Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buddyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buddyzm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Ziarno

We wspólnej medytacji, w ciszy zalegającej między kilkudziesięcioma osobami jest niezwykła moc i magia. Najpiękniejsza chwila każdego dnia nadchodziła po szóstej rano. Grupa była już po dwóch godzinach medytacji, recytacji i jogi uważności. O 6:15 zasiadaliśmy do ostatniej części medytacji podczas pierwszej sesji. 
Sala jest przestronna i z dużym zapasem mieści się w niej 60 osób. Wzdłuż wszystkich ścian ciągnie się rząd dużych przesuwnych okien, a w każdym narożniku znajdują się szklane uchylne drzwi. Wszystkie drzwi i okna są pootwierane. Jest ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Na zewnątrz ciemności. W środku skąpe żółtawe światło oświetla jedynie podium, na którym do medytacji zasiada starszy mnich ubrany w kasavę o pomarańczowym odcieniu. Siada w półlotosie, twarzą do nas. Jego pozycja z dłońmi ułożonymi wierzchem do dołu na skrzyżowanych łydkach, swobodnie opadającymi ramionami, szeroko rozstawionymi kolanami, będącymi dwoma punktami podparcia, jest stabilna i ma w sobie dostojny spokój. Każdy z uczestników również powoli znajduje swoją optymalną pozycję i wszyscy zamierają w cichym bezruchu. Siedzę na końcu sali, więc mam przed sobą ciemne kontury moich towarzyszy i postać mnicha w żółtopomarańczowych barwach.
Spokój, bezruch, cisza, mrok. 
Kojące poczucie bezpieczeństwa.
Jednocześnie czuć niesamowity potencjał. Energia wydaje się być namacalna. Kiedy zamykam oczy, jestem sam w gęstym ośrodku, który podtrzymuje moją równowagę i sprzyja koncentracji.
Wtedy, codziennie, rozpoczyna się cud.
Za oknami, minuta po minucie, zaczyna budzić się jasność. Zdecydowanie szybciej niż na naszych szerokościach geograficznych, ale wciąż wystarczajaco powoli, aby zachwycać magią narodzin poranka; wyłania się scenografia bujnej zieleni i prześwitów bladego nieba. Nie ma jeszcze błękitu. Za wcześnie. Słońce jeszcze nisko pod horyzontem. 
Scena ożywa z każdą chwilą. Lekki wiatr porusza wielkimi liśćmi palm i małymi listkami drzew. Z całkowitej ciszy dochodzą pierwsze śpiewy ptaków. Jest ich coraz więcej. Płyną w przestrzeń na podobieństwo zbiorowej pieśni dziękczynnej za kolejny dzień dla życia. Wnikają z ostrością do naszej sali. Niedaleko, w zabudowaniach klasztornych odzywa się swoją mantrą pierwszy kogut. Zaraz wtóruje mu następny. I kolejny. One również chwalą dzień.
W sali robi się coraz jaśniej. Ciemne kontury medytujących nabierają kształtów i barw. Podium mnicha i jego szata zaczynają tracić swoje żółte nasycenie. Codziennie o tej porze nie jestem w stanie utrzymać zamkniętych oczu. Medytuję, a raczej kontempluję to cudowne misterium narodzin. W atmosferze zgromadzonej w sali energii mam wrażenie, że to właśnie owa zbiorowa moc medytacji wprawia w ruch będący hen za widnokręgiem mechanizm, nakazując słońcu rozpocząć swoją wędrówkę. Nie gwar ludzki, nie zagłuszający wszystko jazgot, ale pokorna cisza ma w sobie tę potężną moc. 
Przepełnia mnie szczęście. Nie muszę się śpieszyć z jego delektowaniem. Czas jest wystarczająco długi, a obietnica codziennej powtarzalności prawie pewna.
O siódmej, kiedy jest już całkiem jasno, a bladość świtu zastępuje błękit dnia, z rąk mnicha rozlega się dzwonek oznajmiający nam, że zapracowaliśmy na nasz pierwszy tego dnia posiłek. Wstajemy ze swoich miejsc i nie wydając ani jednego dźwięku, ruszamy powolnym, uważnym krokiem w stronę klasztornej stołówki.
Te czterdzieści pięć minut między 6:15 i 7:00 każdego dnia zabieram stąd jako najcenniejszą pamiątkę.

Jeszcze dwie refleksje:

REGUŁY
Życie, choćby kilka dni zaledwie, zgodne z regułami obowiązującymi w Wat Kow Tahm to duże wyzwanie. Nie bez powodu organizatorzy uprzedzają, że przystępując do programu, trzeba być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Od pobudki o 4. rano do dzwonka kończącego o 21. ostatnią sesję medytacyjną, czyli przez 17 godzin każdego dnia, czas upływa na medytacjach siedzących i chodzonych oraz naukach dhammy (sedno buddyzmu). W tym czasie są zaledwie trzy przerwy - dwie po półtorej godziny i jedna dwugodzinna. W ich czasie spożywamy posiłki, wykonujemy przydzielone obowiązki, kąpiemy się, pierzemy, i to, co zostaje, a zostaje niewiele, można wykorzystać na odpoczynek. Jedyne miejsce, w którym można się położyć, to prycza we własnej celi. W pozostałych miejscach jest to zakazane. Mimo że nie wykonuje się w trakcie programu większego wysiłku fizycznego, to sam fakt ciągłego stanu koncentracji w pozycjach, które z czasem stają się niewygodne, staje się powodem wyczerpania. Sen po godzinie 21 jest szybki i twardy.
Każdy uczestnik przyjmuje osiem zasad postępowania w czasie pobytu w klasztorze. Dotyczą one unikania: odbierania życia, kradzieży, relacji seksualnych, fałszywego języka (kłamstw), wszelkich używek, jedzenia przed świtem i po południu, rozrywek i upiększania się, używania wysokich i wygodnych siedzisk i łóżek.
Na początku szczególnie dotkliwy jest głód wynikający z szóstej reguły. Drugi i zarazem ostatni posiłek, oczywiście wegetariański, rozpoczyna się o 11. i należy skończyć go przed południem. Sama świadomość, że kolejny posiłek nastąpi dopiero o 7. rano następnego dnia, jest lekko przerażająca. Uczestnicy próbują zjeść jak najwięcej, ale żołądki przyjmują ilości pokarmu zgodne z wcześniejszymi przyzwyczajeniami. Nie da się najeść na zapas. Chociaż rekordzista, który często siadał przy mnie, potrafił zmieścić w sobie trzy, a nawet cztery kopiaste talerze (głębokie, jak do zupy). Nie mam pojęcia, gdzie on to mieścił. Zresztą nie wytrzymał do końca. Odpadł z przejedzenia? Ja w połowie drugiego talerza traciłem ochotę na kontynuację. Mniej więcej na trzeci dzień organizm przyzwyczaja się jednak do takiej diety. Wieczorem i rano głód jest w sam raz taki, aby spożyć śniadanie z apetytem. W następnych dniach problem głodu, wynikający być może głównie z nastawienia, zanikł całkowicie.

LUDZIE I CISZA

Sześćdziesiąt osób to niezły tłumek. Kiedy pierwszego dnia młodzi w większości ludzie gromadzili się w stołówce w celu rejestracji, towarzyszył temu narastający jazgot. Są z całego świata, więc zaczynają standardowo - skąd jesteś, jak masz na imię, co cię tu sprowadza, czy to twój pierwszy raz itp. Z każdą minutą narastały gwar, śmiech, dynamiczna gestykulacja. Wieczorem i następnego dnia "stołówkę" było słychać na terenie całego niewielkiego klasztoru. Ożywienie uczestników w poczuciu nadchodzącego odosobnienia sięgało zenitu. 

O 17:00 drugiego dnia rozbrzmiał mały dzwonek o wielkiej mocy. 

Jazgot ustał. 

Od tej chwili przez siedem dni głosy uczestników były słyszalne tylko podczas recytacji. 
Zostały przelotne spojrzenia, uśmiechy, skinienia głową, oszczędne gesty dłońmi. Reguła odosobnienia zaleca unikanie kontaktu wzrokowego. Jednocześnie zachęca się, aby w przypadku nawiązania przelotnego kontaktu, uśmiechnąć się, skinąć głową, nie zatrzymując wzroku na dłużej.
Pierwszy szok w milczącym tłumie to pierwsza medytacja chodzona. Polega ona, w skrócie, na tym, aby swoją uważność przenieść na motorykę nóg i odczucia płynące z kontaktu bosych stóp z podłożem. Prowadzić ma to do wyciszenia myśli i wyostrzenia koncentracji. Ruch osoby medytującej w spacerze jest w związku z tym powolny. Głowa skierowana w ziemię przed sobą. Ręce zwieszone wzdłuż tułowia. Medytacje chodzone odbywają się na terenie placu przy sali medytacyjnej i wokół niedalekiej kaplicy. Każdy obiera swoją krótką ścieżkę, po której wykonuje kilkanaście kroków, po czym, nie tracąc uważności, odwraca się i rozpoczyna wędrówkę powrotną. Wyobraźcie sobie rozemocjonowaną sześćdziesięcioosobową grupę, która godzinę później zamienia się w spowolnione do granic bezruchu nieme zombie, kręcące się po okolicy jakby w oczekiwaniu na swoją krwawą ofiarę. Było to doświadczenie zarówno przerażające, jak i komiczne. Oczywiście wraz z upływem czasu i przyzwyczajeniem do ciszy obraz zombie został zastąpiony widokiem wyciszonych, medytujących ludzi. Byłem jednym z nich...
W stołówce między jedzących w milczeniu ludzi weszły kury i spokojnie krążyły pośród ławek, pogdakując i popiskując cichutko. Wcześniej było to absolutnie niezauważalne. Kręciły się między nami również lokalne pieski i dwa rude koty. 
Doświadczenie z przebywania w dużej grupie osób milczących jest niesamowite. Nie zdawałem sobie do tej pory sprawy z tego, jak wiele subtelności przysłanianych jest przez kontakt werbalny, śmiech i ożywioną mowę ciała. Trudno to opisać. Chyba można tylko doświadczyć. Dla mnie ludzie stali się prawdziwi, odarci z teatralności, naturalni. Milcząc pośród nich, odczuwałem silną więź, o wiele silniejszą niż podczas wcześniejszych płytkich dialogów. W ograniczonym kontakcie, ustępowaniu sobie z drogi, zapraszaniu do przejścia przez drzwi, przelotnym uśmiechu było więcej pokory, uprzejmości i życzliwości niż w wypowiadanych wcześniej słowach. Po odjęciu mowy i języków wszyscy stali się równi sobie. Cofnięto klątwę wieży Babel. Uproszczony język oczu, gestów i uśmiechów okazał się wystarczający do wspólnego bycia. I jeszcze to silne poczucie energii podczas wspólnej medytacji, budujące poczucie więzi.

Doświadczenia płynące z odosobnienia w Wat Kow Tahm są bardzo bogate i wielowątkowe. Nie mogę ich tu wszystkich opisać. Zresztą, jak w przypadku wszystkich ważnych życiowych wydarzeń, warto potraktować je jak zasiane ziarno. Nie śpieszyć się. Dać im czas na wzrost i dojrzewanie. Prawdopodobnie plony z nich będę zbierał do końca swojego życia.

sobota, 24 maja 2014

Samotność w Yoshino

Dzisiaj zapragnęliśmy wycieczki spontanicznej. Jak Bolek i Lolek palcem po globusie, tak my na serwerze japan-guide.com wyszukaliśmy kilkanaście propozycji wycieczkowych na południe i wschód od Nary (na północ i na zachód są Kioto i Osaka, a to brzmiało zbyt metropolitalnie) i na chybił trafił wybraliśmy Yoshino, małą mieścinę leżącą w górach i prezentowaną w japan-guide.com ze względu na bogatą historię, piękno lokalnej sakury, świątynię Kimpusenji oraz kilka dorocznych festiwali, w tym Skaczących Żab (!). 

Ponieważ sakura przebrzmiała już nawet na północnym Hokkaido, a festiwale odbywają się w lutym, kwietniu i lipcu, mogliśmy się spodziewać spokoju, bo z atrakcji lokalnych pozostawała tylko Kimpusenji.

Najpierw oczywiście jadąc rowerami z naszego apaato na dworzec Nara, witaliśmy się wielokrotnie z sytymi, ale wciąż coś przeżuwającymi danielami.


Kiedy wyruszyliśmy pierwszym z trzech pociągów (po drodze dwie przesiadki), pasażerów było jeszcze dosyć dużo, ale wraz z upływającymi kilometrami i przesiadkami zaczęło się robić... intymnie,


coraz intymniej.... Całkiem pusto!


Ta samotna postać to ja. :)
Lubimy takie wycieczki w kraju 130 milionów zapalonych turystów. :)

Podczas ostatniej przesiadki zmieniliśmy operatora linii z JR na Kintetsu i musieliśmy kupić bilety. Ponieważ jednak na przesiadkę mieliśmy zaledwie dwie minuty, nie było mowy o zakupie biletów w kasie. Pognaliśmy do stojącego na innym peronie pociągu i wprost u maszynisty upewniliśmy się, że to jest TEN pociąg, po czym wskakując w otwarte drzwi, rzuciliśmy mu: kippu de wa arimasen (nie mamy biletów). Szczęśliwie na drugim końcu pociągu musiał siedzieć drugi maszynista, bo kilkuwagonowy skład pojechał w tamtą, przeciwną stronę, a nasz "maszynista" zmienił się w ten sposób w konduktora. Wyszedł ze swojej kabiny, stanąwszy, ukłonił się głęboko jakby całemu wagonowi, wszelako jednak nam, bo nikogo innego nie było. Podszedł do nas, ukłonił się znowu głęboko i pozostając już w tym ukłonie, uprzejmie sprzedał nam szanowne bilety na szanowny przejazd do Yoshino.


Potem przeszedł do końca wagonu, odwrócił się, ukłonił ponownie i wszedł do następnego wagonu po to, żeby tam wykonać jeszcze bardziej zadziwiający gest. To znaczy, gest był ten sam - głęboki ukłon. Rzecz jednak w tym, że tam NIKOGO NIE BYŁO! Może oni na tej kolei czczą wagony po prostu - pomyślałem przez chwilę, a może zwykły, codzienny przejaw sumiennego podejścia do służby. Tak, tak - pracy jako służby wobec drugiej osoby, choćby tej osoby w tym momencie tam nie było. Konduktor poszedł dalej, widzialny wciąż przez szyby i puste wagony, po jakimś czasie zawrócił, wykonał jeszcze szereg głębokich skłonów wobec wagonów i drzwi, przeszedł z uśmiechem i ukłonem obok nas i zamknął się w swojej kabinie, aby stamtąd nadawać komunikaty o zbliżających się stacjach, przesiadkach i... chyba pogodzie, polityce i czymś tam jeszcze, bo gadał niemal cały czas. O egzotyczna Japonio! Warto było czekać na takie dziwy przez trzy kolejne lata!


Yoshino jest z pewnością przygotowane na turystyczne tsunami. Jest miejscem dziedzictwa światowego UNESCO. Było siedzibą dworu cesarskiego w XIV w., kiedy to cesarz Go-Daigo po przegranym konflikcie z rodem Ashikaga postanowił założyć tu schizmatyczny dwór, konkurencyjny dla dworu w Kioto. Ponadto leży na pielgrzymkowym szlaku Omine, popularnym nie tylko wśród buddystów, ale również notabli i poetów. Dzisiaj jednak turystyczny ocean wyrzucił z pustego pociągu jedynie dwóch rozbitków.






Z pustej niemal stacji kolejowej przeszliśmy sto metrów do kolejki linowej, która także nie zrobiła interesu na parze z dalekiej Polski. Nikogo więcej nie było...




Kolejny wyludniony odcinek zawiódł nas do świątyni Kimpusenji. Okazało się (naprawdę nie planowaliśmy zwiedzania ścieżką największych budowli sakralnych), że w tej małej mieścinie stoi drugi co do wielkości drewniany pawilon sakralny (po Daibudsudenie), który oglądaliśmy wśród tłumów w Narze.


Robił podwójnie niesamowite wrażenie. Co do skali, ponieważ "wchodził" w pole widzenia ze znacznie bliższego dystansu niż Daibudsuden, oraz co do wieku - ze względu na zachowaną starą fakturę drewnianej konstrukcji, która z bliska wyglądała jak skóra olbrzymiego słonia.

Po uiszczeniu niemałej opłaty mogliśmy wejść do wnętrza pawilonu i zapoznać się z jego głównym lokatorem, występującym w trzech osobach, groźnie wyglądającym, niebieskoskórym jak smerfy - Zao Gongenem.


Dziwna to postać, bo zrodzona z synkretyzmu buddyzmu i shintō, które już same w sobie są złożonymi systemami wiary, jest manifestacją aż trzech Buddów - Shakamuni, Avalokitesvara (ten to chyba pochodził ze Skandynawii) oraz Maitreya - ucieleśnionych w kami - bóstwie shintō. Kombinację tę około 1350 roku wymyślił niejaki En no Gyoja - założyciel sekty Shugendō, której mnisi nazywani Yamabushi lub Shugenja przez część roku ćwiczą wytrwale zalecone przez mistrza praktyki, jak zwieszanie się na linie głową w dół z wysokiej skały, wchodzenie na pionową ścianę w skarpetkach itp. wysoce oświecające zadania (oglądaliśmy zdjęcia z tych praktyk), po czym resztę roku spędzają wśród społeczeństwa jako przeciętni obywatele, pełniąc rolę mediatorów pomiędzy światem duchowym a światem świeckim. Zao Gongen jest oczywiście patronem Yamabushi. Skomplikowane to, więc można pominąć czytanie. Co? Aha, trzeba to było napisać wcześniej...

Mimo że nie wolno było robić zdjęć, pozwolono mi podejść tuż pod jedną z trzech siedmiometrowej wielkości figur Gongena i przykucnąć w jednym z kilku boksów przeznaczonych do indywidualnej modlitwy. W tej niesamowitej, górującej nade mną postaci, widziałem wyraźną manifestację, ale bynajmniej nie jednego z Buddów, tylko absolutnie fundamentalnej ludzkiej potrzeby, aby swoje trwogi i intuicje co do genezy i sensu egzystencji ucieleśniać w przerażająco zdeformowanych kształtach ludzkich i zwierzęcych. Ten groźny bożek, wymyślony przez człowieka setki lat temu w krainie odległej od Europy o dziesięć tysięcy kilometrów jest oczywistym (co do wyglądu) bratem bliźniakiem naszego diabła. Głowa (głowy) Gongena żarzą się piekielnym ogniem, a z czaszek wystawionych wokół pawilonu, innych figur, sterczą rogi. 
Zarówno shintō, jak i buddyzm mają w sobie (różne w obu systemach) wspaniałe elementy. Atrakcyjne i prawdziwie mówiące o życiu. Osobiście uważam je za atrakcyjniejsze niż te, które proponuje chrześcijaństwo ze swoim cyklofrenicznym Jahwe, nawet jeśli wziąć pod uwagę nowotestamentową Chrystusową korektę. Niemniej jednak każda, choćby najwspanialsza, idea obrabiana przez biznesmenów od utrzymywania całych cywilizacji w eschatologicznym systemie kija i marchewki doznaje tak silnych aberracji, że na koniec dnia mądre słowo zanika pod jarzmem figuratywnego, komiksowego wręcz bałwochwalstwa.

Popatrzyliśmy sobie przez kilka chwil prosto w oczy i po zgodnym stwierdzeniu, że więcej nic nie mamy sobie do powiedzenia opuściłem boks, podczas gdy groźny Papa Smerf nadal marszczył swe brwi w oczekiwaniu na kolejną ofiarę (w podwójnym znaczeniu: ludzką i monetarną).

Co by tu jednak nie rozmyślać i nie gadać butnie o eschatologii, wierze i siłach nadprzyrodzonych - strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc skruszony po obrazoburczych myślach czym prędzej kupiłem sobie na szczęście buddyjską różańcową bransoletkę. O taką:


Po opuszczeniu głównego pawilonu rzuciliśmy jeszcze okiem na skąpaną w zieleni pagodę Nancho-myogo-den. Porobiliśmy z tysiąc fotek najróżniejszym detalom na terenie świątyni i poszliśmy dalej w górę.


Po drodze, jak na popularny szlak pielgrzymek przystało, trafialiśmy na pomniejsze obiekty kultu.






Po obu stronach ulicy ciągnęły się pustawe knajpki i sklepy.




Oferta jednej z jadłodajni wydała mi się szczególnie zdrowa.


Po godzinnej wspinaczce jedno z nas stwierdziło kategorycznie, że koniec tego i albo się z tej wysokości sturlamy w dół, albo niech nas stąd zabiera jakiś autobus, bo tak dalej nie może być, i w ogóle...


Ponieważ załamanie nastąpiło pod dachem przystanku autobusowego, wypatrzyłem na rozkładzie, że kolejny środek komunikacji zbiorowej przyjedzie za kilkanaście minut, tyle że odjedzie w kierunku przeciwnym niż stacja kolejowa. Z mapy okolicy wynikało jednak, iż jakoś musi tu wrócić, bo powyżej jest jedynie pętla przypominająca naszą bieszczadzką. Ponieważ nikt nie zgłosił lepszego pomysłu, czekaliśmy.

Autobus przyjechał oczywiście punktualnie, przy czym my nie zerwaliśmy się na równe nogi, bo do tego trzeba choćby odrobiny siły. Stękając głośno, dźwignęliśmy w górę nasze wielotonowe ciała i podeszliśmy do jedynej w autobusie osoby. Był nią kierowca. Uśmiechnął się niepewnie na nasz gaijiński widok, a ja zapytałem, czy jedzie do górnej stacji. Hai irrashaimase - padła odpowiedź. No tak - mówię ja - ale my chcemy jechać w dół, na dworzec. No to - mówi on - co się pytasz, czy jadę do góry. No bo - mówię ja - tu nic innego nie jeździ, a z planu wynika, że pan jedzie do góry, to się grzecznie pytam, czy jak będziesz pan na górze, to zjedziesz pan do dworca w dół. Tak - odpowiada on - będę tu za jakieś dwadzieścia minut, to poczekajcie. To fajnie - mówię ja - tylko że tsuma (moja żona) przechodzi właśnie załamanie fizyczno-psychicznie i jeśli nie chce za dwadzieścia minut oglądać na tym przystanku dwóch nieżywych trupów, to niech nas weźmie ze sobą już teraz, bo w autobusie mamy nadzieję odżyć. Nie ma sprawy - mówi on - wsiadajcie! Po czym śmieje się z nas i z mojego japońskiego i coś tam wesoło komentuje.

Można wierzyć lub nie, ale ten dialog, choć nie w takich gładkich słowach, mniej więcej w ten sposób właśnie przebiegł. Były w to zaangażowane: mimika, pantomimika, wiedza słownikowa, wielka wola i mnóstwo domysłów.
Efekt był jednak taki, jaki wymarzyliśmy: autobus, kierowca, my (wciąż żywi) i zachwycające widoki. Pan kierowca, który jak w dobrym śnie, zamienił się w naszego osobistego szofera, tak rozbawił się "ochami" i "achami", które co rusz wykrzykiwaliśmy, że postanowił zatrzymywać się w co ciekawszych punktach widokowych i zapewniając nas, że on teraz dla nas chiotto machimasu (troszkę poczeka), pozwalał nam wyskakiwać z autobusu, podbiegać do balustrad i kamiennych murków, wykrzykiwać nasze "aleeeeeeee widok!", pstrykać foty, przy czym wysiadał z nami, nie wyłączając silnika i objaśniał tonem kwalifikowanego przewodnika co, gdzie i dlaczego widać, a nawet dlaczego nie widać, bo np. drzewa ostatnio coś zarosły.

Niewiele z tego rozumieliśmy, ale chichrając radośnie jak dzieci na karuzeli, biegliśmy po chwili do naszego wejścia, krzycząc ikimashō, ikimashō! (jedźmy już, jedźmy!), rozbawiając jeszcze bardziej naszego kierowcę. 


Kiedy zjechaliśmy serpentynami do miejsca, w którym zostaliśmy niedawno wybawieni, spytał czy wieźć nas na dworzec, ale my, czując wilczy głód, poprosiliśmy, żeby wysadził nas przy jakiejś resutoran blisko rōpuwei (kolejki linowej). Nasz osobisty opiekun tak się przejął swoją rolą, że zatrzymał autobus przy jednej z restauracji leżących obok Kimpusenji, wyskoczył z niego pierwszy, popędził do restauracji (całkowicie pustej) i stawiając personel na nogi, obwieścił nasze przybycie na uroczysty lancz! Kocham taką Japonię!


Po przyjacielskim pożegnaniu z rozbawionym wciąż szoferem, niczym para cesarska odziana jakby przypadkowo w pogniecione turystyczne łachy wkroczyliśmy do tradycyjnej restauracji, przeszliśmy wśród ukłonów personelu (a może to służba była) i zasiedliśmy dumnie na podeście tarasu widokowego. Wcześniej oczywiście, cesarz - nie cesarz, musieliśmy zdjąć obuwie.

W tych cokolwiek niewygodnych pozycjach skonsumowaliśmy dwa setto (zestawy) obiadowe, w których jako danie główne zanurzone w rosołku dashi pływały smażone skórki tofu. Pycha! Szczególnie kiedy onaka ga suita (pusto w żołądku). :) Przy okazji pośmialiśmy się z udziałem trzech pań z obsługi na temat naszego pobytu i planów wobec Japonii, a raczej ze sposobu, w jaki próbowałem im to wyjaśnić - kulawo, ale chyba skutecznie. Sankagetsukan (trzymiesięczny okres) planowanego pobytu zrobił duże wrażenie.


Wzmocnieni obiadem i poczuciem szczególnego statusu należnego tylko parom cesarskim zeszliśmy stromą ścieżką wzdłuż trasy kolejki linowej i dotarliśmy do, to oczywiste, całkowicie wyludnionej stacji kolejowej.





Droga powrotna do Nary upłynęła nam na obrabianiu fotek, spisywaniu niniejszych notatek i obserwowaniu dosiadających się stopniowo pasażerów.


W Narze czekała nas jeszcze półgodzinna jazda rowerem do apaato, ale to już była pestka...