Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kioto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kioto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2014

Pozdrowienia dla cesarza

Dzisiaj ostatni pełny dzień w Kiotto. Wczorajsze tłumy rozeszły się do szkół i fabryk, ratować upadającą, jak wieszczą niektórzy znawcy wykresów ekonomicznych, gospodarkę japońską. My, korzystając z pracowitości rezydentów, wystartowaliśmy niemal pustym autobusem z "naszego" przystanku autobusowego do centrum miasta.



Pierwszym celem były sklepy turystyczne wskazane nam przez sympatycznego pana z Centrum Informacji Miejskiej. Nawiasem mówiąc, kiedy z nim rozmawiałem na dworcu głównym Kiotto, starając się oczywiście wywrzeć sprawnością językową oniemiające wrażenie, usłyszałem znaną mi z książki Willa Fergusona "W drodze na Hokkaido" formułkę "jōzu desu ne!" (jakiś ty zdolny/sprawny), którą ponoć życzliwi Japończycy obdarzają każdego, kto potrafi sklecić choćby kilka podstawowych zdań. Słyszałem również opinie, że im większą znajomością językową potrafi się wykazać gaikokujin, tym mniej jest uśmiechów, a więcej dystansu. Jakby wyciekały z japońskich rozmówców pewność siebie i zaufanie. Mnie sprawdzenie tego zjawiska zapewne nigdy nie będzie dane. I dobrze. :) Wolę w ich mentalności zdecydowanie tę otwartą stronę, z którą mam do czynienia na każdym kroku. Wróćmy do sklepu i wyjdźmy z niego, ponieważ po dłuższym namyśle, co wybrać, doszło do sprawnie przeprowadzonej (której to już?!?) transakcji zakupu biwakowego kompletu do podgrzewania wody, czyli tego, co w mojej młodości załatwiało się aluminiowym kubkiem, dwiema żyletkami i kabelkiem pakowanym prosto do gniazdka. Współcześnie rzecz ma się po rozłożeniu tak:


a po złożeniu - kompaktowo i lekko - tak:


Wszystkie zupki błyskawiczne, zwane u nas potocznie chińskimi, a w rzeczywistości wynalezione w 1958 roku w Japonii przez pana Momofuku Ando pod nazwą "Chikin Ramen", dostępne tu masowo w każdym sklepie, już się cieszą, że mają we mnie nowego wiernego wrzątkowego zalewacza.



Następnym punktem naszej wizyty w centrum miasta było pomachanie cesarzowi. W tym celu udaliśmy się na rozległe tereny Imperial Park, na których usytuowany jest cesarski pałac. Tuż po wejściu jednak porwani zostaliśmy przez bajeczne widoki z małymi klasycznymi obiektami małej architektury w otoczeniu stawów.



Wody stawu dzielą między siebie żółwie i karpie. Oba gatunki mocno rozleniwione. Na dowód tego nakryliśmy brać żółwią na typowym socjalistycznym podziale pracy. Kiedy jeden wiosłował zawzięcie, choć bez wyraźnie określonego celu (czyż nie jest to już sama w sobie cecha socjalistyczna?),



reszta zajmowała się zajmowaniem jedynego na środku stawu rozgrzanego przez słońce głazu. 



Karpie komentowały to z wyraźnym niesmakiem, aczkolwiek całkowicie bezgłośnie (kto rozsądny będzie w socjaliźmie podskakiwał?).

Ktoś szarpnął mnie za rękę! Moja żona. "Mieliśmy iść i machać cesarzowi"! No właśnie! Poszliśmy dalej.

Park z racji swojej długiej historii zarastały potężne stare drzewa, dające, błogosławiony w ten upalny dzień, cień. Rozpoznawaliśmy wśród nich cedry, kwitnące obecnie lipy, żywicznie pachnące sosny o długich jak dłoń igłach i klony o skarlałych jak paznokieć listkach.




Wiele z tych dendrycznych olbrzymów dawało swoimi boleśnie powykręcanymi konarami wyraz specyficznemu pięknu właściwemu jedynie starości, jakby chciały powiedzieć "artretyzm też może być piękny, chociaż jest to piękno, które trzeba umieć dostrzec, a poza tym cholernie boli".



Najwyraźniej poddani cesarscy starali się ulżyć geriatrycznej części parkowej flory, podpierając tu i ówdzie konary, które swą masą mogłyby zawstydzić niejeden dorodny dąb.



Ten tu, ze względu na fantazyjną zmienność przekrojów i karmazynowy koloryt, mógłby z powodzeniem wystąpić w Men in Black, grając, bez charakteryzacji, zakonspirowanego od tysiąca lat aliena.



W tym mniej więcej czasie doszło między nami po raz pierwszy do przepychanek argumentowanych zarzutami, że się wchodzi komuś w kadr, zabierając fantastyczne ujęcie albo wręcz, że się podkrada pomysły na taki czy inny bogato podkolorowany opis rzeczywistości. Dowód na aroganckie wpychanie się z łokciami jest tutaj, wysoki sądzie:



Próbowałem jakoś negocjować z żoną, dając jej wyłączne prawa do nazw "Kiotto" oraz "Dziduś-Bajduś", które faktycznie opatentowała, pierwsze na nazwę miejscowości, w której dzieje się akcja, a drugie na automaty do sprzedaży wszystkiego, o niewymawialnej dla niej nazwie jidohanbaiki. Chciałem za to całą resztę, ale skończyło się na tym, że na głos mamy sobie oznajmiać kadry i pomysły, przez co jednocześnie będzie się rezerwowało wyłączności. 



Skończy się to zapewne na wrzaskach typu "ja byłem pierwszy!", "ja też o tym właśnie pomyślałem!" albo "gdzie się pchasz z tymi łokciami, przecież już się tu sfokusowałam!". Póki co cieszymy się rozejmem kruchym jak pokój polsko-krzyżacki, bo dobrej woli zawsze trzeba dać szansę, choćby po to, żeby ją potem wykpić.

Pogodzeni zadzieraliśmy w górę zadziwione głowy, aż doszliśmy, wycieńczeni pracą, artystycznymi waśniami i słonecznym żarem, do wniosku, że łatwiej będzie się gapić w górę, leżąc. Tak też niezwłocznie uczyniliśmy.



Względny, jak udowodnił ponoć Einstein, czas płynie na leżąco znacznie szybciej, niż kiedy się stoi. Tak też horyzontalna chwilka w cieniu tych azjatyckich baobabów okazała się pełną godziną, która trwała jak pięć minut! Trzeba było czym prędzej wypełniać kolejne plany!
Ale, ale, mieliśmy przecież pomachać cesarzowi! OK.

Postaliśmy chwilę pod bramą... 


Nic!
Pogapiliśmy się na wychylające się zza muru pałacowe dachy... 



Nic!
Już chcieliśmy strzelić focha, ale tknięty jakimś zamglonym wspomnieniem o przeniesieniu stolicy, zaglądnąłem do przewodnika. O kurka! Szef Japonii wyprowadził się stąd około 150 lat temu! Ponieważ i tak centralny ośrodek władzy tkwił mocno i od ponad dwóch stuleci w rękach klanu Tokugawa w Edo, to po obaleniu shiogunatu Tokugawów, cesarz, zamiast zawracać Wisłę kijem, usankcjonował ten fakt, przenosząc w 1868 roku siebie i formalną stolicę do Edo, zmieniając przy okazji jej nazwę na Tokio. Od tego czasu zwiedzany przez nas obszar, niegdyś kompletne i reprezentacyjne miasteczko dygnitarzy, podupadał, aż zamieniony został na dostępny dla publiczności park. To wszystko w wielkim skrócie, bo historia bywa powtarzalna i nudna niestety...

Mówi się trudno. Będziemy jeszcze w Tokio, może mu pomachamy...

Były dzisiaj jeszcze dalsze przygody, ale o tym potym.
Nara!

niedziela, 18 maja 2014

Jak wygraliśmy ze stu trzydziestoma milionami

Dzisiaj niedziela. Bardzo słoneczna i bezwietrzna. To oznacza, że 130 mln rezydentów wysp japońskich oraz jakieś 10 mln żądnych wakacyjnych wrażeń turystów, tak jak my, wyruszyło na zwiedzanie parków, świątyń, pałaców i właściwie wszystkiego, co ma więcej niż 50 lat.


Ok. 11. wyruszyliśmy z naszej dziupli, planując naiwnie zwiedzanie jednej z najpopularniejszych świątyń Kioto, słynnej Kinkakuji - świątyni Złotego Pawilonu. To, co tam zastaliśmy, przypominało punkt zbiórki wszystkich mieszkańców miasta w dniu armagedonu. Dziesiątki autobusów, taksówek, prywatnych aut próbujące wjechać na parking, a pośród tego większego gabarytu, jak wyrojone w ciepły dzień drobne meszki: motory, skutery i rowery oraz przerażeni i spoceni piesi. Wszystko to warczące, bzyczące, dzwoniące i trąbiące na siebie ze złości oraz tak ogólnie - ze stresu i dla zasady. Panowie mundurowi, wyznaczeni do opanowania tej plazmy, wyposażeni w czerwone miecze rodem z filmu Gwiezdne Wojny, cierpliwie i z uśmiechem kierowali, wstrzymywali, ponaglali i tłumaczyli zagubionym, w którą stronę to i owo się znajduje.
Spojrzeliśmy z obłędem w oczach na siebie i wykrzyczeliśmy, że religijnego skupienia tu chyba nie osiągniemy. Ergo - wypadamy jak najdalej stąd. Żałuję, że będąc w szoku, nie wyjąłem aparatu.

Decyzja o wycofaniu naszej drużyny z tego zamętu była decyzją dnia. Zdecydowanie wygraliśmy, mimo że "ich" było znacznie więcej, a raczej właśnie dlatego! Wygraliśmy cudowną, pełną ciszy i refleksji rowerową wycieczkę.


Ponieważ Kinkakuji leży na północno-zachodniej krawędzi miasta, wystarczyło podpedałować kilkaset metrów na północ i pod górkę, żeby wjechać w całkowicie inną krainę. Krainę łagodności. :)

Już za kolejne kilkaset metrów po lewej stronie pojawiła się zupełnie opuszczona mała świątynka, kapliczka niemal, oznaczona na mapach jako "temple", więc pewnie już się nie dowiemy, jak się nazywa ani jakie kami ją zamieszkuje. Zatopiona w zieleni własnego ogrodu, jakby zażywała spokojnego snu w ten upalny dzień, cieszyła się zapewne, że nieprzebrane tłumy atakują położoną kilkaset metrów poniżej słynną sąsiadkę, ją zaś, anonimową, zostawiając w samotnym błogostanie.


Na jej zapleczu, na zboczu ukrytym w cedrowo-bambusowym lasku, odnaleźliśmy wiejski cmentarz, którego tablice nagrobne wykonano wszystkie z tego samego kamienia, przypominającego do złudzenia strzegomskie granity.


Jadąc dalej na północ wzdłuż zachodniego skraju miasta, wspinając się nieznacznie, ale nieustannie, pod górę (czasem podprowadzając rowery),


z rzadka mijając pojedyncze pojazdy jedno- lub dwuśladowe, dotarliśmy do hotelu w klasycznym stylu japońskim - ryokan, za którym można było przekroczyć mały mostek. Skuszeni ciekawą architekturą hotelu zjechaliśmy przez rzekę na prawo i znaleźliśmy się na parkingu obsługującym hotel, szwalnię kimon oraz ogród japoński, a wszystko to pod marką Shozan. Ponieważ szwalnia była nieczynna, a hotel z tej strony jakby mniej ciekawy, zdecydowaliśmy się na spacer po ogrodzie (2 x 500 ¥ = 30 zł).


Japońskie ogrody, jak każda tutejsza dziedzina sztuki, podlegają ściśle określonym zasadom pielęgnacji i nie ma w nich nawet 1 cm kwadratowego improwizacji. Każde drzewko, każdy krzew, najmniejszy ciek wodny poddane zostały rzeźbiarskim zabiegom. Całość, dosyć rozległa, była w swojej estetyce doskonała, jakby japoński bóg ogrodów spędził na urządzaniu tego poletka sześć ostatnich pracowitych dni i wczoraj wieczorem (sobota) westchnął ciężko, starł pot z czoła, spojrzał badawczo wokół, uśmiechnął się z ulgą i powiedział do siebie: no, tym razem to zaprawdę mi się udało (bogowie mawiają "zaprawdę" zamiast "naprawdę"). A zaraz potem, w niedzielę, przyszliśmy my!


Ścieżka prowadziła wzdłuż bambusowych płotków o wysokości sporego krawężnika, w ściśle określonym kierunku, bez prawa do skrótów, skoków w bok, zawracania, a nawet spoglądania za siebie (być może przesadzam). Trochę jak w Ikei, ale bardziej rygorystycznie. Dużo było informacyjnych tabliczek po drodze, ale nie rozpoznawałem treści na tyle, aby wiedzieć, czy mowa na nich o zaletach okolicznej flory, czy o karach za zboczenie (ze ścieżki). Ponieważ byliśmy wciąż niemal sami, to jak Jaś i Małgosia (nomen omen) w nieznanym lesie trzymaliśmy się tej jedynej możliwej, żwirowej wstążki, która, jak wspomnianych klientów Ikei wiedzie do restauracji, tak nas zawiodła do sklepu z omiyage, czyli pamiątkami. Ku naszemu zaskoczeniu i radości pamiątek było, co kot napłakał, za to obszerna reszta okazała się sklepem ogrodniczym. Dlaczego ta radość? Bo japoński ogrodnik sprzedaje co? BONZAI!



Trafiliśmy do miniaturowego lasu! Drzewiska po kilkadziesiąt lat, a mikre jak dobrze wyrośnięty szczypiorek (co do wysokości oczywiście)! Wiek znam, bo miłemu (a jakżeby w Japonii inaczej) panu sprzedawcy zadałem wyuczone na lekcjach pytanie "kono ki wa nan sai desu ka" (za diabła nie byłem pewien, czy sai odnosi się tylko do "żywych" i czy drzewo się do "żywych" zalicza i czy w ogóle to coś zalicza się do drzew - w takich sytuacjach liczy się refleks razy instynkt: zadaj pytanie, zanim zaczniesz się nad nim zbyt głęboko zastanawiać, bo w innym przypadku wyjdziesz na niemowę!). Pan załapał treść, ale rozłożył ramiona i powiedział, że nie wie, ale jakieś trzydzieści lat (ze zdania, jakie wyrzekł, wyłapałem tylko "shirimasen" oraz "san juu nen").


Zapewnił mnie po chwili, językiem mówionym i zamaszyście gestykulowanym, że na zapleczu jego kiosku są jeszcze starsze i z taaaaakimi pniami (tu rozłożył ręce niemal jak uszczęśliwiony wędkarz). Poszliśmy więc na zaplecze, a tam rzeczywiście taaaakie okazy!
Czy można dać wiarę, że to grubaśne ki ma tylko 40 cm wysokości?


Za to lilipuci wzrost rekompensuje sobie wartością - najdroższe kosztowały ok. 10 tys. zł!


Tu liście klonu japońskiego w porównaniu z dłonią autora.

Po wyjściu z bonzajowego sklepu, kierowani dalej jednoznacznym szlakiem przez to skończone ogrodnicze dzieło boskie, spotkaliśmy grupkę pań w pięknych kimonach. Odważyłem się zrobić im zdjęcie zza krzaczka nad potoczkiem. Wersja internetowa jest niestety okrojona z bitów-bajtów, więc wierz mi, Czytelniku, że zdjęcie oryginalne ujawnia wspaniałe szczegóły tych strojów. Nawiasem mówiąc, w Kiotto, jak nazywa z włoska to piękne miasto moja żona, pań, a nawet panów, ubranych w cudowne kimona, nie brakuje.


W oczkach wodnych, przez które przepływały ogrodowe ruczaje, taplały się spasione i leniwe karpie, których moja wspomniana wyżej żona nie omieszkała nazwać "biednymi rybkami" ze względu na odgrodzenie ich od sąsiadujących z nimi nenufarów. W istocie, "biedne rybki" gapiły się w te nenufary, jakby tylko tego im w życiu brakowało.


Estetycznie ukontentowani ruszyliśmy dalej, stąpając dziarsko na pedały i wkrótce, po dosyć stromej wspinaczce, dotarliśmy do małego placu, przy którym nasze żołądki, wyposażone w nasze oczy i nosy, dostrzegły i zwąchały małą knajpkę. Krótkie noren, zasłonki nad wejściem, sygnalizowały, że lokal jest czynny, choć na całym placu nie było żywej duszy. Przed wejściem nie było też tak docenianych przez gaijinów zdjęć lub plastikowych atrap dań. Wszystko po japońsku! Szukać dalej?


Nasze żołądki, wyposażone w nasze nogi, kazały nam wejść! W środku, w półmroku, dostrzegliśmy wpierw klasycznie japońskie stoliki dla krasnoludków i już chcieliśmy uciec, ale była też Marysia, czyli mała pani oczekująca kogokolwiek, kto posiada apetyt lub pragnienie. Odwrotu już nie było! Koko de tabete mo ii desu ka? - zapytałem niepoprawnie. Hai, dozo. irasshaimase - padła zapraszająca odpowiedź, przy której pani Marysia ukłoniła się niczym chodzące twierdzenie Pitagorasa.


Na szczęście, gdy nasze oczy, opanowane przez rozszalałe żołądki, przyzwyczaiły się do półmroku, odkryliśmy czworokątny barek - stół, przy którym można było usiąść na krzesłach. Dostaliśmy japońskie menu, po czym szybko stwierdziłem, że nic nie rozumiem i zakomunikowałem pani M: Kono menyu o wakarimasen" oraz spytałem po krótkiej naradzie żołądków żony i mojego, czy ma ramen, udon, soba, teryaki itp. (czyli to, co znamy), a to wszystko w czystej japońszczyźnie. Okazało się, że ma sobę, i to wyłącznie, bo się w tym specjalizuje. No to wszyscy już byli happy, bo się zrozumieliśmy, a ponadto zjemy to, co znamy i lubimy.


Soba (makaron gryczany unurzany w zupie miso, czyli rosołku na bazie dashi, który to wywar opiera się na katsuobushi - wiórkach z tuńczyka bonito oraz wodorostach konbu - strasznie to wszystko skomplikowane, a to prosta zupa jest) był, nomen omen, taki sobie, ale za to lody waniliowe.... Pyyycha! W międzyczasie dosiadło się trzech lokalnych panów, którzy gawędzili sobie z panią M., podczas gdy my siorbaliśmy nasze makarony i wsłuchiwaliśmy się w ich śpiewne głosy, marząc (ja) o zdobyciu poziomu N3 w języku japońskim. Po wymlaskaniu lodów (w Japonii wypada głośno konsumować, cokolwiek się je czy pije) rzuciłem w stronę naszej opiekunki "gochisōsama deshita!  kaikei onegai shimasu" i wkrótce zapłaciłem niedrogo za nasz lunch. Ukłonom nie było końca. Panowie też się dołączyli do pożegnań, jakby to właśnie z nami wesoło sobie przez ten czas gawędzili. Miło - jak zwykle.


Tuż za rogiem restauracji było wejście do buddyjskiej świątyni Koetsuji - niewielkiej, wyludnionej, jak wszystko w tej części miasta, i otoczonej kolejnym bajecznym ogrodem. Roślinność w nim, w odróżnieniu od poprzednio opisanego, bardzo gęsta, przypominająca labirynt, ale zasada ta sama - Ikea. Jeden trakt, żadnych zboczeń! W ogrodzie znaleźliśmy kilkanaście rozrzuconych w gęstwinie pawilonów, w tym ważnych tu - herbaciarni, bo pierwotny właściciel terenu Hon-Ami Koetsu, był, obok wielu innych zainteresowań, domorosłym zapaleńcem sztuki ceremonii herbaty - sado. Nie skończył żadnej ze szkół tej sztuki, ale zapraszał różnych mistrzów i studiował z nimi prywatnie. Mimo że powyższe brzmi jak opis studiów nad rozszczepieniem atomu, to przypomnę, że chodzi o zaparzanie herbaty. Taka właśnie jest Japonia.


W tym czarującym ogrodzie zakosztowaliśmy niemal dwugodzinnej sjesty, polegując na ławkach, wałęsając się od krzaczka do krzaczka, nasłuchując niesamowitych treli nieznanego nam z Polski ptaka (może to ten słynny Nakręcacz?) oraz udając, że umie się medytować.


W tym czasie minęły nas może ze trzy minigrupki innych zwiedzaczy. Cały dzień spędziliśmy w cudownych miejscach, skąpani w słońcu i ciszy. Trzeba było jednak powoli wracać do dziupli...



Nara!   

sobota, 17 maja 2014

Migawki z Kioto

Czas i akcja gonią tak wartko, że moje notatki zaczynają przypominać magazyn rzeczy znalezionych w kraju, w którym wszyscy cierpią na amnezję. Nie mam kiedy ich uszczegółowić, zredagować i przyozdobić w fotki. To dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Myślałem, że mając trzy miesiące do dyspozycji, będę sobie spokojnie popisywał podróżnicze wrażenia, popijając kawkę, a tu gonitwa goni gonitwę i gonitwą pogania!

Dzisiaj kilka migawek z Kioto

Pomykamy rowerami wzdłuż rzeki Kamo, która jest osią północ-południe miasta i po obu stronach ma ścieżki rowerowe.



Obserwujemy skrzydlatą przyrodę, która obfituje w wiele gatunków.



Zaglądamy na pchli targ zorganizowany wokół świątyni Chion.




Spacerując, podglądamy międzynarodówkę młodzieżową.



A na restauracyjnych tarasach, wychodzących w stronę rzeki, wypatrujemy geiko (gejsze z Kioto) w słynnej dzielnicy Gion.




Za godzinkę mamy rezerwację na spektakl z gatunku nō, więc przepraszam, ale...
nara!

środa, 14 maja 2014

Krótko i na temat

Jesteśmy w Kioto, w naszej nowej dziupli. Very Dziupla - bym powiedział. Jakieś 3 metry do kwadratu, z czego meble zajmują 2 metry. :) Jak my rozłożymy futony (materace do spania)?! Chyba zmontujemy sobie łóżko piętrowe z konstrukcją z własnych gnatów... Ja na górze!!!!
Z dworca przejechaliśmy na miejsce docelowe autobusem miejskim nr 9. Przejazd trwał  ok. 1 godz., podczas której kontrolowałem nieustannie nazwy przystanków ogłaszane piskliwym sopranem przez głośniki oraz wpatrywałem się na zmianę w tablicę świetlną i mapę tras autobusowych przywłaszczoną na dworcu. Dla obserwujących mnie bacznie współpasażerów, w szczególności dzieciaków, musiałem wyglądać jak kibic meczu tenisowego, w którym piłka lata w górę i w dół, zamiast w prawo i w lewo. Po całej godzinie "kibicowania" bolał mnie kark, głowa i oczy. No i d..., ale to z innego powodu.
Na przystanku docelowym, na którym udało nam się wysiąść, dzięki pełnemu skupieniu na ostatnim odcinku trasy, nie zastaliśmy niestety umówionej osoby o imieniu Usasan, czyli naszego przyszłego gospodarza, mimo że wysyłałem mu po drodze esemesy tak, jak chciał. Poczekaliśmy chwilę i w oparciu o mapkę na iPadzie ruszyliśmy w gąszcz uliczek, podobnych tym opisywanym poprzednio na Tateishi. Po kilku minutkach szukania dotarliśmy na miejsce i... dalej nic. Gościa nie ma w domu. Po chwili przyszedł sms od niego "can you tell me where you are and when you will arrive?" (pisownia oryg.). Odpowiedziałem esemesem, że stoimy jak kołki pod jego domem. Cisza.... Po dłuższej chwili zadzwoniłem i wyjaśniło się, że ani esemesy doń nie doszły, ani on tu nie mieszka.
Przyjechał skuterkiem po 15 minutach i kłaniał się pod kątem 90 stopni cały w przeprosinach.
Wszystko więc dobrze, Usasan i my jesteśmy friends i zaraz idziemy poszukać czegoś na ruszt.
Nara!