wtorek, 22 lipca 2014

Do Narity, czyli sielsko, wiejsko, a człowiek lubi sobie czasem polatać

Noce z zatyczkami są jak makiem zasiał. Nie wiem, jak długo trwała burza, bo kiedy rano się obudziłem, pogoda obywała się bez deszczu i piorunów. Surferzy już od świtu chyba (niedziela) wytrzeszczali oczy i prężyli mięśnie w poszukiwaniu najbardziej efektownych falowych skutków nocnej zawieruchy. Odebrałem swojego tauzena za niewykorzystane worki na śmieci i wyruszyłem do Narity, czyli niewielkiego miasta znanego z międzynarodowego lotniska służącego Tokio.

Dżipsiak prowadził mnie jak zwykle dróżkami, drożynami i dróżętami pośród licznych w tej części kraju miast. Po raz pierwszy na swojej trasie, liczącej w tym momencie ponad 4 tys. kilometrów (nie licząc mórz i oceanów :))) natknąłem się na swojsko wyglądającą prewencję policji drogowej.


Oni naprawdę wierzą, że ten kawałek dykty zwiększa bezpieczeństwo? Najwyraźniej jednak ta wiara w Japonii jest miniaturką jej polskiej odpowiedniczki. Przypomina mi to jeszcze jedno wydarzenie. Kiedy pomykałem Kurumą z Sōunkyō do Asahigawy, dwa razy z rzędu zamrugano do mnie długimi światłami, po czym po kilku kilometrach minąłem stojący na poboczu wóz policyjny. No nie!!! Ta niesubordynacja wobec władzuni zahacza nawet o Japonię? Dosyć swobodnie traktują limity prędkości i do tego ostrzegają przed patrolami. Mamy jednak coś wspólnego!

Dróżkami nie zawsze da się ominąć małe miasteczka. Tym razem przejeżdżając przez jedno z nich, trafiam na matsuri z udziałem dashi (nie chodzi o bulion, ale duże wozy do przewożenia ołtarzy). 


Udział biorą obie płcie we wszystkich pokoleniach, a akcja dzieje się na kilku uliczkach równocześnie. Widzów prawie nie ma, bo chyba wszyscy mieszkańcy wzięli się za ciągnięcie grubaśnych lin. Jest kolorowo i podczas odpoczynku wesoło i gwarnie.



Zapalają się papierosy, polewane jest coś przeźroczystego do czarek. Są przekomarzanki między dziewczynami i chłopakami. Raz po raz rozlega się rubaszny śmiech. 



Lubię tę beztroską Japonię, która stanowi mocny kontrast do obrazów społeczeństwa przepracowanego, spiętego niezliczonymi zależnościami hierarchicznymi, formalizmami i obyczajami. Społeczeństwa, w którym werbalny przepływ informacji dokonuje się tylko za merytorycznym nakazem i tylko w niezbędnym zakresie. Te obrazy wiozłem w sobie do Japonii jako efekt wielu lektur na jej temat. Może coś źle przeczytałem...




Na dachu jednego z dashi ustawiono głośniki, które w pewnym momencie ryknęły japońskim popem na żywo. Usadowiła się tam jakaś gwiazda i postanowiła zagłuszyć wszystko, łącznie z własnymi myślami. 



Była to przykra niespodzianka po wcześniejszej klasycznej muzyce fletów i bębnów. Zawinąłem się stamtąd.



Niedługo zaczęło się robić wiejsko. Prowadziły mnie tam takie oto dróżęta.



Oto ryż, który zaczyna już przypominać nasze zboża. Jakaż różnica w porównaniu do naszych (z Gosią) pierwszych zdjęć z maja!






Perełki wiejskiej architektury pozaszywane w uroczych miejscach.





Na niektórych polach żniwa już zakończone, a gleba wymuskana jak polewa na torcie czekoladowym.





Nie wszystkie prace można wykonać maszynowo. Zgarbione postacie (głównie kobiece) w czepkach zapożyczonych od Czerwonego Kapturka (z wyjątkiem pierwszego zdjęcia oczywiście) to bardzo częsty obrazek na tutejszych wsiach. 




Dotyczy to zarówno pracy w polu, jak i przy roślinach ozdobnych w otoczeniu domów.





Tym kaczkom ktoś urządził wspaniałą rezydencję, i to w dużym oddaleniu od gospodarstwa.



Się jedzie się jedzie się jedzie się jedzie się dalej.



Docieram do lotniska w Naricie i sprawdzam, czy mają tu tyle samo startów




ile lądowań 



i wychodzi, że lądowań jest więcej. Jaki stąd wniosek? Nie wiem. Może źle dobrane narzędzia badawcze piszącego te wydumajki.

Jadę sobie ja główniejszymi ulicami w okolicy lotniska, ruch samochodowy duży. Tu już się nie da wyczarować dróżek. Trzymam się więc blisko metalowej bariery ochronnej, aż tu ktoś woła do mnie głośno z przeciwległej strony ulicy, z wysoko sięgającej skarpy. Oglądam się ja, co to niby za znajomek i... bum, w barierkę przywalam. Rumak się wykłada na prawy bok, a ja na obraz Bruce'a Lee robię asfaltowy pad z katurlanką. Rękawki krótkie, nogawki krótkie, bejsbolówka na durnym łbie i cud to jakiś oraz skoki "tygryskiem" ćwiczone z zapałem w dzieciństwie, że po pozbieraniu się z chropowatej nawierzchni zauważam, że nie zauważam nawet najmniejszych zadrapań. Zauważam natomiast na mnie wycelowane teleobiektywy tych skarpowych "kolegów". Okazało się, że to bezkrwawi myśliwi polujący na startujące z Narity metalowe ptaki, i to bynajmniej nie do mnie wołano, ale do pilota zapewne, żeby się ładnie na skrzydło wyłożył. Na tę krótką chwilę okazałem się efektowniej wykładającym na skrzydło, więc zaszczyty spłynęły migawkami w moją stronę. Żałuję, że sam sobie nie zdążyłem zdjęcia w locie strzelić. :) Aha, jeszcze jedno. Jutro ostatni etap - jadę w kasku!

Nie ma dobranoca, bo to nie koniec dnia był. To druga godzina popołudniowa była, a najciekawsze czekało na mnie pod wieczór. Ale o tym po tym.

Seagull, czyli knajpka Pod Mewką

19 lipca dotarłem około godz. 14 promem Sunflower do portu w Oarai. Po kilku dniach względnej rutyny - przemieszczania się po Hokkaido w terenie, którego szlaki przetarłem wcześniej, znowu znalazłem się na terra incognita. Nie taka ona jednak do końca incognita, gdyż miałem w gpsie namiar na kilka dosyć mocno porozrzucanych po prefekturach Ibaraki i Chiba kempingów, jeszcze z okresu przygotowań w domu, kiedy zakładałem wyruszenie rowerem wprost z Tokio. Tego samego dnia udało mi się jeszcze przepedałować 45 km i po kilku nieudanych próbach odnaleźć mocno zapuszczony kemping Seagull. 

Polowanie na kempingi to jedna z bolączek tej podróży. Namierzyłem je z uproszczonych mapek podawanych przez portal mapple.net (w jęz. japońskim). Na mapach wydaje się wszystko proste, ale w rzeczywistości, kiedy dotrze się na miejsce po kilkudzieisęciu kilometrach jazdy i wniknie się w gąszcz lokalnych uliczek i dróżek, a nie ma żadnego wyraźnego drogowskazu, robi się stresowo. 



W tym przypadku było podobnie. W miejscu wskazanym przez mojego wiernego przewodnika dotarłem do plaży, przy której na pokaźnych falach Pacyfiku pląsało sobie kilkudziesięciu surferów. 



Warto pamiętać, że "plaża" oznacza tu piasek i żwir zawalony wszelkiego rodzaju śmieciem wyrzuconym przez ocean. Jakaś mała część wodnych junaków wykonywała różne czynności towarzyszące temu sportowi, jak mycie i suszenie pianek oraz palenie papierosów, połączone z baczną obserwacją układu fal i zazdrością, że "kuźwa, akurat teraz, jak wylazłem z wody, to te patafiany dostały takie niesamowite beachbreaki". Robili to w otoczeniu swoich samochodów, na czymś co mogło być dzikim parkingiem, ale bardziej przypominało krajobraz po bitwie z lejami po wybuchach wypełnionymi wodą. Krótko - syf! Podszedłem ja do nich, wyglądając z moim Karuskiem jak obywatel innej planety i zapytałem, "czy ten tu zwany Seagull kemping to gdzie on jest" (tak mniej więcej wygląda mój japoński). Ha ha ha! - odrzekli, wskazując sobie na mój jednoślad, jakby nie wiedzieli, że istnieje na świecie turystyka rowerowa. No ale w towarzystwie, w którym męski włos jest w rudo-fioletowych barwach, samochód wielkogabarytowy na białych tablicach (mikrusy jeżdżą na żółtych), a opowieści o wyczynach z falami dorównują wrażeniom z polowania na Mobby Dicka, jazda rowerem musi być obciachem. Nie, nie wiedzą o żadnym tu kempingu. Jakaś niewiasta pośród tego testosteronowego towarzystwa spróbowała pomóc, wyciągając mapę samochodową, ale zanim się zorientowała, gdzie w ogóle się obecnie znajduje, ja już widziałem, że przy tej skali mapy samochodowej nie ma szans na znalezienie kempingu. 

Podziękował i wycofał się z plaży na drogę szosową. Popytałem jeszcze kilku lokalsów, ale albo nie rozumieli (z "jezusmariagaijińskiego" założenia), o co chodzi, albo nie wiedzieli, gdzie tego szukać. Wreszcie, po kilkudziesięciu minutach, w czasie których złe doświadczenia z Tōhoku i duża odległość do kolejnego kempingu wyniosły moje znużenie i rezygnację do poziomu "siąść i płakać", trafiłem na knajpkę, której właścicielka doskonale wiedziała, co to Seagull i gdzie się znajduje. A jednak? Znajduje się? Czyli istnieje? Radość! Adrenalina! "Siąść i płakać" natychmiast zmienia się w "nie wygłupiaj się i bierz dupę w troki". Kemping jest na zapleczu jej knajpki, tu pójdzie w lewo i jeszcze raz i do przodu i w lewo i będzie na miejscu! 

Jak kazała, tak zrobiłem i znalazłem być może najbardziej zapuszczony i smutny kemping mojej trasy. Łyse, żwirowe stanowiska namiotowe i rozpadające się i pozamykane baraczki toalet. Dramat! Ale jest gdzie się rozbić i zjeść. Da się żyć. Kiedy się kręcę w procesie rozpoznania terenu, pojawia się pani, która chyba zarządza tym czymś. Zaprasza za miedzę do całkiem miłego minshuku (prywatny, tradycyjny mały hotelik), w którym, jak się okazuje, mogę korzystać z toalet i ofuro (łaźni), a nawet skorzystać do woli z lobby, w którym można sobie za friko zapodać ciepłą herbatkę i kawę. Wszystko to w cenie pola namiotowego Seagull - 1000 ¥ (30 zł). Da się żyć! Co prawda już drugi tysiąc za wynajem zestawu toreb na segregowane śmieci, mimo iż się zarzekam, że ja przecież nie śmiecę. Nic to! Procedury! Uporządkowany, bezpieczny świat! Zwróci rano nieużywane worki i tysiak przepłynie z powrotem z ręki do jego ręki! Wziąłem worki i oddałem 2 tys. ¥.

Rozbiłem się, wykopując z placyku przeznaczonego pod moją podłogę co większe kamyki. Syf już mi nie przeszkadzał, bo tu tylko spokojny sen, a tam, tuż obok, rozkosze życia.



Po postawieniu noclegowni poszedłem zaspokoić głód do pani, która niedawno uratowała mi życie. Wszedłem ja, ukłoniwszy się wszystkim gospodarzom i czterem gościom i zapytałem się płynną japońszczyzną "a co tu jest do zjedzenia?" Przez chwilę zapadła krępująca cisza, a na twarz gospodyni wpełzł grymas zakłopotanego uśmiechu. No ale co byś chciał zjeść o TEJ PORZE? (była 19). No ale co macie? Co, "co mamy"? No, udon macie? Ramen macie? Udon? Ramen? Kurde, co ona jakaś niekumata jest czy przemęczona? Widzę, że pozostali goście skupieni po przyjacielsku przy jednym stoliku zaczynają podśmiechujki, ale dzięki temu, że zażenowany gapię się na nich, widzę też, że przy sąsiednim stoliku wisi tabliczka z fotkami dań i cenami. No to jesteśmy w domu! Już ja widzę, co wy tu macie! Podchodzę więc zdecydowanym krokiem do tego stolika i widząc znane mi słówko osusume (polecamy) oraz zapisane katakaną janbo (co tłumaczę sobie jako wielgachne - jambo), szybkim strzałem palca pokazuję - Poproszę właśnie że to! 




Pani gapi się na mnie z coraz większym zwątpieniem, ale zmieszany uśmiech nie spełza z jej ust. Rzuca jakąś komendę do części kuchennej i zaprasza, abym usiadł. No! Moje na wierzchu.
Po jakichś dwóch godzinach, kiedy w lobby minshuku uciąłem sobie pogawędkę z jednym z gości, którzy siedzieli wtedy w knajpce, dowiedziałem się, że o 19. gospodarze zamykali właśnie lokal (a więc i urządzenia kuchenne) i tylko czekali, aż ci czterej się wyniosą, kiedy ja wparowałem. Gospodyni, zmieszana i niepewna takiego jak ja gościa - białasa, nie potrafiła mi wprost powiedzieć "Nieczynne! Nie widzi na drzwiach, że napisane?". Nie jest to w japońskim obyczaju, aby wprost i krótko zakomunikować "nie". "Nie" jest niemal nieobecne w żywym języku. Są za to różne odmiany "tak" - pozytywne i negatywne. Przykładem "tak" negatywnego może być odpowiedź na pytanie "czy macie buty w rozmiarze 45". Taka odpowiedź brzmi: "tak, nie mamy takich kajaków". Tak więc zamiast "nie", kuchnia znowu ruszyła, a ja zjadłem jeden ze smaczniejszych japońskich posiłków - kakiage-don, czyli tempurę z krewetek i warzyw, zapieczoną w jeden placek i podaną na ryżu. Pychota! Jaka rozkosz dla kubeczków w przewodzie i żołądka, który nie dość, że od długich godzin nic nie spożył, to jeszcze współcierpiał zmęczenia i stresy.



Jakaż zaś rozkosz i ulga dla gospodarzy, kiedy, wciąż nie wiedząc, co było przyczyną wstępnego nieporozumienia, około 19.30, oblizując się ze smakiem, nieśpiesznie opuściłem lokal, wcześniej jeszcze przez kilka długich minut wychwalając kucharza za tak wysublimowaną i elegancką potrawę (w skrócie - kono ryōri wa umakatta desu ne!) i kłaniając się państwu nisko. Jak oni szybko zamknęli knajpkę i wyrwali do domu, można wnioskować z tego, że zanim zdążyłem kupić wodę w jidohanbaiki po drugiej stronie ulicy i wrócić do roweru, oni już odjeżdżali. Potem dowiedziałem się od mojego rozmówcy, że ten lokalik otwarty jest po południu od godz. 18 do 19! No to się państwo nie przepracowują za bardzo! Dodam jeszcze, że akcja działa się w sobotę wieczorem, co na ogół jest porą szczytu weekendowego w restauracjach.

Kiedy wróciłem na gruz kempingu, prognoza pogody sprawdzała się w najlepsze, czyli grzmiało i błyskało i kropić zaczynało. Tak miało robić do samego rana. Wziąłem ja przybory kąpielowe i elektronikę i poszedłem pod bezpieczny dach minshuku. Tam, po oczyszczeniu się z pyłów drogi i potów wysiłku oraz tak ogólnie - shintoistycznie, zasiadłem na kanapach lobby, zakablowałem się do elektronowych gniazd, zalałem herbatę po brzegi kubka i rozpocząłem popisywanie tego i owego. 

Po chwili w lobby pojawiło się dwóch gości. Przysiedli się tuż obok i wyciągnęli fajki. Zapaliliśmy. Ja cię znam - zaczyna jeden z angielska. Ty byłeś tam w knajpie na obiedzie. A wy, to ci czterej? Tak. I wtedy opowiedział mi, o co szła rozgrywka z kwaśnymi uśmiechami przy zamawianiu obiadu i że te godziny ich pracy to dziwoląg jakiś. Pośmialiśmy się, zaciągając się mistycznie dymkiem. Ten pierwszy gadał, a ten drugi gapił się tylko, więc wkrótce rzucił sumimasenem i poszedł, a my, zaciągając się wciąż, jak na mój gust, ponad miarę, zapełnialiśmy popielniczkę jeszcze przez godzinę, uzupełniając wzajemnie wiedzę o życiu w tym czy innym kraju. Mnie się nie śpieszyło, bo za oknem byskało, waliło i chlustało, ale mój nowy kolega musiał się pożegnać, bo o 3 rano pobudka na ryby. Pożyczyliśmy sobie i rozstaliśmy się etnologicznie bogatsi, a nikotynowo ubożsi.
Ja jeszcze podumałem trochę o filozofii podróżowania, ale chciał nie chciał, trzeba było w końcu przebyć te metry przez tę mokrą ścianę i ten błyskawicowy palec boży, pod osłoną kurtki nieprzemakalnej na siedemset milionów milimetrów słupa wody. Gruzowo-żwirowe podłoże okazało się dobrym rozwiązaniem na ciężki deszcz, bo wszystko szybko wsiąkało i wokół namiotu było sucho. W środku też. 

Zdziewam i zzuwam więc ja okrycia, przykrycia i nakrycia, zakładam strój pidżamowy (góra) oraz piżamowy (dół) i zwinnym ruchem kibici wślizguję się do worka sypialnego. Wokół grzmoci i stroboskopuje, w tropik dudni, że o mało do wnętrza pałatki się nie przebije, a niedalekie fale łupią w bliższe betony, jakby chciały mnie biednego zmyć z pokładu ziemskiego. Ale nauczony ja wcześniej przez drące się o świcie czarne ptactwo rutynowo wkładam sobie zatyczki w otwory ulokowane po bokach głowy i pogoda się natychmiast uspokaja. Tylko wibracje i infradźwięki pozostają, ale te niweluję własnym motorem, który włączam w chwilę po zaśnięciu.

Dobranoc!

piątek, 18 lipca 2014

Sprawy bieżące, czyli バイバイ 苫小牧市 (bai bai Tomakomai)

Nadaję z promu Sunflower, na którym się, przez analogię do zaokrętowania, zapromowałem. Wypływam dzisiaj z Tomakomai, do którego dotarłem tą samą bujaną drogą trzy tygodnie temu. To jednocześnie pożegnanie Hokkaido, wyspy tysiąca cudów natury, która dostarczyła mi tysiąc niezapomnianych wrażeń. Darem losu jest chwila, kiedy można oderwać się od gnuśnej codzienności, uwikłanej w politykę, biznes, masę drobnych i dużych problemów, i rozglądnąć się spokojnie wokół, żeby dostrzec, jak wiele piękna jest na świecie.

Kiedy myślę o tym, przypomina mi się piękna scena z American Beauty, kiedy Ricky, nierozstający się ze swoją kamerą, puszcza swojej ukochanej Jane film, którego bohaterem jest tańczący w wirach wiatru woreczek. Mówi jej wtedy (cytuję z niczego, czyli z głowy), że na świecie jest tyle piękna, że on czasami nie potrafi sobie z tym poradzić i oboje w milczeniu, ze łzami w oczach oglądają ten spektakl życia tchniętego w martwy kawałek plastiku.

Wierzę, że tak jest, jeśli potrafimy choćby na krótką chwilę odrzeć rzeczywistość z brudów, które służą jedynie utrzymaniu się w bieżącym kursie cywilizacji. Wyrzec się rzeczy, za posiadanie których płacimy bardzo wysoką cenę. Zrezygnować z udziału, i tak najczęściej biernego, w tych publicznych wydarzeniach, którymi wewnętrznie gardzimy, a które przyciągają uwagę i aktywność jak czarna dziura, dając w zamian jedynie stres i gorycz. Jeśli nawet nie zrezygnować i wyrzec się, to przynajmniej zapomnieć o tym, zrobić sobie urlop i zdziecinnieć, wrócić do korzeni, do tego, co najistotniejsze, mimo że codzienność próbuje odciąć nas od tego, zarzucając nieprzejrzysty całun i tworząc z nas żywe trupy funkcjonujące na automatycznym pilocie. Droga z pewnością sprzyja takiej świeżości, więc warto na nią wstępować. I nie trzeba do tego przemierzać tysięcy kilometrów. Wystarczy chcieć wstać i wyjść. Tylko "wyjść" oznacza WYJŚĆ. Wywiesić tabliczkę "Nie ma mnie! Nie wiem, czy i kiedy wrócę", nawet jeśli jest to oczywiste, że niedługo wrócimy, bo musimy z wielu powodów. Jeśli to się uda, zaczynają się zwykłe, proste cuda! Nasi kuzyni ze świata flory i fauny zaczynają przemawiać prostym i zrozumiałym językiem, który tworzy z nas jedną rodzinę, gdzie człowiek jest jedynie infinitezymalnym zjawiskiem, młodszym kuzynem, chętnym do wysłuchania, o co tu właściwie idzie. Zaczyna gapić się w miejsca, w których, wydawałoby się, niewiele się dzieje. Słucha prostych dźwięków, odkrywając w nich muzykę świata. Miałem takie chwile, tutaj na Hokkaido, szczególnie w ostatnich dniach. Był to absolutny stan zen, po który warto było przećwiczyć tę drogę. Wyobrażam sobie, że w takim stanie nawet obserwacja tańczącego w podmuchach wiatru plastikowego worka może być przeżyciem nie mniejszym od doskonałego baletu.

Piękno natury jest tutaj z pewnością na pierwszym miejscu, ale okazuje się, że również ludzie, odarci z brudnej codzienności, choćby to wrażenie po części było skutkiem bariery językowej, dzięki której nie słyszy się tego, co mają do powiedzenia o jakimś tam kolejnym polityku, nieważne - stają się piękniejsi. Biorą do rąk aparaty, malują, obserwują, słuchają. Otwierają się im oczy i uszy na to, co ginie w zgiełku ich miast. Przez ostatnie dwa wieczory na kempingu Arten w Tomakomai przed snem, który dopadał mnie około 21., mój sąsiad, oddalony o dobre 100 m, wyciągał wiolonczelę i grał cudowne, proste pasaże do podkładu, który cicho puszczał z odtwarzacza. Nie był wirtuozem, dźwięki były chrapliwe i fałszujące, a mimo to słuchałem ich jak najwspanialszej symfonii. Do tak pięknej muzyki jeszcze nie zasypiałem.

Z dobrych wieści z niższego pułapu - od kilku dni znowu cwałuję na moim rumaku i wszystko w stawach gra. Kurumę wycałowaliśmy w oba błotniki i podziękowaliśmy za wszystkie bezpieczne 1700 kilometrów wspólnej drogi. Karosz dzisiaj znowu dostąpił zaszczytu obcowania z harleyami.
Płynę do Oarai, z którego zostanie mi około 130 km do Tokio. Tam mam trochę planów na kolejne dwa tygodnie. Ale nie trzeba za wiele planować...




Dobranoc!

Jak tuf zrobił z Ishikari rzeźbiarza

Kiedy 30 tys. lat temu pobliski wulkan ożył i wypluł z siebie niewyobrażalne ilości materiałów piroklastycznych...



Dobra, chodzi o popiół, pył, piasek i fragmenty zastygłej w momencie wyrzucenia w powietrze lawy. Wulkan w czasie erupcji jest wielkim sprayem i rozpyla na olbrzymie wysokości i odległości to, co w warunkach zewnętrznych byłoby skałą, a w jego ciepełku upłynnia się jak masło na patelni. W tamtym czasie wulkan z Ohachi-daira zarzucił całą okolicę pyłem, popiołem, piaskiem i fragmentami skał, pokrywając ją kożuchem o grubości przekraczającej 100 m. W materiale tym w czasie stygnięcia powstawały pęknięcia tworzące kwadratowe lub sześciokątne słupy. W efekcie powstało coś przypominającego w przekroju poziomym strukturę grafitu. Geolodzy nazwali to tufem spoinowym (welded tuff).



Tuf, jak na skałę, jest miękki i plastyczny. Daje się łatwo obrabiać. Przykłady widzieliśmy z Gosią w Neapolu, który stoi na tufie Wezuwiusza. Włosi w czasie wojny wydrążyli w nim głębokie labirynty jaskiń - schronów, które mieliśmy szczęście-nieszczęście zwiedzać. Szczęście, bo wrażenie było niesamowite. Nieszczęście, bo będąc klaustrofobikiem, przeżyłem tam jedną z większych traum w życiu, kiedy nie mając odwrotu, musiałem przeciskać się przez długie na kilkadziesiąt metrów korytarze o przekroju idealnym dla podziemnych gnomów. Do dzisiaj mnie trzepie, jak o tym pomyślę. Brrrr...

Gościu, wróć na japońską ścieżkę!
Że co??? Aaaaaa... O czym to my... TUF! Dzięki, Kaeru!


No właśnie, za tuf w Sōunkyō wzięła się jakieś 10 tys. lat temu najdłuższa rzeka Hokkaido - Ishikari. A że materiał zdatny do obróbki, zaczęła rzeźbę w terenie. Podczas tworzenia kanionu ujawnił się dodatkowy czynnik związany z heksagonalną strukturą tufu spoinowego. Kamienne słupy, pozbawione przez erozję podpór, zaczęły odrywać się i walić w dół, tworząc geometryczne kształty na ścianach dzisiejszego kanionu. Kto nie cierpiał geometrii (zwłaszcza wykreślnej) i ma słabe serce, a nerwy dawno zerwały się z postronków, niech absolutnie niczego dalej nie ogląda!




Górną krawędzią kanionu przelewają się okoliczne strumienie, tworząc wodospady o dużym spadku. Można je podziwiać w kilku wyznaczonych miejscach.





Tu urocze wejście Ishikari do kanionu, zwane Ōbako. Widać, że ściany kanionu są w tym miejscu jeszcze niskie.



Odkrywamy kość udową globtrotaurozaura, choć do końca nie jesteśmy pewni: kość to sfosylizowana czy skała wodą wygłaskana. Nawet kruko-gawron ma co do tego wątpliwości. Dziubać czy nie dziubać, oto jest (jego) pytanie!


Stary nieczynny tunel, który ma nieczynny wlot i ledwo widoczny, nieczynny wylot. Wszystko w nim nieczynne, ale bardzo tajemnicze.


Na koniec przyszedł człowiek. Wpadł w zachwyt i w 1934 roku rzekł: "W tym miejscu zakładamy Narodowy Park Daisetsu-zan". Dodam od nas, że powiedział to po japońsku.





Sōunkyō bogate w gorące źródła szybko stało się popularnym kurortem. Dzisiaj oprócz podziwiania kanionu można stąd rozpocząć wypad w góry Daisetsu-zan. Z czego nie omieszkaliśmy i my skorzystać, ale to opowieść na inną opowieść. :) Kurort jest kameralny i uroczy. Dużo w nim obcokrajowców, z czego miałem okazję porozmawiać z dwoma chodzącymi na co dzień do góry nogami.

Pierwszego Australijczyka spotkałem na górnej stacji kolejki linowej na Kurodake. Ciemny i chudy jak Gandhi, co widać było dzięki t-shirtowi i krótkim spodenkom. Na oko ma 30 lat. Urodził się w hinduskiej rodzinie w Australii. Rzucił pracę i zrobił sobie rok przerwy. Wydaje mi się po wielu rozmowach na ten temat, że desperackie rzucenie czegokolwiek, co człowieka wiąże, to chyba jedyna metoda na rozpoczęcie prawdziwej podróży. Zwiedza Hokkaido przez miesiąc, mając trzytygodniowy JR Pass. Ostatnie dwie noce spędził na kempingu w górach. Pytałem, czy był sam i czy się nie bał. Pierwszą noc spędził w towarzystwie dwójki innych turystów, a drugą spał całkiem sam. Na górze opanowanej przez misie to jest jakiś akt odwagi, chociaż twierdził, że czuł się bezpieczny. O mało nie pojechaliśmy dalej razem, bo proponowałem mu podwiezienie do Asashikawa w jego drodze do Sapporo, ale pasował mu rozkład autobusowy działający na JR Pass.

Drugi z Australiczyków, wiekiem zbliżony do pierwszego, zaczepił mnie, kiedy na ulicznej ławce spisywałem notatkę z dzisiejszego dnia. Ten z kolei urodził się w greckiej rodzinie. Taka to widać Australia jest. Zna jakichś Polaków i chwalił ich za poziom języka, tłumacząc to szybkim wtapianiem się naszych rodaków w australijskie otoczenie. Grecy, jak twierdził, podobnie do Włochów tworzą zwarte enklawy, ograniczając się jednocześnie językowo. Trzyma się kupy ta teoria, chociaż ciekawe, czy Brytyjczycy widzą to podobnie. Ale to już inna fala emigracji, więc tamta, australijska jest może bardziej dojrzała.

Kemping Sounkyo jest pierwszym, na którym nie ma kruko-gawrono-wronów budzących gości od świtu. Misie owszem, bywają, więc pan zarządca wieczorem odpalał petardy od strony lasy, żeby odstraszyć niechcianych gości. Na misie podziałało. Za to w nocy szwendał się tu lisek, którego spłoszyłem, wstając za potrzebą. Uciekał akurat w stronę toalety, więc mieliśmy małą chwilę wzajemnej obserwacji, zanim zniknął w pobliskich zaroślach. Potem jeszcze wrócił i kręcił się koło namiotu, bo słyszałem bardzo ciche tuptanie i niuchanie.

Dobranoc!