Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tokio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tokio. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

Sengaku-ji - mała świątynia z wielkim dramatem i morzem trupów z honorem

Sengaku-ji miała w życiu zmienne szczęście. Zaczęło się bardzo dobrze, bo narodziła się w 1612 roku z woli samego Tokugawy Ieyasu - pierwszego shoguna ery Edo. Miejsce narodzin - bardzo prestiżowe - obok zamku Edo (czyli okolice dzisiejszego pałacu cesarskiego). Przyczyna - wzmocnienie znaczenia buddyzmu, a w tym przypadku buddyjskiej szkoły Soto Zen jako przeciwwagi dla rugowanego w tym samym czasie katolicyzmu. Interesujące jest, że Ieyasu postrzegał religię katolicką jako czynnik mocno destabilizujący kraj i chyba się nie mylił, skoro jego ród, żelazną ręką co prawda, rządził Japonią przez ponad 250 lat pokoju. Należało pogonić Hiszpanów (jednych za granicę, innych do nieba, przepraszam - piekła) i korzystać z usług Holendrów. Oczywiście operacje na religii były jednym z wielu czynników stabilizujących ówczesną Japonię. 

Brama świątyni od strony dziedzińca - jedyne ujęcie, którego nie szpeci otoczenie.

Czy świątynia może marzyć o lepszym momencie narodzin? Chyba nie, ale w życiu trzeba mieć też trochę szczęścia (któremu, co jasne, trzeba pomagać). Tego, w trzydziestym roku jej życia, zabrakło. Doszczętnie spłonęła, a decyzja o jej odbudowie wiązała się jednocześnie z przeniesieniem miejsca zamieszkania do obecnej lokalizacji - na przedmieścia Edo w kierunku na Kyoto. Na brak prestiżu wciąż nie musiała narzekać. Uważana była za trzecią co do znaczenia świątynię Soto Zen, po Eihei-ji i Soji-ji, a w jej wnętrzach studiowało naraz nawet do 200 mnichów. 

Dzisiaj leży w dzielnicy Takanawa i klaustrofobicznie wciśnięta jest między współczesną byle jaką architekturę. 
Pierwsza brama do świątyni w ohydnym towarzystwie

W porównaniu do wielu reprezentacyjnych zabytkowych obiektów sakralnych, z których w samym Tokio można za przykład podać shintoistyczną Meiji-jingu bajecznie położoną w parku Yoyogi czy buddyjską Senso-ji z uroczą aleją handlową Nakamise, wielką pagodą i towarzyszącą jej shintoistyczną Asakusa-jinja, jest Sengaku-ji ich ubogim, skarlałym krewnym. 

Druga brama świątynna, tu już trochę ładniej, chociaż tło... chotto...

I być może stałaby tu w Takanawie zapomniana pośród betonowego sąsiedztwa, gdyby nie wydarzenia z początku XVIII w., które wkrótce miały się stać narodową legendą, tematem sztuk teatralnych, a znacznie później kanwą wielu filmów.


Skromny budynek Sengaku-ji.

Żeby lepiej zrozumieć motywację bohaterów wydarzeń, należy rozważyć kilka fundamentalnych dla Japończyków zasad moralnych, które wartościują powinności między nimi, począwszy od stosunku obywatela do cesarza, a na relacjach rodzinnych skończywszy. W różnych opracowaniach podaje się odbiegające od siebie interpretacje tych zasad, zapewne dlatego, że są to absolutnie japońskie cechy (część z nich współdzielona jest z kulturą chińską), które ciężko jest przełożyć na grunt moralności zachodniej. Ja w dużym stopniu opieram się na opisie Ruth Benedict, zawartym w jej "Chryzantemie i mieczu", dokładając do tego własne definicje.
Boczne ujęcie budynku głównego z pomnikiem Sawaki Kodo Roshi - XX-wiecznego mistrza Zen.

Każdy Japończyk w momencie narodzin, mimo że jeszcze tego nie wie, zostaje obciążony nigdy niespłacalnym brzemieniem wdzięczności zwanym "on". Jest wdzięczny rodzicom, że powołali go na świat i że w niedalekiej przyszłości dadzą mu opiekę i wychowanie, choćby nawet jakość tej opieki i wychowania nie dawały rodzicom zbyt wysokich not (oya on). Jest wdzięczny cesarzowi za to, że urodził się Japończykiem i ma zaszczyt prowadzenia życia pod patronatem jego wysokości (ko on). W przyszłości kolejne "on" będą onego obciążały, czy tego chce, czy nie w relacjach szkolnych i służbowych (shino on). Co więc istotne - "on" nakłada się samo, bez jakiejkolwiek woli przyjmującego brzemię. Jest jak grzech pierworodny w naszej kulturze. Jak nieusuwalny stygmat. Nie chcąc być wykluczonym ze społeczeństwa, Japończyk musi "on" zaaprobować, wytwarzając w sobie jednocześnie poczucie długu, zwane "gimu". Jak wynika z powyższego opisu "on", dług ten powinien być permanentnie spłacany, ale nigdy się nie spłaci. Należy spłacać "gimu" wobec cesarza (chu), będąc bezgranicznie oddanym sprawom ojczyzny i hierarchii w niej panującej. Należy spłacać "gimu" wobec rodziców (ko), okazując im szacunek, wdzięczność i opiekę, kiedy przyjdzie na nią czas. Spłaca się też "gimu" wobec nauczycieli i przełożonych (nimmu) przez poświęcanie się nauce i pracy i przez absolutną lojalność wobec instytucji szkoły i zakładu pracy. Warto wspomnieć za Ruth Benedict, że w odróżnieniu od modelu pruskiego, gdzie cesarz, ojciec czy przełożony mieli nad Prusakiem, Niemcem czy Austriakiem nieograniczoną władzę o charakterze autorytarnym, a nawet dyktatorskim, co prowadziło do strasznych okaleczeń psychicznych, a w konsekwencji (to już za Alice Miller) do I i II WŚ, model japoński nakłada na osoby stojące wyżej w hierarchii postawę patriarchalną, powierniczą i opiekuńczą, co wyrównuje bilans wkładu własnego i korzyści po obu stronach. Dzięki temu system jest stabilny i trwa do dziś przez całe wieki. Daję z siebie absolutnie wszystko, ale w zamian mam szacunek, opiekę i bezpieczeństwo.

Żeby nie było za prosto, jest jeszcze inna kategoria długu. Wyodrębniono ją ze względu na jej spłacalność. Nazywa się "giri" i... dzieli się na kolejne kategorie. 

Przerwa! Kto przysypia, niech zaparzy sobie kawy czy zatańczy, czy coś tam innego. Ja też się napiję. :)

(Trwa przerwa)

"Giri" dzieli się na skierowane na zewnątrz, nazwę je w skrócie "zewnętrznym giri" oraz na skierowane do wnętrza - "wewnętrzne giri". Pamiętamy, że obie kategorie są spłacalne, co oznacza, że TRZEBA je spłacić, żeby zachować twarz. Kto nie spłaca, najczęściej w wigilię Nowego Roku znajdowany jest z nożem w brzuchu i listem pożegnalnym. Tak, tak, ten obyczaj trwa do dzisiaj, choć narzędzia się zmieniły. Zewnętrzne giri pochodzi z długów wyrażonych konkretami (pieniądze, przysługa, załatwienie pracy czy nawet poczęstunek kanapką) otrzymanymi od innych. Giri wewnętrzne jest groźną kategorią, porównywalną do vendetty, bo chodzi w nim o oczyszczenie własnego lub rodzinnego imienia z obelgi, obrazy, znieważenia, niesłusznej oceny itp. Czujemy, czym to pachnie, prawda? Tu nie ma waluty, którą można by łatwo wyrazić wartością. Tu się łapie za katanę czy inne straszne narzędzie i się reza!

Ponieważ zaraz będziemy sobie opowiadać o losach samurajów, nie można zapomnieć, że obok wyżej opisanych moralnych imperatywów stał kodeks bushido, w którym jednym z naczelnych nakazów była lojalność i wierność wobec feudalnego pana, bez którego, nawiasem mówiąc, nie było papu w samurajskim brzuszku.

Przejdźmy zatem do scenariusza, który jest w pełni potwierdzony historycznie, poza kilkoma symbolami, bez których trudniej wytworzyć kult i popyt na pielgrzymki. 

Był rok 1701. Dwaj panowie feudalni rezydujący w Edo - pan Asano i pan Kamei, w związku z nadchodzącą wizytą wysłanników cesarskich z Kioto zostali wybrani przez realną władzę Japonii, czyli shogunat, jako odpowiedzialni za dobre samopoczucie gości. Obaj odpowiedzialni panowie mieli zasięgnąć instrukcji o właściwej etykiecie dworskiej od ważnej osobistości w hierarchii shogunatu Tokugawów - pana Kiry (dla nazwisk w celu jasności opisu używam skróconych wersji). Pan Kira, jak na wysoko postawioną figurę przystało, był dupkiem i arogantem. Są też pogłoski, że był skorumpowanym dupkiem i arogantem. Tak czy inak, w czasie spotkania Kira z braku wkupnego, a może z czystej przyjemności, zaczął obrażać obu panów. Pan Asano znosił to cierpliwie, ale pan Kamei, w którym zagotowało się wewnętrzne giri, brał się do rezanki. Na szczęście dla niego, jego doradcy byli szybsi i pośpieszyli z wręczeniem Kirze pokaźnego brzęczącego trzosu. Od tej chwili arogancki dupek stał się wobec Kamei rozpieszczającym wnusia dziadkiem. Nie dotyczyło to niestety pana Asano, który bądź to nie miał odpowiednio przygotowanych towarzyszy, albo było to poniżej jego godności. Dla podtrzymania rycerskiego piękna tej historii przyjmuję drugą wersję. Żółć Kiry popłynęła strumieniem w kierunku Asano, a że wciąż nie było właściwej reakcji, Kira nazwał go w końcu "wiejskim prostakiem bez manier". Nie trzeba przygotowanym poprzednimi akapitami słuchaczom wyjaśniać, że stoicki do tej pory jak Seneka pan Asano zaczął zachowywać się jak czajnik, któremu odskoczyła pokrywka. W środku wrzało wewnętrzne giri! Jednak na zewnątrz jego osoby czuwało opanowane on i gimu wobec shoguna! Nie wolno! - oświadczało stanowczo. W zamku shoguna? W Sosnowej Galerii, głównym korytarzu, będącym tuż obok sali, w której regularnie obradował shogun? Nie wolno! Zakazane pod groźbą śmierci! Pan Asano przez ułamek sekundy stanął wobec nierozwiązywalnego konfliktu pomiędzy różnymi składnikami etyki japońskiej, konfliktu, którego obfitość w ówczesnym życiu stała się tematem wielu dramatów scenicznych, literackich, a potem filmowych i komiksowych. Tak jak w naszym zachodnim świecie nieśmiertelnym tematem moralnym jest "sam ja jeden sprawiedliwy przeciw im wszystkim błądzącym", tak w Japonii tematem nr jeden jest człowiek w kleszczach skonfliktowanych w danej sytuacji imperatywów moralnych. U pana Asano proces wyboru trwał krócej niż postawienie jednej literki w tym tekście. Wyciągnął sztylet, jako że katana była nieskuteczna we wnętrzach, i ciął Kirę na ukos przez czoło i ramię. Zamachnął się drugi raz, ale przydzwonił w słup i na tym akcja się skończyła, bo dopadli go strażnicy. Kira zalał się krwią, ale żył! Nieszczęsnego, bo nie zdążył oczyścić swojego imienia, natychmiast aresztowano i jeszcze tego samego dnia nałożono na niego karę seppuku, którego dokonać miał w ogrodzie rezydencji innego pana feudalnego. To miejsce wykonania seppuku również był obrazą dla Asano. Ponadto w sytuacji zajścia z bronią w pałacu shoguna obie strony powinny ponieść karę. Kira jednak, jak każdy skorumpowany i wysoko postawiony dupek, miał szerokie i mocne plecy. Nie wyznaczono mu żadnej kary. Asano jeszcze tego samego dnia odebrał sobie życie, jego majątek został skonfiskowany, jego rodzina pozbawiona praw należnym daymiō, a wierni samuraje zostali bezrobotni, zmieniając nazwę na roninów. Asano został pochowany w świątyni Sengaku-ji.

W tle grób Asano Takuminokami Naganori - pana feudalnego 47 roninów.

Z grupy ponad trzystu roninów, którzy skazani zostali na farmerkę, rzemiosło lub inne uwłaczające metody zarobku, bo nikt nie miał prawa zatrudnić samuraja, którego pan dokonał tak haniebnego czynu i poniósł tak haniebną śmierć, czterdziestu siedmiu, w tym ich przywódca Ōishi Kuranosuke Yoshio, czuło, że muszą spłacić gimu wobec swojego pana. Zawiązali spisek mający na celu pozbawienie Kiry życia. Wymagało to jednak sprytnej konspiracji, ponieważ jak każdy skorum... Kira obstawił się szczelnie strażą, wiedząc (przynajmniej teoretycznie), jak działa kodeks i co w związku z tym mu grozi. Ako Gishi, bo taką nazwę nadano lojalnej grupie wojowników, przyjęli więc taktykę przeczekania i uśpienia czujności przeciwnika, który regularnie słał szpiegów za nimi. Rozproszyli się, przyjmując role handlarzy lub mnichów. Jedynie Ōishi stoczył się moralnie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca w oczekiwaniu na zemstę. Pił na umór, uczęszczał pilnie do burdeli, włóczył się po ulicach. Może to była tylko gra, kto wie? Z pewnością był w tym dobry! Któregoś dnia, kiedy leżał nieprzytomny na ulicy, a przechodnie się z niego śmiali podszedł do niego człowiek z Satsumy, który go znieważył, kopiąc w twarz i plując, nie mogąc znieść widoku byłego samuraja, który zamiast bronić honoru swego pana, nurza się w alkoholu i błocie. Zapamiętajmy ten incydent, bo on jeszcze za jakieś 100 stron powróci.
W tym okresie oczekiwania na dobrą okazję Ako Gishi wymieniali ze sobą dużo listów, z których wiele zachowało się do dzisiaj, jak deklaracja przystąpienia czy opis stanu zdrowia kompanów spisany przez Ōishi. Wiele z nich wystawionych jest w Izbie Pamięci Ako Gishi przy świątyni. Niestety nie wolno fotografować.
Pijany czy nie, Ōishi dalej działał metodycznie. Rozwiódł się ze swoją żoną, aby nie wyrządzono jej w przyszłości szkody z jego powodu i odesłał ją z dwójką małych dzieci do domu jej rodziców. Najstarszemu z dzieci o imieniu Chikara zostawił możliwość wyboru: odejść z matką lub zostać przy ojcu i walczyć. Chikara wybrał to drugie i po niedługim czasie już nie żył.

Wreszcie Kira pękł. Wszystkie raporty szpiegowskie potwierdzały, że Ako Gishi to zgraja wykolejeńców i nieudaczników, a łącznie biorąc - ludzi bez honoru. Utrzymywanie straży kosztowało go majątek. W końcu zwolnił straże. Ako Gishi skupili się na dokładnym rozpoznaniu układu rezydencji Kiry, wnikając do wnętrza jako kupcy lub rzemieślnicy. Jeden z nich posunął się nawet do poślubienia córki budowniczego rezydencji, aby uzyskać dostęp do planów. Pozostali przemycali broń z prowincji do Edo.

Po dwóch latach od śmierci Asano wreszcie byli gotowi przystąpić do akcji. 14 grudnia 1702 roku nad ranem zaatakowali rezydencję Kiry, dzieląc się na dwie grupy. Jedną, frontową, dowodził Ōishi. Drugą, atakującą od zaplecza, jego syn Chikara. Miał wtedy15 lat! 
Najpierw zdjęli i związali strażników, a potem Ōishi nakazał iść do domów sąsiedzkich i powiadomić, w jakim celu tu przybyli i że nikomu poza Kirą nie stanie się krzywda. Sąsiedzi przyjęli to zapewne cichymi oklaskami. Na dachu rezydencji ustawiono łuczników na wypadek, gdyby ktoś ze środka próbował uciekać. Wtedy uderzono w bęben jako znak dla drugiej grupy i wszyscy z dwóch stron wkroczyli do budynku. Grupka strażników, którzy spali na zapleczu, została szybko pokonana, a tych, którzy wybiegli na zewnątrz wzywać posiłki, zdjęli łucznicy z dachu. Walka skończyła się szybko. Śmierć poniosło 16 ludzi Kiry, ale po samym gospodarzu ślad zaginął. Ako Gishi sprawdzali poszczególne pomieszczenia bez skutku. Ōishi w desperacji położył dłoń na futonie Kiry i poczuł ciepło, co kazało im wzmóc poszukiwania, bo ich cel był z pewnością wewnątrz. W końcu znaleziono ukryte przejście do drewutni, z której poleciały metalowe dyski używane przez ninja i wybiegło jeszcze dwóch strażników. Zostali natychmiast zabici, a po wkroczeniu do drewutni znaleziono jeszcze jednego człowieka, który wyglądał na jakiegoś skorumpowanego i aroganckiego dupka. No tak, ale takich jest wielu! Jak rozpoznać Kirę? Po bliznach, panowie! Sprawdzili. Na czole i ramieniu były wyraźne ślady po cięciach. 
Ōishi upadł na kolana, oddając należną cześć wyższemu rangą, oświadczając, kim są on i jego ludzie i prosząc, aby sam odebrał sobie życie jak prawdziwy samuraj, a on chętnie odegra rolę kaishakunin, czyli asystenta ścinającego głowę. Jednakże Kiro, ponieważ był, jakim go tu opisujemy od jakiegoś czasu, trząsł się jedynie i coś mamrotał. Zniechęcony Ōishi nakazał go pochylić i zręcznym ruchem noża odjął mu górną część ciała. Zawinęli głowę w worek, pogasili światła, aby nie doszło do pożaru i wymaszerowali zaprezentować trofeum przy grobie swojego pana. Po drodze jeden z nich - Terasaka Kichiemon został odesłany do Ako, aby donieść o dokonanej zemście. Przeżył jako jedyny z nich.

Po przyjściu do świątyni obmyli głowę Kiry w studni, która do dziś znajduje się z boku dziedzińca głównego,

Studnia do mycia głowy.

a potem położyli głowę i sztylet przed grobem swojego pana. Pomodlili się, oddali wszystkie pieniądze kapłanom świątyni, aby ich godnie pochowano po wszystkim, podzielili się na cztery grupy i oddali pod straż u czterech rożnych daimyō. Spłacili swoje gimu, a Asano pośmiertnie uwolnili z długu wewnętrznego giri.

Grób Ōishi Kuranosuke Yoshio - przywódcy roninów.

Po głowę wkrótce zgłosiło się do świątyni dwóch bliskich Kiry i kapłani wydali im towar za pokwitowaniem. Oryginał kwitu oglądałem na własne oczy, nic nie rozumiejąc, ale czując olbrzymią wagę historyczną tego dokumentu.

Pomnik Ōishi przy bramie świątynnej.

Shogun miał zgryz z wydaniem wyroku, ponieważ z jednej strony Ako Gishi wypełnili kodeks moralny, broniąc dobrego imienia swego pana, z drugiej strony zaś naruszyli poważnie przepisy prawa. Wyjściem z tego impasu stało się zezwolenie shoguna na honorową rytualną śmierć przez seppuku. Każdy z 46 skazanych mógł odejść z tego świata z honorem. Ich groby znajdują się dziś tuż obok grobu ich feudalnego pana, a sława ich czynu obiegła cały świat. Najmłodszy Chikara miał w chwili śmierci ledwo ukończone 16 lat.

Grób Chikary, najstarszego syna Ōishi.

Czy koło honoru i długu się zamknęło? Jeszcze niezupełnie. Pamiętacie incydent z kopaniem w twarz i pluciem na pijanego Ōishi? Facet z Satsumy? Oczywiście dowiedział się, jak cała Japonia o zemście Ako Gishi, przybył na grób Ōishi, padł na kolana i błagał o przebaczenie za swoje zachowanie i pomyłkę w ocenie samuraja. Czy coś jeszcze mógł zrobić, aby spłacić wewnętrzne giri? Tak, dobrze zgadujecie! Wyjął nóż i rozpłatał sobie brzuch. Leży dziś obok tego, którego znieważył. Ale nie było innej drogi do oczyszczenia swojego imienia.

Na tym zdjęciu i dwóch następnych - groby bohaterskich roninów.

Cmentarzyk, na którym pochowani są wszyscy bohaterowie tej historii, poza Kirą naturalnie, jest miniaturowy jak cała świątynia. Ciężko objąć całość jakimś ciekawym kadrem, szczególnie przy ostrym świetle popołudnia. 


Znajdują się na nim również dwa groby symboliczne. Jeden dotyczy odesłanego do Ako Terasaki, który, jak wiadomo, uniknął wyroku (ponoć shogun mu wybaczył ze względu na młody wiek - jak młody? nie wiem) i dożył wieku 87 lat. Drugim jest Kayano Sanpei, który nie mógł wejść w skład Ako Gishi, ponieważ rodzina mu tego zabroniła. Nie mógł pogodzić konfliktu między lojalnością wobec rodziny a honorem przyłączenia się do grupy, więc popełnił samobójstwo w tradycyjny sposób.

Przed zakończeniem jeszcze ziarno mitologii. Oto śliwa i kamień, które przyjęły na siebie krew pana Asano podczas jego samobójczej śmierci w ogrodzie pana Tamury.


Trup się słał gęsto w tej opowieści. Ja też gęsto i często zastanawiam się, dlaczego w Japonii, która jest jednym z najlepiej zorganizowanych krajów świata, jednym z najbogatszych i najbezpieczniejszych, gdzie średnia długość życia bije resztę peletonu na głowę, tak wysoka jest liczba samobójstw. Myślę, że po tej notatce mogę wewnętrznie pogodzić te dwa pozornie sprzeczne obrazy. Samobójstwo w Japonii ma zupełnie inny wymiar kulturowy od tego, który znamy z Zachodu. O ile tam, u nas, jest desperacką ucieczką, obciążoną niewybaczalnym grzechem, o tyle tu może być honorowym wyjściem, które pozwala zachować twarz swoją, jak i rodziny, w sytuacji, kiedy nie ma innego sposobu na spłatę moralnych długów.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Jak gawron w gnat - appendix

Wróciłem z Yoyogi do mojej okolicy i w ulubionej od trzech dni izakaya (knajpce) przymierzyłem się do okonomiyaki.



Mało nie pękłem, zżerając go niczym ta rdza to stare żelastwo.

W odpowiedzi na komentarz Pantery (zdrówka, Pantero!) i Rafała chcę dodać, że nie czuję się wyobcowany wśród tych pięknych ludzi. Cwałując wzdłuż i wszerz po Tokio, szukam tych kontaktów wzrokowych i kłaniam się z uśmiechem wszystkim i wszędzie. Za każdym dosłownie razem dostaję pozytywny odzew. To jakiś paradoks jest, ale otacza mnie nieustająca życzliwość! A może ja zapadłem na jakąś szajbę na punkcie Japończyków. Może ja leczenia wymagam. No i niech tak sobie zostanie. Oby nie znalazł się na to jakiś doktór!

Piękni ludzie? Dzisiaj byłem w Yasukuni shrine i muzeum Yushukan, w miejscu trędowatym, skażonym japońskim nacjonalizmem. Dzięki temu, że wcześniej przygotowała mnie do tej wizyty Ruth Benedict, zniosłem to i wyszedłem nieprzemielony. Opiszę tę wizytę w odrębnej wspominajce oczywiście. :))) Nie pytaj, człowieku, kiedy!

Appendix dotyczy wczorajszej potańcówki ulicznej. Ponieważ nie jestem gadatliwy, nie wspomniałem, że na sąsiedniej ulicy rozgrywała się podobna akcja. Ponieważ jednak nie umiem utrzymać języka za zębami, to wypuszczam kilka fotek z braku tamtych fotek. Proszę:





Tu nie było wielowarstwowych kręgów, ale wesołość nie mniejsza.

Dobranoc raz jeszcze!

Jak gawron w gnat!


Wiem, to zdjęcie już było, ale pasuje do tytułu. :)))


Przed przyjazdem tutaj jedną z istotniejszych obaw, jakie pojawiały się w moich projekcjach nieznanego egzotycznego kraju, była ta przedstawiająca mnie - samotnego gaijina, bacznie, nieustannie i nachalnie lustrowanego przez otaczających mnie wszędzie Japończyków. Im bardziej moja wyobraźnia sięgała na północ, oddaloną od metropolitalnych centrów, tym ciężar skupionych na mnie spojrzeń stawał się (hipotetycznie) trudniejszy do zniesienia. Często o tym myślałem, knując metody obronne bazujące na aroganckiej obojętności, przybranej w maski człowieka, po którym ciekawskie spojrzenia spływają jak ciepły deszcz po zimnej szybie.

Trudno o bardziej mylne wyobrażenie Japończyków. Ludziom tym wszczepiono głęboko i skutecznie respekt wobec innej osoby. Wyraża się on zajmowaniem się swoimi sprawami. Sprzyja to flirtowi z własną komórką, czytaniu czy wszechobecnemu tu inemuri (podsypianiu przy każdej okazji). W każdym przypadku człowiek będący obok, nawet gaijin, może czuć się bezpiecznie niezależny. Nawet w zatłoczonej przestrzeni posiada własną intymną jej część. Ani razu nie odczułem na sobie wścibskiego spojrzenia, chociaż trudno mi uwierzyć, że nie byłem w ogóle obserwowany, szczególnie kiedy podróżowałem obładowanym jak juczny wielbłąd rowerem, co stanowi tutaj absolutną egzotykę. Jeśli do tego dochodziło, to podglądano mnie niezwykle dyskretnie, tak, abym nic o tym nie wiedział. Miłym wyjątkiem były ciekawskie maluchy, które, jeśli niespodziewanie odkrywały we mnie obcokrajowca, nie potrafiły oderwać wzroku aż do momentu kiedy uśmiechałem się, puszczałem oko lub robiłem "minę". Wtedy uciekały wzrokiem w stronę rodziców, czasami będąc delikatnie upominanymi przez opiekuna. (Czemu ja to piszę w czasie przeszłym?)

Czasami, co nieuniknione, dochodziło do kontaktu wzrokowego. W takim przypadku najczęściej wzrok Japończyka natychmiast uciekał w inną stronę, nawet jeśli budziło to automatycznie odruch ukłonienia się. Jeśli przestrzeń między nami była niewielka, częstemu ukłonowi towarzyszyło ciche sumimasen, które rozumiem jako "przepraszam, że naruszyłem twoją prywatność i twoją przestrzeń, ale już cię omijam i idę dalej swoją drogą". Ciekawe jest i w jakiś sposób miłe, że te odruchy dotyczą zarówno ludzi dojrzałych wiekowo, jak i młodych. 

Wyjątkiem od ucieczki wzrokiem były sytuacje, kiedy ktoś odważył się wejść w kontakt werbalny ze mną, szukając przedłużenia kontaktu wzrokowego, jakiegoś zachęcającego grymasu lub gestu. Jednak nawet jeśli rozważyć kontakt wzrokowy w czasie dialogu, to wciąż regularnie widać wzrok rozmówcy, co chwilę uciekający gdzieś w przestrzeń obok. Mistrzem tego błędnego wzroku jest nasz gospodarz z Tokio, do ktorego za kilka dni wracam. Kiedy pierwszy raz z nim rozmawiałem, to miałem wręcz ochotę oglądać się, czy ktoś za mną nie stoi. Miałem wrażenie, że jest coś nieszczerego w jego zachowaniu, a to po prostu był silny u niego odruch wyrażania szacunku. Respekt.

Przypadkowy kontakt wzrokowy w krajach zachodu jest o wiele bardziej bezpośredni, odważny. Często towarzyszy mu pozdrowienie połączone z uśmiechem tak długo, jak przelotny kontakt wzrokowy jest utrzymywany (uwaga: nie dotyczy niektórych krajów Europy Wschodniej. :)). W trakcie rozmowy zaś spojrzenie w oczy dowodzi uważności i tak rozumiane jest właśnie wyrazem szacunku dla rozmówcy. 

Nic dziwnego więc, że przy pierwszych rozmowach z Japończykami można czuć dyskomfort, ale przynajmniej w moim przypadku to szybko minęło. Poza tym mimo generalnej zasady, każdy z nich stosuje ją tak, jak umie i czuje i w niektórych sytuacjach jest to niemal niezauważalne.

Czytałem, że owa blokada w kontaktach, dotycząca miejsc publicznych, ta przeźroczysta, ale nieprzepuszczalna błona otaczająca każdego z osobna i grupy będące razem w danym momencie jest wynikiem niezwykle istotnej i sztywnej hierarchii społecznej, i języka, który tę hierarchię powinien absolutnie uwzględniać. Na innym językowym poziomie szacunku zwrócimy się do przyjaciela, na innym do nauczyciela lub przełożonego w pracy, a jeszcze innym do sprzedawcy w sklepie, jak i on do nas. Jak więc zwracać się do nieznanej nam osoby? Przecież nikt nie jest w stanie określić hierarchii ludzi w pociągu (z wyjątkiem relacji z obsługą oczywiście). 

Przekonywująca teza. Mnie jednak nie przekonuje. Uważam, że w miejscach publicznych zasadniczą rolę odgrywa szacunek wobec odrębności i prywatności. Przez trzy miesiące przemieszczania się w różnych obszarach i środowiskach Japonii zapomniałem całkowicie o moich obawach i czułem się w towarzystwie obcych mi ludzi zarówno komfortowo, jak i bezpiecznie. Można powiedzieć - czułem się jak (chciałbym czuć się w Polsce) w domu. :))

Przykład skrajnej postawy - nie przeszkadzać, nie interferować? Świeży jak wczorajsze bułeczki. Wczoraj bowiem (27.07) byłem w Teatrze Narodowym w sali Engei na przedstawieniach, z których z założenia prawie nic nie rozumiałem. Chodzi o rakugo, czyli "opadłe/opadające słowa". Są to komediowe scenki opowiadane przez jednego aktora - rakugoka, który przedstawia zdarzenie z udziałem dwóch lub więcej postaci, uzyskując komediowy efekt przez samą historię, wcielanie się na zmianę w różnych bohaterów, a przez zmianę tonu i mimikę. Siedzi w pozycji klęczącej, a jako rekwizytów używa jedynie małego wachlarza i ściereczki. Storytellers to chyba angielskie słowo najbliższe określeniu tej formy. U nas raczej nie występuje, chyba że w postaci wakacyjnych fuch aktorów komediowych (byliśmy dawno temu na takim występie Cezarego Pazury w Juracie). O ile wcześniej byłem na kilku wypadach (z Gosią i sam) teatralnych, to tylko tu trzy razy mnie pytali, czy wiem na co idę i czy jestem AŻ TAK dobry w japońskim. Ja im mówię, że w japońskim to ja sam siebie wciąż zaskakuję, ale idę tu oglądać ludzi, jak reagują, jak się śmieją, jaka relacja zawiązuje się między widzami a aktorem, no i czy gapią się na mnie, bo ja badacz jestem. A, jak tak, to zapraszamy!

No ale ja nie o tym. O teatrach wszystkich i po kolei napiszę monografię za jakieś dziesięć lat.

Warto było pójść i podglądać, bo wydarzyło się kilka ciekawostek. Ale tu opowiem o nienaruszaniu prywatności. 

Zacznę od tego, że inemuri wygląda tu (generalnie w Japonii) na jakąś odmianę agresywnego wirusa, który aktywuje się u większości członków i członkiń społeczeństwa w momencie zetknięcia się zadka z jakimś podłożem. Jeśli podłoże jest miękkie, a jeszcze dodatkowo występuje oparcie, wirus atakuje z wściekłością!
I tak to było, że jako pierwszemu mięśnie karku puściły sąsiadowi z lewej strony, broda w związku z tym zadudniła o klatkę piersiową i gościa nie było. Jego żona, siedząca krzesło dalej nie reagowała, jakby wciąż cieszył się spektaklem. To bardzo charakterystyczne. Jego sen, jego sprawa. Nie ma kuksańca, nie ma, że "nie rób siary" albo "po co kupowałeś te bilety, trzeba było zostać w domu i się wyspać". Takie postawy po prostu nie występują. To jest piękne i bardzo japońskie. Ale najlepsze dopiero przed nami, bo niedługo po jego odlocie za moimi plecami rozległo się donośne chrapanie. Zaatakowany wirusem dawał tak głośno (nie wiem, czemu zakładam w tej sytuacji faceta), że obawiałem się o aktora, czy sam dobrze się słyszy. I domyślacie się już, że absolutnie nikt tego chrapacza nie tykał, chociaż były to takie decybele i jakieś infradźwięki, że kilka głów spośród nieśpiącej części publiczności się lekko i na chwilę odwróciło od czasu do czasu. Niech sobie smacznie śpi, jak wielu innych. Ja, otoczony przez te ekstraefekty, musiałem z całych sił dławić swój śmiech i notowałem skrzętnie przebieg badania. Chrapacz po kilku minutach (akt jednego aktora trwa około 20 minut) obudził decybelami mojego sąsiada. Głowa się podniosła i kiedy stwierdził, że to nie on chrapie, tylko ktoś z tyłu, odwrócił się, żeby zmierzyć go gniewnym wzrokiem, ale na tym poprzestał. Tylko coś tam żonie szepnął. Chrapacza nadal nikt nie ruszał i dawał tak do końca pierwszego aktu, po czym wszystkich pogodziły, jak zwykle, oklaski. Inemuri, tak to może wyglądać.

Żeby nie było, że bez zdjęcia. Jadę sobie ja po "mojej" dzielnicy (Ningyōchō) wieczorem i słyszę muzykę, ale przede wszystkim charakterystyczny dźwięk bębnów taiko. Niedziela wieczorem wczorajszego dnia była. Jadę więc po wąskich w tym miejscu uliczkach na słuch i za chwilę trafiam na lokalną zabawę. Jest platforma, po której pląsają nadające ton tancerki w kimonach, a wokół nich wielowarstwowy krąg tańczących. Dużo osób w kimonach (faceci też), ale przymusu nie ma. Kto tylko chciał, włączał się w żywe okręgi. Obok ustawiony średniej wielkości bęben i walące w niego na zmianę bębniarki i jeden rodzynek. Przyjmują charakterystyczny szeroki rozkrok i bardzo zamaszyście walą bądź w membranę, bądź w metalowe guziki na krawędziach. Robią to z takim zapałem, że nie mogę wzroku oderwać. Każda z nich (i on) zajmuje miejsce przy bębnie na dwie, trzy minuty, bo praca to wyczerpująca, a jest gorąco. Ja filmuję raz bębniarki, a raz odrywając siłą woli wzrok, tańczących i śpiewających. Repertuar różnorodny. Kiedy podjechałem, szły kawałki klasyczne, ale potem było np. "Bahama mama" w jakiejś elektronicznej edycji. Przy takich nowoczesnych utworach panie i panowie w kimonach wyglądali, jakby się przenieśli w czasie z Edo do Tokio. Było tak:




Wianuszka ani prowadzących niestety nie będzie, bo mam go na filmie. :(

Niedługo zabawa się skończyła i ponagrywałem, jak się państwo ładnie sobie wielokrotnie kłaniają. Na koniec zaś podszedłem do grupy taiko, zakąszajacej coś po pracy i mówię im: Waliliście wspaniale! Dzię-ku-je-my! Za to będzie nagroda! Odłożyć mi te kiełbaski i puszki na bok i ustawić się w rządku. Teraz jakaś dynamiczna poza i tu, wiadomo - ptaszek! Cyk!



Bardzo się cieszyli, że polski telewidz będzie ich podziwiał. Kłanialiśmy się sobie z dobrą minutę, a potem oni wrócili do konsumpcji, ja zaś do hotelu na moją podłogę i karimatę.

Dobranoc!

PS. Wspominajkę tę piszę na stojąco z iPadem na siodełku Karosza, bo mnie z parku Yoyogi wyrzucili o 18.30. Przepraszam więc za ew. literówki i inne takie. Za przekręty merytoryczne tradycyjnie nie przepraszam, bo to moje są wspomnienia. :)))

sobota, 26 lipca 2014

Życie w międzymorzu

Dzisiaj będzie nudnawo. 

Ponieważ w realu jestem od kilku dni w Tokio, a moja podróż ogranicza się do hasania rowerem po ulicach i chodnikach w promieniu dziesięciu kilometrów... 

Zaraz, zaraz! Nie mogę tego nie powiedzieć - jazda rowerem po Tokio to wspaniałe, nowe i wielowymiarowe doświadczenie! Nie miałem pojęcia, jak to megapolis skurczy się do rozmiarów obejmowalnych ludzkim rozumem, kiedy zacznę je przemierzać powierzchniowo zamiast podziemnie. Inny wymiar to frajda z uprawiania slalomu pomiędzy samochodami i pieszymi. Oczywiście uczę się tego od innych rowerzystów, którzy są tu świętymi krowami. Dla roweru nie ma żadnych ograniczeń poza tym, że niemal cały porządek uliczny, cała organizacja ruchu formalnie stara się rowerów nie zauważać. Rowerzyści burzą konsekwentnie to, że ich nie ma. Starają się być wobec tego wszędzie. Ulicą można jechać po dowolnej stronie, również pod prąd. Chodniki stanowią pole darwinowskiej walki o przetrwanie silniejszego gatunku. I nie ma znaczenia, że na części chodników naniesiono oznaczenia stref pieszych i rowerowych. Nikt na to nie zwraca uwagi! Ani piesi, ani MY. :))) Chcesz dostrzec tę dziką, nieujarzmioną Azję w Japonii - poobserwuj styl jazdy rowerzystów w Tokio. Dodatkowa korzyść z jazdy rowerem to możliwość strzelania zdjęć na każdym postoju i w czasie jazdy. Mam wiele fajnych ujęć Tokijczyków dzięki temu. Nagrałem również filmy z mojego piractwa, ale to wmontuję, jak już będę w domu.

Wracam do drugiego zdania. Podróż, ta duża podróż, się zakończyła. Nie znaczy to, że nie będzie z niej wspominków. Po drodze "zgubiłem" wiele ciekawych miejsc i wydarzeń, ponieważ nie wyrabiałem się z pisaniem. Zostały białe plamy, które trzeba będzie ubarwić. Nadchodzi jednak czas sedymentacji wspomnień, poukładania w warstwy, stworzenia struktury poziomej i pionowej - czegoś w rodzaju supermacierzy. Taką mam potrzebę i muszę z nią powalczyć, żeby nie zrobić ze wspomnień jakiejś chorej encyklopedii. Trochę chaosu przecież nie zawadzi, nie? Przez całe trzy miesiące unikałem jak diabeł wody święconej encyklopedycznej wiedzy, minimalizując ją, unikając, zniekształcając. Wyszedłem z założenia, że w dzisiejszych czasach sucha rzetelna wiedza jest na tyle powszechna, że każdy, kogo zainteresuje jakiś termin lub zjawisko, z łatwością ich definicje odnajdzie. W związku z tym posuwałem się również do małych prowokacji, które ku mojej radości działały, dając odzew. To, czego znaleźć się nie da w encyklopediach, to nastrój, emocje, unikatowe wydarzenia i zwykłe (lub niezwykłe) trudy podróży. To ludzie, których spotykasz niemal na pewno tylko raz w życiu, ale kontakty z którymi odciskają małe, trwałe ślady. To z tego powodu zaczynając drogę, kształtujesz jej rysy, ale wkrótce to ona zaczyna rzeźbić ciebie. Staje się celem samym w sobie i procesem twórczym zarazem. Jeśli na nią wkroczysz, pożre cię w całości i przetworzy na swoją modłę. A że jest nieobliczalna i krnąbrna, oswoić ją można jedynie przez wykluczenie własnego ego i pełne, bezwarunkowe oddanie. 

Ludzie są tym elementem podróży po Japonii, który stał się dla mnie największym pozytywnym zaskoczeniem. Wiele tez na temat Japończyków, znanych mi z literatury, potwierdziło się. Ale olbrzymim zaskoczeniem są te ich cechy, które wywołują autentyczną radość z obserwacji ich relacji i bezpośredniego obcowania z nimi. Będę jeszcze o tym pisał w tym lub kolejnym życiu. 

Co do tez potwierdzonych - dwa małe przykłady, jak wyraźny podział na strefy prywatną i publiczną wpływa na kontakty z Japończykami. 

Jako pierwszy z pamięci wypływa dialog z panią z recepcji, kiedy pytałem ją o czerwone trójkąty na szybach budynków, a ona odpowiedziała, że są to oznaczenia dróg ewakuacyjnych. W tym obrazie z rozmowy istotna jest jej postawa, a mimika w szczególności. Zastanawiałem się, co mnie w jej twarzy porusza, a jest bardzo charakterystyczne dla Japończyków i, o ile mnie pamięć nie zawodzi, również dla Chińczyków, których twarze i wyrażanie emocji mogłem obserwować wielokrotnie przez prawie dziesięć lat. Składa się na tę postawę jakiś rodzaj chłodu i nieprzenikniony, zastygły wyraz twarzy. Pierwsze określenie, jakie mi się nasuwa, to neutralność, ale czuję, że to jest niewystarczające. I wtedy... bum! Przypomina mi się pani w punkcie odpraw pasażerów z filmu "Poznaj mojego tatę". Ten jej uśmiech. Maska! To jest maska do kontaktu z klientem. Za nią kryją się wszystkie emocje, grymasy, a nawet słowa, które należą do prywatnego zbioru. To strefa osobista - ura. Strona, której alegorią może być Morze Japońskie. Maska jest filtrem, który zatrzymuje to, co może być niepożądane w kontakcie z obcą osobą. Zachodzi społeczna osmoza. Na zewnątrz wydostaje się stonowany uśmiech, spokój, neutralność - wszystko, co buduje nieprzeźroczystość. To jest sfera publiczna - omote. Strona, której alegorią będzie Pacyfik. Filtrowaniu podlega również rodzaj języka. Oczywiście jeśli w użyciu jest japoński. Z recepcjonistką rozmawiałem po angielsku, więc ten filtr był do pewnego stopnia zbędny. Zastanawiam się, jaki proces wychowawczy prowadzi do perfekcji w rozdzielaniu tych stref. W szkołach chyba tego nie uczą. Czy wynoszą to z domu? Jest to fascynujące nie mniej niż obserwacja i opis zjawiska. Nie znam niestety na dziś odpowiedzi. Postaram się ją odnaleźć.

Przykład drugi. Wielokrotnie zachodziłem w głowę, dlaczego Japończycy mają olbrzymi problem z używaniem angielskiego. Wszyscy się uczą tego języka i niemal wszyscy uciekają od jego używania. Piszę - uciekają, ponieważ ich reakcje przypominają ucieczkę. W pierwszym odruchu niemal zawsze zaprzeczają znajomości języka lub zaniżają ją do minimum, pokazując charakterystyczny gest pozostawiający wąziutką szczelinę między palcem wskazującym i kciukiem, dodając "chotto" (trochę) lub "sukoshi" (mało). Być może jedną z przyczyn lęku przed angielskim jest zawarta w tym języku jednoznaczność i bezpośredniość, która stoi w opozycji do wielopoziomowych, niejednoznacznych i niebezpośrednich form komunikowania się właściwych japońskiej kulturze, w tym językowi. Angielski w swojej naturze jest destrukcyjną bronią, dziurawiącą tak ważny dla Japończyków mur stojący pomiędzy ura (prywatnością, prawdziwą twarzą) i omote (strefą publiczną, maską). Nieszczelność tej bariery zaburza skomplikowany, ale ściśle zdefiniowany japoński system komunikacji. Statystyczny Japończyk nosi więc w sobie lęk przed angielskim. Żaden inny język nie pozwala na tak powszechne używanie zaimków "ja" oraz "ty" jak angielski. Używając tego języka, praktycznie od momentu poznania jakiejś osoby niejako przechodzisz z nią na "ty", że użyję polskiego określenia. Rzadkością, sprowadzoną do relacji między osobami o bardzo różnym statusie, jest używanie grzecznościowego, nieco archaicznego "sir" (używa się go w rozmowie np. z prezydentem), ale nawet w takich przypadkach bezpośrednie "you" musi być również w użyciu, bo taka jest konstrukcja tego języka. 
Japoński leży dokładnie po przeciwnej stronie skali bezpośreniości. Na określenie "ja" lub "ty"/"pan" użyć można kilkunastu słów i należy dobrać je stosownie do relacji lub sytuacji, a najlepiej ich w ogóle nie używać. Chcesz się napić herbaty? Powiedz "ocha ga hoshii desu" (herbata jest chciana) lub "ocha o kudasai" (prosi się o herbatę). W obu tych zdaniach zaimki nie występują. Ze zdań wyciętych z kontekstu nie wiadomo, kto chce tej herbaty, a kto ma ją przygotować i ewentualnie podać. Japoński jest językiem kontekstowym, nie tylko i nie przede wszystkim z powodu zaimków, ale również.
Nic więc dziwnego, że moi rozmówcy mają prawo czuć silny dyskomfort, a nawet lęk przed niechcącym urażeniem mnie, kiedy angielski odziera ich z bezpiecznej, półprzepuszczalnej błony utrzymującej komunikacyjny dystans. Nieliczne przypadki w miarę płynnego używania angielskiego kojarzą mi się z osobami, które przeszły przez tę rzekę społecznych lęków na drugi brzeg i doświadczyły tego, że familiarne zwracanie się do drugiej osoby po angielsku nie uraża jej, a w zamian może dostarczyć innych korzyści. Najtrudniejszy pierwszy raz!

Japonia to kraj sprzeczności i kontrastów? Przykład na bezpośredniość? Ależ proszę uprzejmie!

Jest 25 lipca rano. Jestem na Tsukiji - tokijskiej giełdzie i targu zawładniętym, w charakterze towaru, przez wszystko, co żyje w morzu. Straszny skwar. Temp. rzeczywista 36 st. C, odczuwalna 46 st. C. Obszedłem targ. Nie daję rady. Zasiadłem w jakiejś knajpeczce, jakich tu są setki i zamówiłem danie z udziałem sashimi i kawioru. Pani kelnerka zrobiła mi fotkę. Siedziałem przy kontuarze. Po jakimś czasie przysiadły się rozgadane cztery starsze kobitki. Dosyć głośne. Ta najbliższa mnie, zawadiacka, zaczepiła, czy pyszny ten ryż, co go jem, a zaraz potem a skąd jestem. Z Polski??! Aaaaaaa!! I tu mieszkam czy gdzie? I następne pytania. No jak giez wokół konia! Nie było wyjścia, musiałem kontratakować! A wy panie to gdzie mieszkacie? Aaaa? Chachacha, my w pref. Miyagi w mieście Sendai. Sendai? A to znam, znam, bywało się! Naprawdę? Tak, i w Matsushimie się bywało! Ooooo!!! Rowerem się jechało! Aaaaaaa!!! A poetę haiku Bashō znają panie? Znamy, a ty znasz, chłopcze? A znam, i to nie raz znam! A wiedzą panie, co on napisał o Matsushimie? Nie.... I tu zarecytowałem z pamięci to, co radiosłuchacze już znają: "Ach! Matsushima..." itd. Chachacha! Naprawdę?!? Naprawdę to, miłe panie, w przewodnikach tak piszą. Chahachaha! A wiedzą urocze panie, że w Sendai jest pół miliona pięknych kobiet?! Eeeeeeeee?!?  A ponieważ szanowne panie się do tego grona absolutnie i z pewnością, jak 2 dodać 3, kwalifikują, to zrobię wam teraz fotkę! 
I tu dopiero, po tej dyplomatycznej rozgrywce, wygrałem! Ileż zapierania było i wycofywania, szczególnie u tej pierwszej, upierdliwej. Niech tym panom tam obok zrobi!!! Ależ kochanie, oni nie są tak piękni! Panowie to słyszeli i na szczęście uśmiechnęli się tylko. Ale ja taka gruba jestem! Trzeba by mnie odchudzić! Hahahaha! Hrrrr! Szanowna pani, ja w komputerze wszystko mogę! No, ustawić mi się i patrzeć tu na ptaszka! Raz, dwa iiii trzy!


I nie było, że nie będzie, tylko było się zrobiło pamiątkową fotografię sendajskich piękności.

Smacznego!

czwartek, 5 czerwca 2014

Bigos z Akiby

Bigos z Akiby to danie dziwne z wielu powodów. Po pierwsze zamienia się tu podmiot z przedmiotem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Po drugie Akiba jako wyspa byłaby trudnym do przyrządzenia składnikiem bigosu. Ale po kolei.

Po oddaniu rowerów w niepewne ręce KuroNeko postanowiliśmy sprawdzić, czy coś się "na mieście" zmieniło. Znaczy, ja sprawdzałem, a Krzysiek się zapoznawał.
I co? Zmieniło się? Bynajmniej!



Na stacjach metra uporządkowane kolejki cierpliwych pasażerów, którzy po zatrzymaniu się pociągu ustawiają się karnie po obu stronach wejścia, aby wychodzący mogli spokojnie wyjść i dopiero po wyjściu ostatniego, spokojnie, jeden po drugim wchodzą do środka. W środku 100% z nich natychmiast włącza komórkę na tryb wyciszony (etykieta), przy czym 94,4% jest przez tę komórkę wessane w wirtualny świat blogów komórkowych, mejli, czatów i co tam jeszcze media nadają. Reszta na ogół śpi. Jaki to niesmak jest, kiedy jednemu z dwóch Polaków będących w wagonie nagle w kieszeni rozlega się głośne "tralalalala, dzyń, dzyń"!!!!! Jaki to cynober na dwóch, bladych do tej pory, gaijińskich twarzach! Jakie gorączkowe szukanie komórki w przepastnych, akurat w tym momencie, czeluściach kieszeni! Sygnał, po długich eonach, wreszcie wyłączony, ale głowy zwieszone wstydliwie do samej podłogi i do samej stacji wysiadkowej dwóch urwisów.


Akiba to wyspa. Jest cząstką archipelagu o nazwie Tokio. Morze gęstej tkanki urbanistycznej sięgającej dziesiątki, a nawet setki kilometrów w każdym kierunku wypiętrza się i rozświetla wyraźnie w niektórych miejscach. To są wyspy zwane sakariba - gwarne okolice stacji kolejowych i stacji metra. Wokół nich najpełniej tętni miejskie życie. Najwięcej tu sklepów i knajpek, a także wszelkich innych obiektów użytku publicznego. Jeśli puścimy się spacerkiem po promieniu oddalającym nas od którejś z nich, to wkrótce stwierdzimy, że robi się wokół coraz ciszej, ciemniej i niżej. I tak aż do następnej sakariba, przy której życie nabiera znowu wielkomiejskich klimatów.


Akiba, której pełna nazwa to Akihabara, znana jest z Electric City, czyli miasteczka pełnego sklepów elektronicznych (pisałem o tym wcześniej). Jest to również wyspa Otaku, czyli młodych ludzi lubujących się, a raczej żyjących wręcz klimatami mangi i anime. Tu można kupić wszelkie komiksy i filmy tej branży, a także mnóstwo gadżetów z nią związanych.



Na ulicach często widać ekstrawaganckie stroje i fryzury (te dwie postacie po lewej od dziewcząt to chłopcy). 


Jest jasno i kolorowo. Z każdego kąta rozbrzmiewają dźwięki cukierkowego japońskiego popu albo dynamicznych gier wideo.



Jeden z budynków to trzy piętra bezmyślnej i niesłychanie głośnej rozrywki, firmowany przez producenta sprzętu do gier wideo i samych gier - Sega. Takie pachinko dla nastolatków. Automaty do losowania wszystkiego. Na poniższym zdjęciu jest automat do losowania Kite-Kata.


Tu znaleźliśmy też purikura, czyli automat do zdjęć, znany u nas z wydania "paszportowego", który tutaj służy czystej rozrywce. Tabliczka nad kabiną pokazuje kierunek do przebieralni, bo w purikura można być każdym. Wykonywane później zdjęcia są obrabiane przez komputer, nadając pożądany kształt twarzy i jej szczegółów, np. powiększone oczy, kształtne usta itp. Potem można własnoręcznie dopisać i dorysować, co tam do młodej głowy wpadnie (wciąż elektronicznie na dotykowym ekranie), a na koniec wydrukować w dowolnym formacie z opcją samoprzylepną.


W tym budynku mieści się scena słynnego girlsbandu - AKB48. 



To fenomen japońskiej popkultury, który narodził się w 2005 roku. Asushi Yakimoto, producent muzyczny, wpadł na pomysł utworzenia popgrupy dziewczęcej, która w odróżnieniu od innych miała posiadać własną scenę, na której codziennie odbywałyby się koncerty (codziennie!). AKB to skrót od Akiby, a 48 to założenie liczebności zespołu (3 x 16) ze względu na codzienny rotacyjny grafik koncertowy. Każdy z zespołów grupy ma przypisaną literę oraz odrębną stylistykę, co rodzi swego rodzaju wewnętrzną konkurencję - my w rodzinie znamy to dobrze. :) Teksty, ubiór, choreografia to pomieszanie lolitkowatej dziewczęcości z subtelną seksualnością. Dziewczynom zgodnie z kontraktem nie wolno wchodzić w żadne związki, bo powodowałoby to odpływ fanów.


Tu na zdjęciu stoisko z gadżetami do świetlnego kibicowania dziewczynom

Pomysł okazał się strzałem w strzałę, która tkwiła w strzale, a ta w jeszcze jednej strzale, a tamta w dziesiątce! Wilhelm Tell razy Robin Hood, i do kwadratu! Biznes rozrósł się do ponad 140 dziewczyn, wypączkował do innych miast Japonii, a także do Chin i Indonezji. Sprzedaż ogólna (bilety, płyty, gadżety itp.) przekroczyła w 2012 roku 226 mln $ (nie jenów - dolarów amerykańskich!). Że ja na to nie poszedłem?!? Za jedyne 1500 ¥ (45 pln) liznąć kawałek biznesu, który znosi złote jaja w ślicznej oprawie w krótkich spódniczkach!?! Niestety... trzeba było zwiedzać dalej! Iść prezentować miasto Krzysiowi!


Tu, w innym miejscu, restauracja dla ludzi i piesków. Każdy zje, co lubi. Można sobie podbierać z talerzy i pretensji za to nie będzie. Można sobie pogadać i poszczekać. Na półkach psia rozmaitość! Są też podobne lokale dla kotków, ale działają według innej zasady. Tam kotki są mieszkańcami, a ludzie, którzy je kochają, a mieć w domu nie mogą, przychodzą z nimi poobcować przy kawie.


I tak to: wszędzie światła, dźwięki, klaksony, ludzie, dźwięki, gwar, światła, ludzie, my, gwar, muzyka, błyski, kakofonia gier, uwaga schody ruchome, jidohanbaiki, o! Krzysiek!, jazgot, płynący neon, dziwnie przebrany za lolitkę pan, chodźmy stąd!!!!


Aha! Co to jest bigos z Akiby? To wiele przeróżnych informacji nadawanych z jednego miejsca - Akihabary. :)



środa, 4 czerwca 2014

Przybój

U nas ku lepszemu idzie. 
Gosia szczęśliwie w domu. :) 

Do dzisiaj odbyłem kilkanaście rozmów (97,6% w języku japońsko-miganym) na temat pakowania i transportu rowerów. Otrzymywałem sprzeczne lub niejasne informacje, choć wszyscy (poza jedną panią w firmie spedycyjnej KuroNeko - Czarny Kot - bardzo chcieli pomóc lub dobrze to udawali. Oczywiście pozwę KuroNeko do sądu jako pełnomocnik mojego Yaserka (vel Hokusika) za szarganie dobrego imienia czarnego kota! Im więcej informacji uzyskiwałem, tym bardziej zagubiony byłem.

Jednak dzisiaj trochę chmur się rozeszło. Wydaje się, że przeszliśmy przez przybój i za chwilę wypłyniemy na spokojne wody. :)


Mój rower wszedł bez problemu do nowej torby, a nawet pewien zapas pozostał. Ta torba robi dużo lepsze wrażenie co do odporności materiału na uszkodzenia. Wydaje się również, że wymiary są spoko do dowolnego pociągu, bo jeśli postawić ją pionowo, to ma 140 wysokości i 80 szerokości, a więc zmieści się w świetle oparcia ławki. Ulżyło mi mocno. :)


Rower Krzyśka dotarł ok. 11. i też zmieścił się w nowej torbie. Wyglądają teraz jak bliźniaki. :)
Koji nadal cierpliwie współpracuje i zamówił nam transport na 16., tylko nie jest pewny, czy wezmą je w tych workach bez kartonów. Jeśli nie zechcą w workach, to mój wsadzamy do "starego" kartonu, a dla Krzyśka Koji coś wykombinuje kartonowego.

Trochę jakby mi się nogi powyginały, ale ustałem. ;)

Spakowałem również sakwy do wielkiego wora, który będzie w sytuacjach "pociągowych" robił za walizkę. Straszny to potwór i ciężki, ale wszystko spokojnie pomieścił. To najważniejsze!

Tak więc po wczorajszych porażkach dzisiaj idzie wszystko jak po maśle. Tylko uwiązani w domu jesteśmy, bo najpierw pakowania, a teraz czekamy na firmę przewozową.

Krzysiek poszedł na pierwszy samodzielny spacer, a ja siedzę na dyżurze, bo mogą przyjechać przed czasem.

Za to po czwartej, jak się wszystko uda, to lecimy w miasto coś porobić. Nie wiem tylko co. Wuj mówi, że można palić. :) Tylko czasu nawet nie ma, żeby podpalić, a z suchym i zimnym w gębie nie będę po stolicy latał, bo nie uchodzi! Z zapalonym tym bardziej!

Czuj!

wtorek, 3 czerwca 2014

Pożegnanie

Nie będę zbyt oryginalny, jeśli powiem, że czas szybko leci i nieubłaganie doleciał do końca pierwszej tercji. Bardzo przykrego końca, bo pożegnałem dzisiaj rano moją towarzyszkę podróży i konkurentkę od obiektywu, moją ukochaną muzę, od której codziennie uczę się uważnego patrzenia na świat. 
Nasza podróż była cudowna i dała kolejny dowód na to, że potrafimy wspólnie cieszyć się światem, obserwować go, analizować, obgadywać, jaja sobie z niego robić i przeżywać. Zobaczyliśmy w ciągu tego miesiąca bogaty kalejdoskop miejsc, spotkaliśmy wielu ludzi, z którymi mogliśmy porozmawiać lub choćby ich poobserwować. Długo będzie co wspominać i opisywać.

Mimo że Moja Muza często właziła mi w kadr (o czym już wspominałem),


oraz robiła znienackowe foty, kiedy się człowiek rozglądał po horyzontach,


to przyjazna konkurencja o plener, kadr, światło, scenkę sytuacyjną, plakacik itp. fajnie nas nakręcała. Dzisiaj poleciała do domu pod opieką żabki Kaeru i tu był ostatni moment, kiedy się widzieliśmy.


Teraz, kiedy to piszę dolatuje do Frankfurtu, a tam już rzut kamieniem do domu, w którym czeka cała załoga G! Niech wszystko pójdzie gładko! Dziękuję Ci bardzo za ten miesiąc!

Zanim Gosia odleciała, powitaliśmy wspólnie Krzyśka. Po pożegnaniu Gosi wróciłem i popracowaliśmy nad zmieszczeniem jego roweru do torby rinko bukuro. Niestety próba nieudana, bo zabrakło kilku centymetrów do dopięcia zamka.


Musieliśmy więc później podjechać do centrum miasta, żeby kupić większe torby. Przy okazji Krzysiek zobaczył rozświetloną Shibuyę. Na żywo naprawdę robi wrażenie!


Jutro walczymy dalej z pakowaniem rowerów i nadaniem ich do Niigaty nad Morzem Japońskim, bo ze względu na nadchodzącą porę deszczową, tam chcielibyśmy uciec i zacząć jazdę rowerową. Linie kolejowe są wyjątkowo rygorystyczne i niechętne rowerom, więc nie wiemy, jak to wyjdzie. Przykład podejścia JR Lines do przewozu rowerów widać tu:


Ten plakat mówi, jak nie wolno wozić rowerów, ale niestety nie wyjaśnia, jak wolno je wozić. I dokładnie tak to wygląda z moich dotychczasowych rozmów. Klapa ma całej linii. Ale jakoś to będzie...