Na na na na naaaaaaa, la lala laaaaaa....
Szszszsz....sz sz szyszy...ssssssszyszy...
Szszszsz....sz sz szyszy...ssssssszyszy...
Tak sobie podśpiewując, wyruszyliśmy wreszcie w drogę. Ja bardziej Szopenem leciałem, Kuruma zaś "morza szumem" z Czerwonych Gitar jakby, a może widokami natchniona. Kto ją wie, to w końcu wietnamski samochód.
Hokkaido jest jak nieprzetrzepana poduszka po kilku nocach z koszmarami. Jechaliśmy właśnie na południowy cycek - Erimo - jeden z jej czterech końców świata.
Hokkaido jest jak nieprzetrzepana poduszka po kilku nocach z koszmarami. Jechaliśmy właśnie na południowy cycek - Erimo - jeden z jej czterech końców świata.
Po drodze minęliśmy kilka typowych rybackich miejscowości, gdzie rdza i solne naloty stanowią główny koloryt. W pewnym momencie wjechaliśmy jednak do miasta-makiety. No szok! Wszystkie, ale to WSZYSTKIE domy jak spod igły! I, co ciekawe - ciekawe! Architektonicznie ciekawe. Zacząłem snuć domysły, że jakaś wystawa międzynarodowa, że tsunami wszystko stare zmyło, więc naród ufundował nówki pobratymcom... Zobaczcie sami:
Nazywa się to Urakawa. Szukałem później jakiejś informacji w necie na temat tego iście szwajcarskiego wystroju, ale nic! Jedynie to, że jest to lokalne centrum administracyjne oraz że wielu tu zagranicznych specjalistów od hipologii. Musi tu być jakieś drugie dno, ale to już słuchacze-wikipedyści na pewno rozgryzą. ;)
Nazywa się to Urakawa. Szukałem później jakiejś informacji w necie na temat tego iście szwajcarskiego wystroju, ale nic! Jedynie to, że jest to lokalne centrum administracyjne oraz że wielu tu zagranicznych specjalistów od hipologii. Musi tu być jakieś drugie dno, ale to już słuchacze-wikipedyści na pewno rozgryzą. ;)
Za Urakawą widoki zapierające! Kuruma rozszumiała się znowu jak te wierzby płaczące...
Pogoda - drut! Błękit w górze, błękit w dole, zieleń po lewej, beton.... aaa tam beton!
Pogoda - drut! Błękit w górze, błękit w dole, zieleń po lewej, beton.... aaa tam beton!
Gdzie te wiatry, gdzie ten chłód, którym mnie straszyli rano w sallooonie?
Ano, poczekajmy!
Ano, poczekajmy!
Ano, tu są!!!
Wiałło i dułło bowiem od Waszyngtonu, zatem jechaliśmy sobie południowym wybrzeżem bezpiecznie osłonięci przez półwysep, którego zwieńczeniem jest właśnie Erimo.
Wiałło i dułło bowiem od Waszyngtonu, zatem jechaliśmy sobie południowym wybrzeżem bezpiecznie osłonięci przez półwysep, którego zwieńczeniem jest właśnie Erimo.
Już na kilkanaście kilometrów przed cyplem zaczęły się dziać przecudowne i niesamowite spektakle z kolorami i światłem. Na Erimo próbowałem je trochę uchwycić, ale jak to bywa, ciężko jest to oddać fotopstrykiem.
Tu chmury wisiały, a raczej pędziły tak nisko, że nawet niewielki maszt radiowy zanikał na wysokości kilku metrów.
Widać było wyraźnie pod kołdrą rozrywanych wiatrem chmur, że tam, na zachodzie jest wciąż piękna pogoda.
Sam koniuszek Erimo to magiczne miejsce, gdzie skalny ląd majestatycznie, krok po kroku, zstępuje w morze, chyląc czoła przed żywiołem szarpiącym wściekle kamienne przyczółki w nieustannej walce o to, czyje na wierzchu.
Mocno czułem swoją nieistotność, a także ułomność w zrozumieniu tego, co dzieje się tutaj od milionów lat, a w tej sekundzie, przez maleńkie mrugnięcie czasu, na moich oczach.
Kiedy wróciłem na punkt obserwacyjny, na którym umieszczono kamienny kontur wyspy z kierunkami świata, był tam inny człowiek. Skinęliśmy sobie głowami. Obyło się bez słów. W tak świętym miejscu dwóch ludzi to już tłum, a w tłumie się nie rozmawia.
Słowa są zbyt ulotne, chyba że uwieczni się je w kamieniu.
Pobyłem tam jeszcze kilka minut i pojechałem w stronę najbliższego kempingu, leżącego już po wschodniej stronie wyspy. Będzie wiało całą noc. Nie jest to zapowiedź spokojnego snu w namiocie.
Po wschodniej stronie krajobrazy zachmurzone,
ale od czasu do czasu, kiedy wiatr rozpędzał deszczowe towarzystwo, zachodzącemu słońcu udawało się jeszcze przebić i powiedzieć: "Ja tu jeszcze jutro zajrzę". "Aaaaaa, irasshaimase!" - odkrzykiwałem mu z nadzieją.
ale od czasu do czasu, kiedy wiatr rozpędzał deszczowe towarzystwo, zachodzącemu słońcu udawało się jeszcze przebić i powiedzieć: "Ja tu jeszcze jutro zajrzę". "Aaaaaa, irasshaimase!" - odkrzykiwałem mu z nadzieją.
Dojechawszy na kemping. Kameralny, schludny, tani i... są ludzie! Dwa namioty już stały, kiedy przyjechałem. Zajmowali je: małżeństwo zmotoryzowane dwuśladowo i samotny jednośladowiec harleyowiec.
| Tu już się grzeje woda na moją herbatę. |
Na koniec, ale to już przy wspólnym śniadaniu, pamiątkowa fotencja w stylistyce "Solidarność zwycięży!".
Dobranoc i smacznego!
Dobranoc i smacznego!