. 
Kiedy główki stały się całkiem łyse, chłopców rozebrano z resztek cywilnej odzieży (przynajmniej tak wyglądała) i ubrano ich w eleganckie zminiaturyzowane mnisie szare szaty z ochrowymi przepaskami. Widać było, że niektórych z nich roznosi już energia, bo zaczęli przekomarzać się minami, głaskać wzajemnie i osobiście po łysych czaszkach, a jednemu tak spodobały się obszerne rękawy szaty, że zaczął udawać ptaka, energicznie machając małymi "skrzydełkami". Dorośli nie przeszkadzali im w tych chwilach, kiedy zapominali o powadze tej ceremonii, o ile w ogóle zdawali sobie z niej sprawę. Po kolejnej fazie modłów-recytacji przyszedł czas na zdjęcia na kolanach najważniejszego z mnichów. Wtedy dopiero można było dobrze dostrzec ich twarze. Zdziwiło nas, że te dzieci, poddawane najwyraźniej ceremonii wyświęcenia, miały (na oko) od trzech do dziesięciu lat. Najmniejszy z nich kiedy usiadł na kolanach starszego, miał minę z ustami w podkówkę, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Patrzył w stronę swoich rodzicieli szklistymi oczami, proszącymi jakby "weźcie mnie stąd". Nie było mu do śmiechu tak jak dorosłym.
Po tej sesji maluchom założono na łysinki czapki podobnie jak szaty w mysim kolorze i wyprowadzono na zewnątrz. 
Na ustawionych w szeregu plastikowych krzesełkach zasiadło grono starszych, a na ich kolanach posadzono grupkę świeżo upieczonych mniszków. Za plecami siedzących ustawiła się cała grupa bladych twarzy, którzy (przeprowadziłem szybki wywiad) okazali się studentami z Danii, biorącymi udział w tzw. temple stay, czyli noclegowaniu w świątyni połączonym z udziałem w dziennych zajęciach (mieliśmy ku temu okazję w Koyasan rok temu).
Ceremonia, na którą przypadkiem trafiliśmy, jest tradycją znaną w całej buddyjskiej Azji, chociaż nie jest jednolita. W Korei, na ile zdołałem się zorientować, mali mnisi przyjmowani są do klasztorów na kilka tygodni przed urodzinami Buddy, które w tym kraju obchodzone są 8 dnia 4 miesiąca lunarnego (w tym roku - 25 maja). Żyją w klasztorze, ucząc się zakonnego życia z jego wszystkimi aspektami. Wstają o świcie, modlą się, medytują, jedzą wegetariańskie posiłki. Po urodzinach Buddy wracają do domów. 
Ich wiek wskazuje na to, że to nie oni, ale ich rodzice decydują o tym doświadczeniu. Szperając w necie, widziałem reportaże z ceremonii, które nie przebiegały tak łagodnie jak ta. Lały się krokodyle łzy, dzieci zdezorientowane przechodziły rozpacz. Nawet jeśli w świadomości rodziców była to lekcja życia na krótki dystans, to dla kilkuletnich maluchów mogło to być traumatyczne przeżycie niezrozumiałego oderwania od domu. Raczej to okrutne niż święte. Ponadto w krajach uboższych jak Tajlandia, Birma, Sri Lanka dzieci oddaje się do klasztorów na stałe w nadziei na wikt, opierunek i lepsze wykształcenie. W Tybecie wyświęca się dzieci na mnichów i to jest norma. Ta norma ma w różnych regionach inne cezury. A to: że dziecko nie powinno być młodsze niż 8 lat albo na tyle duże "żeby umiało odstraszać kruki". W obszarze koreańskim znalazłem jedno miejsce  w świątyni Haein, gdzie dzieci przebywają na stałe, choć zajęcia szkolne odbywają w szkole publicznej, a dorastając, mogą iść na uniwersytet i podjąć pracę cywilną. Jest to raczej odpowiednik naszego sierocińca dla najuboższych i zrobił na mnie wrażenie szlachetnej misji. Przełożony tego klasztoru oficjalnie adoptuje dzieci, bo jest to optymalne rozwiązanie prawne.
Z wyświęcaniem i przyjmowaniem do klasztorów dzieci, podobnie jak w religii katolickiej, związane są w ostatnich latach doniesienia o wykorzystywaniu seksualnym. Najgłośniejszą postacią w tej materii jest J. E. Kalu Rinpoche, będący oficjalnie przez Dalajlamę rozpoznaną reinkarnacją poprzedniego Kalu Rinpoche. Nagrał on w 2011 roku i rozpowszechnił na Youtubie własne wspomnienia mówiące o przemocy seksualnej, jakiej doznał w dzieciństwie od grupy starszych mnichów. Najwyraźniej celibat przegrywa z seksualnością ludzką we wszystkich obszarach. 

Mali mnisi uśmiechający się do siebie i cieszący się nowymi ubrankami i dziwnymi kapelusikami dostali od starszych bębenki buddyjskie i wyruszyli z dorosłą świtą w stronę posągu Buddy Jednoczącego. Po długich godzinach klęczenia, siedzenia i pochylania głów mogli teraz zamaszyście maszerować i klepać w bębenki, ile wlazło. Poszliśmy jeszcze trochę za nimi, korzystając z okazji, kiedy orszak zatrzymywał się na kolejną sesję zdjęciową. 
Potem skręciliśmy we własną, świecką ścieżkę w kierunku wodospadu Biryeong, ale wesołe odgłosy drewnianego bębnienia rozlegały się po całej dolinie jeszcze bardzo długo, kiedy mali mnisi kroczyli po swoich malutkich drogach w stronę nowego, oby szczęśliwego i czystego, doświadczenia.


Tędy do zdjęć.

5 komentarzy:

  1. No, tak; dzieciaki są zbyt małe, żeby mieć świadomość konsekwencji, jakie niesie decyzja podjęta przez rodziców. I tego, że zdeterminuje ona ich przyszły los.. Ciekawe, że empatycznie stoję po stronie dziecka, a nie do końca rozumiem motywację dorosłych. Chyba to kwestia nieznajomości tej kultury.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też uważam, że nauka na siłę nic nie da. Trudno zrozumieć tych rodziców, chociaż do końca nie jestem pewna, czy to nie są dzieci już wybrane z wielu, mające jakieś predyspozycje do zostania buddystami. A jak się w Korei czuje prawdziwy buddysta? Z tego co czytam na blogu Gosianki wydaje mi się, że powinien czuć się bardzo źle, widząc dookoła tyle okrucieństwa. A jak jest naprawdę nie wiadomo, bo przecież tam ludzie mają inną mentalność.

    OdpowiedzUsuń
  3. W 2003 roku był w Polsce wyświetlany film południowo koreański p.t. ".Wiosna, lato, jesień, zima." opowiadający o buddyjskim klasztorze znajdującym się na pewnym jeziorze w dziewiczym lesie. Film opowiada historię życia jednego z mnichów od dzieciństwa po starość. Warto zobaczyć ten film.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze dodam, że w filmie nie pada ani jedno słowo, a po obejrzeniu filmu dokładnie wiadomo czym jest Buddyzm.

    OdpowiedzUsuń