Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seul. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2015

Seul - 3 maja

Długo się spało i długo się pisało tego ranka.  Wyjechaliśmy dopiero o 14., po śniadaniu zjedzonym w domu. Jest to jedna z zalet wycieczki trwającej okrągły miesiąc: niecodziennie trzeba gnać, żeby nasycić organizm zwiedzaniem. Co kilka dni pozwalamy sobie na chwilkę przerwy. Potem za to gnamy w zdwojonym tempie! My jeszcze wytrzymujemy - podeszwy butów już nie bardzo.

Żeby sobie trochę ulżyć, nauczyliśmy się korzystać z lokalnych autobusów w celu podwózki do metra. Zamiast więc pedałować per pedes 1,5 km pod górkę, pojechaliśmy autobusem 421 do stacji Itaewon, gdzie miła i znana nam już pani w informacji turystycznej zrobiła telefoniczną rezerwację na spektakl Miso w teatrze Jeongdong. To na wieczór, więc mamy trochę wolnego czasu.

Przemieściliśmy się do stacji Chungmuro na zwiedzanie Namsangol Hanok Village położonej przy wejściu do parku u podnóża góry Namsan w centrum Seulu.

Po wyjściu z metra obraliśmy jednak zły kurs i trafiliśmy przypadkowo do Korea House, instytucji pielęgnującej i promującej tradycję koreańskią przez organizację wystawnych królewskich posiłków według oryginalnych historycznych przepisów, a także bankietów, spektakli śpiewu, tańca i muzyki, prowadzenie warsztatów kulinarnych, artystycznych i rzemieślniczych, i innych imprez. Wszystko to w Korea House odbywa się w eleganckim otoczeniu tradycyjnej architektury i wystroju wnętrz.

Miałem ten obiekt na przygotowanej wcześniej liście turystycznych celów, ale nie spodziewałem się, że dzisiaj tu trafimy. A trafiliśmy w dziesiątkę. Jedną z tradycji organizowanych w Korea House są ceremonie ślubne, i właśnie na taką przypadkowo wpadliśmy. Jesteśmy świadkami tradycyjnego koreańskiego ślubu. Ceremonia ta kojarzyć się może z przedstawieniem teatralnym, bo każdy z jej uczestników ma do odegrania ściśle określoną scenariuszem i naładowaną symboliką rolę. Odbywa się na dziedzińcu Korea House. Młoda para ubrana jest w uroczyste odmiany tradycyjnego stroju hanbok: on ma na sobie gwanbok, ona - hwarot. Jednakże ich rodziny nie są tym zobowiązane. Wszyscy panowie ubrani są współcześnie, jedynie część pań ubrana jest w hanboki.

Jeden z pawilonów otaczających dziedziniec odgrywa pasywną rolę domu rodzinnego panny młodej. Gra polega na tym, że ona przebywa w swoim domu i jeszcze nie miała okazji poznać swego przyszłego męża. Dziś oboje zobaczą się po raz pierwszy. Pan młody pojawia się w małej bramie ustawionej w narożniku dziedzińca, pomiędzy dwoma pawilonami. W historycznym oryginale powinien podjechać pod jej dom na wierzchowcu. Witany jest przez mistrza ceremonii, który doprowadza go pod drzwi, za którymi skrywa się obiekt jego pragnienia. 

Potem następują kolejne kroki: mycie rąk, aby na nową drogę wkroczyć z czystym ciałem i umysłem, ukłony nowożeńców wobec siebie wzajem (on raz, ona dwa razy, co ma symbolizować męskie yang i żeńskie yin) oraz podawanie sobie napoju w czarkach z tykwy symbolizujące jedność. 

Wszystkie te sceny odbywają się w iście żółwim tempie, co w kontraście do współczesnego koreańskiego "ppalli! ppalli!" wyrażającego pośpiech dominujący w codziennym życiu dobitnie lokalizuje akcję w historii kraju. Hwarot panny młodej jest wielowarstwowy i zapewne krępuje jej ruchy. Nieustannie pomagają jej dwie asystentki. Przez cały czas podtrzymują jej ręce z przerzuconymi przez nie szerokimi białymi szarfami, za którymi skrywa tajemnicę swojej urody.

Kiedy w jednej ze scen spektaklu pan młody prezentował rodzinie swojej wybranki dziką gęś (drewnianą) jako symbol chęci i zarazem obietnicę spędzenia z nią reszty swojego życia, mojej wyobraźni puściły wodze i odłączyła się od dziejącego się przed moimi oczyma spektaklu.

Tradycyjny ślub nie jest w tym kraju li tylko symbolicznym spektaklem. Jest wyrazem faktycznego silnego związku szeroko pojętej rodziny, a w niej małżeństwa, z wielowiekową tradycją, która hierarchię i zależność stawia ponad przemijalną i egoistyczną afektacją.

W Korei od wieków rodzinne klany zwane bongwan prowadzą księgi historii rodzinnej - sijo - i mimo że zależności i wzajemna pomoc (zwana: keunjip) niesiona w ramach klanu nie ma już dzisiaj istotnego znaczenia ze względu na rozproszenie klanów i rodzin, to wciąż Koreańczycy przywiązują dużą wagę do pochodzenia kandydatów na małżonków.
W związku z tradycjami klanowymi małżeństwo jest nie tylko kontraktem między dwojgiem ludzi, ale również, a czasem przede wszystkim, połączeniem dwóch rodzin.
Tak więc mimo olbrzymiego skoku gospodarczego i w ślad za nim kulturowego kojarzenie par w celach matrymonialnych wciąż aranżowane jest przy pomocy pośredników. Taka usługa - pomoc - nosi nazwę jungmae i może być wykonana przez członków rodziny (rodziców), przyjaciół, a także bardzo często przez profesjonalne swatki (jungmae-in) lub coraz popularniejsze firmy matrymonialne. Pomocnicy, po szczegółowym sprawdzeniu referencji kandydatów, ustawiają pierwszą randkę zwaną seon. Jeśli są w tę pomoc zaangażowani przyjaciele, to rozpoczyna się wspólną biesiadą, z której po jakimś czasie pomocnicy "znikają", dając bohaterom tej gry (o życie - jak by nie było) szansę na intymniejszą rozmowę. Jeśli na takim spotkaniu pojawi się "chemia", to młodzi umawiają się na kolejne spotkania... aż do skutku, który w pozytywnym przypadku następuje po kilku miesiącach do roku (statystycznie). Ponieważ w randce typu seon wszystkie dane kandydatów zostały z wyprzedzeniem przez rodziny sprawdzone i zaakceptowane, to wszyscy tylko zacierają łapki, żeby młodzi przypadli sobie do gustu i nie marnowali rodzinnej energii (oraz kasy). Mamy jednakże XXI wiek i ostatnie zdanie należy do kandydatów. Ci czują jednak presję otoczenia i... sytuacja lekko się zapętla...
Firmy zajmujące się swataniem zrobiły z tego przedmiotu quasinaukowy, profesjonalny przemysł. Firma DUO opisywana przez Daniela Tudora skonstruowała ankiety składające się ze 150 pytań, na które musi odpowiedzieć kandydat na listę matrymonialną. Dane o statusie osoby, jak pochodzenie, wyształcenie, praca itp. muszą być potwierdzane dokumentami. Przygotowane przez firmę specjalne algorytmy przetwarzają setki danych i z bazy obejmującej nawet tysiące kandydatów... entliczek-pentliczek - (wciśnij) zielony guziczek... wyskakuje kompatybilna grupka płci przeciwnej. Taka grupa o zbliżonym statusie społecznym i poglądach na życie to inmaek. Listę inmaek omawia się szczegółowo, a potem, jak w przypadkach z poprzedniego akapitu, organizuje się seon... itd... oraz żyli długo i szczęśliwie.
Co jednakże z tą miłością? - zapyta niejeden.
W krajach konfucjańskich zawsze była z tyłu - odpowiem. 
Młodzi Koreańczycy mają pragmatyczne podejście do małżeństwa. "Nie szukam przyjaciela, tylko męża" - powie dzisiaj statystyczna dwudziestodziewięciolatka na wydaniu. "To świetnie, jeśli pojawi się miłość, i zapewne się pojawi, ale będę miał większą szansę na stabilny i mocny związek, jeśli cechy i preferencje mojej żony zbiegną się z moimi" - rzeknie trzydziestojednolatek z księgi koreańskiego GUS-u. "Poza tym, nasze rodziny oczekują od nas świadomego wyboru" - dodadzą jednomyślnym głosem.
Jakie więc są te świadome preferencje koreańskich młodych? Układają się dokładnie w odwrotnej kolejności - mówi szef kolejnej firmy matrymonialnej pan Cha. Kobiety oceniane są głównie przez wygląd. Oczekiwania wobec nich układają się procentowo według jego badań następująco: twarz - 30; rodzina - 25; wiek - 20; wykształcenie - 15; praca -10. Oczekiwane przymioty panów to kolejno: praca - 30; wykształcenie - 25; wzrost i wygląd -20; rodzina - 15; wiek - 10. Sukces firmy pana Cha, według jego mniemania, bierze się z dobrej kategoryzacji kandydatów. Te kategorie to: VIP, A, B, C i D. Po właściwej i uczciwej klasyfikacj i kandydatom łatwiej zaakceptować partnera z własnej grupy. Np. pani z grupy C zaczyna jakby pojmować, że szlachetny rycerz na białym rumaku (kat. VIP), to nie ta bajka. Oczywiście im wyższa kategoria, tym większe premie za sukces dla pana Cha.
Korea jest targowiskiem urody i pozycji, wyglądu i statusu. Na punkcie tych wartości bardzo wielu Koreańczyków ma obsesję, która wytycza ich cele i styl życia. To jest ich wyścig szczurów.
Młoda para właśnie przekroczyła umowną linię między sporządzaniem listy życzeń i oczekiwań a ich weryfikacją i spełnieniem. Są już małżeństwem. Czas pokaże, w którą część statystyk wpisze ich przeznaczenie. Mimo rozbudowanych systemów swatania, podobnie jak w większości krajów współczesnego świata, liczba rozwodów stale rośnie. 

Przekroczenie linii wejścia w związek jest też momentem, kiedy w tradycyjnym systemie młodą żonę wykreśla się z rodzinnego sijo i wpisuje do sijo rodziny męża. Podobnie jak w Polsce przywilej kontynuacji rodu przypada wyłącznie mężczyznom. 

Po mniej więcej godzinie ślub dobiega końca. Ileż to można sobie wyobrazić w ciągu tak krótkiego czasu - myślę, kiedy moja wyobraźnia wraca na swoje miejsce. Po tradycyjnych zaślubinach pan młody wykonuje karaoke, wkładając w liryczną pieśń całe serce, a także płuca, przeponę, krtań i struny głosowe. W tym związku musi być jednak chociaż odrobina szczerej miłości!
Potem scenę opanowuje grupka kilku przyjaciół i wykonuje nowoczesny taniec o choreografii w stylu K-pop. 
Po ślubie, kiedy wycofujemy się do wyjścia, ktoś pyta, czy nam się podobało. Oczywiście! 

Potem znajdujemy polecaną przez Olę herbaciarnię, ale jest nieczynna niestety. Idziemy więc do zwykłej kawiarni na kawę mrożoną. Przez szybę kawiarni obserwujemy starszą parę, przygotowującą i sprzedającą z małego ulicznego stoiska na dwóch kółkach odeng - szaszłyki z ciasta rybnego z zupką, w której się gotują, do popicia. Robią też ciastka ze słodkim nadzieniem z czerwonej fasoli. Oba produkty zakupiliśmy od nich, idąc do Namsangol. Były pyszne! Ona krząta się bezustannie. Jeśli nie ma klientów, przewraca foremki z piekącym się ciastem, układa sprzęt, przeciera blat. Bierze na siebie prawie cały wysiłek prowadzenia mikroskopijnej gastronomii. On rusza się czasami, ale na tyle powoli, aby dać się kobiecie wyprzedzić i móc znowu spocząć. O ile ona jest żołnierzem tej armii, to on zdecydowanie wybrał rolę stratega. Głównie rozgląda się i myśli. Wydaje się, że dobrze się czują w swoich rolach. Potwierdza to starą prawdę, że dla udanego związku nie ma znaczenia, czy jesteś wrednym gnuśnym mrukiem, czy pracowitym entuzjastą. Ważne, jak czuje się z tym twój partner. Zastanawiamy się, czy panowie DUO i Cha też o tym wiedzą.


Tradycyjnie - kilka fotek Za Moimi Drzwiami.

czwartek, 14 maja 2015

Seul - 2 maja

Długie spanie w "głębokich studniach" staje się codziennością. Umęczone ciała błagają o odpoczynek, na który niestety nie ma czasu. Dzisiaj umówieni jesteśmy na spotkanie z Olą, mieszkanką podseulskiego Wonju, poznaną dzięki blogowym ścieżkom. Ola wraz z mężem Krzychem prowadzą blog o nazwie Świat od podszewki na Blogspocie. Wspólny dzień ma rozpocząć się w południe, więc wyjątkowo możemy zalegać w naszych jaskinnych łóżkach aż do 9:30.

Dlaczego stancja na Bogwang-ro 7-gil kojarzy mi się z jaskinią, a raczej z grotą? Żeby do niej wejść, trzeba z wąskiej uliczki wspiąć się po kilkudziesięciu stromych betonowych stopniach, na których, w dolnej ich części, codziennie zalegają worki z cieknącymi i cuchnącymi śmieciami. Schody pomiędzy piętrzącymi się ciasno ścianami budynków mieszkalnych przypominają wąwóz prowadzący do groty. Dom, w którym znajduje się nasz apartament, zamyka ten wąwóz u jego szczytu dwupiętrową ścianą i mikroskopijnym dziedzińcem z dwojgiem drzwi. Jedne należą do sąsiadów, a drugie do nas. Gdzie znajduje się klatka schodowa wiodąca na wyższe piętra - nie mam pojęcia. Może na hasło "slamsie, otwórz się" w ścianie pojawia się jakiś tajemny otwór? Drzwi do nas znajdują się we wnęce między załomami ściany, co potęguje wrażenie wejścia do groty. Całości dopełnia fakt, że jedynie do przedpokoju i łazienki, które mają dostęp do frontowej ściany, wpada dzienne światło. Położony dalej pokój jest ślepym końcem. Jego tylna ściana musi przylegać do jakiejś skały zamykającej wąwóz. Druga ściana graniczy z sąsiadami. Zza niej słychać czasami różne przytłumione dźwięki - odgłosy ludzkiego życia. Trzecia posiada co prawda okno z ciężką, ciemnogranatową zasłoną, ale jej odsłonięcie niewiele zmienia: matowa szyba, krata i gęsta, brudna moskitiera wychodzą na sąsiednią ścianę odległą od naszej o jakiś metr i wysoką również na dwa piętra. Światła stąd tyle, ile o zmierzchu w ponury deszczowy dzień. Nawet nie odsłaniamy tego okna z rana, bo zamiast promieni słońca wpływa nim jedynie wilgotna bura depresja. Ten pokój to koniec świata. Czuję, że za tylną ścianą jest jakaś niekończąca się masa granitu, równa masie Mount Everestu, a my żyjemy w tym klaustrofobicznym miejscu na podobieństwo człowieka pierwotnego, który z braku lepszych możliwości chronić się musi w nieprzyjaznych czeluściach. Od jaskiniowców różni nas na szczęście dostęp do energii elektrycznej. Zapalamy więc światło, kiedy gdzieś tam na dalekim, błękitnym niebie słońce bryka już blisko zenitu. W naszej ciemnicy jest to eksplozja, wskutek której siatkówki doznają szoku świetlnego i przez długie sekundy, zanim źrenice zdołają się zaadaptować do sześćdziesięciowatowej jasności, mrużymy powieki i stękamy cierpiąco. Oto nastał nowy, żarówkowy dzień.

O 11. wychodzimy z groty i schodząc po stopniach wąwozu testujemy wysoki poziom zakwasów w mięśniach. Mijamy kupę śmieci, wraki rowerów i znajomy skuter z rozszarpaną tapicerką siedziska, z ktorego, jak z otwartej rany, wyzierają strzępy żółtej pianki. Mimo tego chorobowego stanu skuter jest najwyraźniej używany, ponieważ codziennie zaparkowany jest w innej pozycji. Idziemy ciasną, smrodliwą Bogwang-ro w kierunku jej szerszej siostry, przy której znajduje się sklep sieci 7/11 - nasza jadłodajnia. Kupujemy dwie gomółki ryżu faszerowanego owocami morza, czyli po japońsku onigiri, zgarniamy coś do picia i spożywamy to wszystko jako śniadanie w szybkim kilometrowym marszu na stację Hannam. Nie ma czasu na jedzenie na stojąco. Nie chcemy się spóźnić.

Wkrótce jedziemy w kierunku City Hall, czyli ratusza. Tak nazywa się stacja metra, nad którą znajduje się ratuszowy kompleks. Kompleks potężny, składający się z dwóch połączonych części - historycznej, zbudowanej 90 lat temu dla celów administracyjnych japońskich okupantów, i nowoczesnej, oddanej do użytku zaledwie 2,5 roku temu. 

Ale zanim poznamy ciekawą historię obiektu, spotykamy się przy wyjściu nr 4 ze stacji metra z naszą nową seulską koleżanką. Jesteśmy na miejscu pierwsi i zauważamy Olę, kiedy wychodzi do nas z metra. Nietrudno rozpoznać słowiańską urodę wśród azjatyckich twarzy. Ola jest szczupłą blondynką o jasnej karnacji. Nie można się pomylić. Machamy do siebie z daleka i za chwilę witamy się serdecznie. 

Ola zaplanowała czas od 12:00 do 23:00, upychając w nim gęsto atrakcje rozrzucone po całym obszarze centralnego Seulu. Przystępujemy więc z marszu do akcji.

Zaczynamy oczywiście od City Hall. Zabytkowa część, o której wspomniałem wyżej, to tylko jeden z modułów kompleksu wybudowanego na potrzeby Japończyków. Inne historyczne budynki zostały wyburzone pod budowę nowoczesnego ratusza. Ten, który pozostał, zmieniono w miejską bibliotekę. Od strony fasady przysłania on dużą część nowoczesnej bryły młodszego brata, jakby chciał powiedzieć "ja tu byłem pierwszy!". Ten młodszy, dwukrotnie wyższy, stojący za nim, swoją płynną szklaną elewacją nachyla się groźnie (na kształt fali tsunami), odszczekując się "ale ja tu będę ostatni, ty japoński sprzedawczyku!". Co prawda Kerl Yoo z pracowni architektonicznej iArc, projektant kompleksu, inaczej widzi sens kompozycji, ale wychodząc z założenia, że ukończone dzieło nie jest własnością twórcy, lecz odbiorcy, jako obecny właściciel będę upierał się, że moja interpretacja jest bliższa prawdy.

Budynek jest proekologiczny. Na jego dachu zamontowano potężne zestawy baterii fotowoltaicznych, a w holu głównym na pochyłej ścianie na wysokość kilkudziesięciu metrów pnie się zieleń roślin zawieszonych na minitarasach niczym współczesne ogrody Semiramidy. Rośliny są oczywiście żywe, karmione systemami nawożenia kropelkowego.

Część nowoczesnego ratusza przeznaczona jest na ekspozycje artystyczne, galerię, w której można kupić produkty sztuki użytkowej tworzonej przez młodych artystów, a także kawiarnię obsługiwaną przez osoby niepełnosprawne. Zwiedzamy galerię, planując wstąpić tu ponownie w ostatniej, zakupowej fazie naszego pobytu w Seulu. Zasiadamy w kawiarni, aby zakosztować pierwszej przerwy, drugiej kawy (pierwszą, z automatu, piliśmy na stojąco na peronie Hannam) i przede wszystkim spokojniej porozmawiać, spojrzeć sobie w oczy, poznać. Ola ma olbrzymią wiedzę o Seulu i chętnie się nią dzieli, ale chcemy się przecież dowiedzieć, kim jest sama Ola i jakie jest jej tutaj życie. Powolutku, małymi kęsami, dowiadujemy się.

Wychodzimy na zielony plac przed ratuszem wprost na odbywający się tam piknik miejski. Jest muzyka, namioty z małą gastronomią i z książkami. Wszak jesteśmy przed wejściem do biblioteki miejskiej. Wszystko barwne, wesołe, świąteczne i głośne.

Przemieszczamy się pieszo reprezentacyjną aleją Sejong-daero w kierunku Muzeum Historii Współczesnej, które jest naszym następnym celem. Na ruchliwej dwujezdniowej alei przedzielonej szerokim pasem zieleni i różnych miejsc aktywności mieszkańców odbywa się jeden wielki festyn świąteczny. Po drodze w kierunku pałacu królewskiego Gyeongbokgung (Pałac Północny), który od północy zamyka aleję, mijamy dwa ważne posągi. Pierwszy uosabia admirała Yi Sun-sin, który wykazał się geniuszem w dowodzeniu koreańską flotą podczas inwazji japońskiej pod koniec XVI w. O ile na lądzie sprzymierzone wojska koreańskie i chińskie dostawały łupnia, o tyle na morzu admirał Yi rządził bez porażki (jedyna bitwa morska, którą floty koreańska i chińska przegrały, nie była przez niego dowodzona). W jednej z bitew dowodził flotą złożoną z zaledwie 13 okrętów przeciwko flocie 133 japońskich okrętów zmierzających ku brzegom Korei w celu zaopatrzenia własnych sił lądowych. Nieliczna flota koreańska zniszczyła lub zatopiła 31 statków japońskich, nie ponosząc żadnych strat w okrętach i jedynie pojedyncze straty w ludziach. W Bitwie pod Noryang połączone floty koreańska i chińska w liczbie 150 okrętów zaatakowały 500 okrętów japońskich, zatapiając lub przejmując ponad połowę z nich. Po dotkliwej i upokarzającej porażce flota japońska wycofała się w kierunku portu Busan. Cała Armia Cesarska po śmierci przywódcy Toyotomi Hideyoshiego wycofała się z Półwyspu Koreańskiego na trzysta długich lat.
Admirał Yi trafiony kulą z arkebuza w czasie apogeum bitwy zmarł po wydaniu ostatniego rozkazu: "bitwa jest w decydującej fazie, nie przestawajcie bić w bębny wojenne, nie ogłaszajcie mojej śmierci!" Rozkaz wykonano, bitwę wygrano! Czy można, będąc admirałem, odejść w bardziej godny i symboliczny sposób? Nigdy jeszcze nie byłem admirałem, więc mogę jedynie przypuszczać, że chyba raczej na pewno nie! Czy mając powyższe przykłady sukcesów na uwadze, można się dziwić, że przez historyków (nie tylko koreańskich) admirał Yi porównywany jest do admirała Nelsona? Nie! Czy można się dziwić, że jako ten, który na trzysta lat odparł wojska japońskie od Korei, porównany został przez nas do Sobieskiego (pod Wiedniem)? Nie! Pomnik admirała ma zasłużone miejsce w centralnym miejscu Seulu, a pamięć jego dokonań nacechowana jest wysokim respektem również po drugiej stronie Morza Japońskiego, w obozie przeciwników.

Ledwo nasze karki wróciły do normalnej pozycji z oglądania się za statuą Yi, a już trzeba było ponownie zwrócić się ku osi alei, bo niedaleko za admirałem stoi król. Jest to najbardziej szanowany król koreański, czwarty z panującej przez 550 lat dynastii Joseon (wym. dżoson; przez Gosię wym. Dżonson), reprezentant wzmocnienia neokonfucjańskiego systemu zarządzania państwem, nadzorujący wprowadzenie ważnych dla państwa aktów prawnych, ojciec koreańskiego alfabetu Hangul, zdobywca terenów północnych, a na południu pogromca Japończyków (wyparł Japończyków z wyspy Daemado <jap. Tsushima> leżącej w środku Cieśniny Koreańskiej) - Sejong Wielki. To dzięki jego umacniającej i porządkującej państwo polityce dynastia Joseon mogła przetrwać ponad pół tysiąclecia (1392-1910). Król Sejong jest jednym z dwóch władców noszących przydomek Wielki. Centralna aleja, przy której stoją oba pomniki, również nosi jego imię. Nie dziwi w tym miejscu, po powyższym "Sobieskim", nadanie mu przez nas ksywki "Kazimierz Wielki". Takim pozostanie w naszej wyobraźni.

W Muzeum Historii Współczesnej Korei zwiedzamy trzy ekspozycje: japońska okupacja i II WŚ, Wojna Koreańska (1950-1953) oraz narodziny i rozwój współczesnej Korei Południowej (od dyktatury wojskowej, przez rozwój gospodarczy do demokracji). Dziewczyny robią, co mogą, żeby wytrzymać nerwowo z moim żółwim tempem.

Po muzeum przemieszczamy się metrem do Dongdaemun Design Plaza, często zwanego w skrócie DDP - symbolu współczesnej seulskiej stylistyki. Brytyjka o irackich korzeniach - Zaha Hadid - we wspópracy z koreańską pracownią Samoo stworzyła hiperfuturystyczną bryłę z niesamowicie płynnymi organicznymi kształtami, sterylnymi kosmicznymi wnętrzami i wdzięcznie nieregularnie wijącą się klatką schodową. Jest to przestrzeń, w której można cieszyć oko zarówno jej makroskopowym wymiarem, jak i niezliczoną ilością obłych detali. Organiczność to moje pierwsze skojarzenie. Jest w tym coś z miękkich projektów Antonio Gaudiego, którego dzieła oglądaliśmy w Barcelonie. Tamta żywa architektura jest jednak pochodzenia ziemskiego. Ta w Seulu zdecydowanie przybyła z kosmosu. 
Kompleks zawiera centrum projektanckie dotyczące mody i sztuki użytkowej, związane z nim sale seminaryjne i wykładową. Są tu wielofunkcyjne centra konferencyjne i wystawowe. Obiekt służy również międzynarodowej wymianie kulturowej, jak i prezentacji nowych konceptów przemysłowych. Kiedy byliśmy tu wieczorem kilka dni później, odbywała się międzynarodowa impreza marki Chanel z udziałem gwiazd świata mody.
W DDP funkcjonuje także strefa handlowa, jednakże o charakterze bardzo odległym od galerii handlowych pączkujących jak drożdże w tkankach polskich miast, w których rozrywka skarlona jest do poziomu kina i oglądania identycznych witryn sklepowych, a naczelną ideą jest niska cena i wysoki obrót. Trudno tu o sieciowe marki oferujące na całym świecie ten sam banał. W tym obiekcie nawet towar handlowy dobierany jest w trosce o oryginalność. Wszystko pod szyldem "made in Korea" oczywiście. Aranżacja otwartych wnętrz w części handlowej, bez ścian oddzielających poszczególne sekcje i powszechnych nad Wisłą bramek z wykrywaczami wynoszenia towaru w trybie gratis, pozwala na spokojny spacer pomiędzy niskimi stolikami i półkami i delektowanie się unikatowymi formami sprzedawanych towarów.


Z DDP jedziemy na obiad do knajpki położonej na obrzeżu Bukchon Hanok Village, które zwiedzaliśmy wczoraj. Jemy lokalne bulgogi, czyli cienniutkie plastry chudej marynowanej wołowiny w zupie z grzybkami i warzywami. Jest lekko słodkawa, a mięso daje nutkę umami. Do tego podane są nieliczne przystawki z obowiązkową kimchi z kapusty pekińskiej. Jedzenie jest pyszne, więc głodni czyścimy talerze do dna.

Po obiedzie przejeżdżamy jedną stację metra do pałacu Gyeongbokgung na nocne zwiedzanie, które możliwe jest tylko dwa razy w roku przez kilka dni: w czasie majówki oraz na jesieni. W pałacu u zamkniętych jeszcze kas zastajemy dwie strasznie długaśne kolejki chętnych. Od razu stajemy z Gosią w jednej z nich, a Ola idzie sprawdzić u źródła, "za czym kolejka ta stoi". Okazuje się, że wybraliśmy tę dłuższą o charakterze "krajowym", więc trzeba przestawić się na koniec "międzynarodówki". Ja obejmuję wartę w kolejce, a dziewczyny krążą po placu, pstrykając to i owo. Kiedy otwierają się okienka kasowe, nad międzynarodowymi zapala się niepokojąca informacja "foreigners 200", a liczba podczepiona do "foreigners" zaczyna maleć wraz ze sprzedażą biletów. Wniosek - liczba wpuszczanych na dzień obcych wynosi 200. Ola przelicza szybko pogłowie kolejki i wychodzi jej mniej niż 100 przed nami, ale co, jeśli ta setka zamierza kupić więcej biletów niż 200? Dziewczyny podejmują akcję zakupu spekulacyjno-manipulacyjnego w okienku przeznaczonym wyłącznie do kupna wcześniej rezerwowanych biletów. Stają w krótkiej kolejce i po chwili zaczynają negocjować w kasie. Niestety, dzisiaj system jest silniejszy od polskiego sprytu i ze spuszczonymi głowami Ola z Gosią wracają do trzymającego właściwą pozycję - czyli mnie. Okazuje się, że jest limit 2 szt. biletów na osobę i w ten sposób docieramy do kasy, zastanawiając się wciąż po naszemu, czyby nie kupić 6 przypadających na naszą trójkę sztuk i połowę z nich opchnąć za potrójną cenę Ruskim po zamknięciu kas. Nie chcąc jednak podsycać i tak już napiętej międzynarodowej atmosfery, rezygnujemy z łatwego zysku i wchodzimy do pałacu z trzema biletami.

Zapadł już zmrok. Pałac będący siedzibą nr 1 dla dynastii Joseon robi w sztucznym świetle bajeczne wrażenie. Powietrze stoi, więc pawilony pałacowe odbijają się w otaczającej je wodzie jak w lustrze. Nie wiadomo, który obraz jest źródłowy, a który odbity. Zmysł wzroku wpada w nieważkość. Podświetlone są również drzewa i klomby. Dla kontrastu ludzie błądzą po ciemnych ścieżkach, fotografując ten spektakl ciszy i światła. Trochę przypomina mi to Zaduszki na polskich cmentarzach - całe otoczenie w delikatnym świetle i ludzkie twarze ledwo widoczne w mroku.

Po drodze do wyjścia dwukrotnie trafiamy na spektakle muzyki i tańca. Oglądamy je wyrywkowo i wycofujemy się, aby zdążyć na inny spektakl światła - fontannę na jednym z mostów rzeki Han. Po drodze w metrze decydujemy jednak, że odprowadzimy już Olę na dworzec autobusowy, z którego czeka ją jeszcze godzina jazdy do domu.

Na dworcu zajadamy jeszcze słodkości i żegnamy się z koleżanką. Dziękujemy jej za ten wspaniały i bogaty dzień. Za to, że z taką pasją potrafiła przekazać nam mnóstwo ciekawych informacji. Mamy nadzieję, że będziemy mogli się kiedyś zrewanżować wycieczką i opowieściami o Wrocławiu.

Wracamy do groty w ciepłym majowym drobnym deszczu, który nie budzi w nas najmniejszego dreszczyku, poza tym, który jest w nas z powodu kolejnej wspaniałej przygody.



Za TYMI Drzwiami ZDJĘCIA.

sobota, 9 maja 2015

Seul - 1 maja

Dzisiaj mimo zmęczenia wczorajszymi poźnymi wędrówkami i kiepskim snem (zimno pod cieniutką poszwą w miejsce kołdry) wstaliśmy przed ósmą, ponieważ na 10:00 umówieni byliśmy z Przewodnikiem Dobrej Woli (Goodwill Guide) na wycieczkę po Hanok Bukchon Village. Pan przewodnik nazywa się Jun Chang Geung i ma czekać na stacji Anguk, wyjście nr 3.
Jedziemy metrem.
Kto to jest Przewodnik Dobrej Woli? To członek licznej grupy pracujących charytatywnie mieszkańców Korei (głównie Seulu), którzy w ramach swojego wolnego czasu we współpracy z Korea Tourism Organization towarzyszą turystom w zwiedzaniu ciekawych miejsc. Mogą też jednak towarzyszyć w imprezach kulturalnych, wizytach w muzeach, a nawet pomagać w tłumaczeniu i zrozumieniu różnych informacji. Przewodnicy Dobrej Woli to często osoby mające gdzie indziej pełnoetatową pracę, kobiety pracujące w domu, studenci lub emeryci. Pracę swoją świadczą nieodpłatnie, a jedyne koszty, jakie wypada pokryć, to przejazdy, bilety wstępu czy wspólny posiłek. Motywacją ich pracy jest nauka języka i poznawanie nowych ludzi (obcokrajowców) i duma z bycia Koreańczykiem. W 2009 roku w KTO zarejestrowanych było aż 682 Przewodników Dobrej Woli. Piękne, prawda? Wiem, że Wrocław również organizuje darmowe trasy w towarzystwie przewodników. Nie wiem jednak, czy pracują oni społecznie, czy miasto ich opłaca. Sprawdzę po powrocie, a może nawet wybiorę się na wycieczkę...
Przewodniki wydane przez KTO na Seul zawierają sugestie kilkunastu tematycznych tras pieszych, na których można skorzystać z pomocy wolontariuszy. Myśmy wybrali temat historyczny, czyli zwiedzanie zabytkowej dzielnicy tradycyjnych domów koreańskich.

Pan Jun opowiada, że został przewodnikiem, kiedy urodził mu się wnuk. Z jednej strony ucieszył się bardzo z potomka, a z drugiej strony - jakoś tak poczuł się stary. Musiał coś z tym psychodołkiem zrobić. Wybrał kontakty z turystami jako Przewodnik Dobrej Woli.

Opowiadał o historii swojej rodziny. O dziadku ze strony ojca, który pozostał po północnej stronie i nigdy o nim od tej pory nie słyszano. O ojcu, któremu udało się uciec na południe w czasie wojny. O rodzeństwie swojej mamy, które w całości, poza nią samą, zostało również po tamtej stronie i wieści o nich przepadły. Pan Jun ma ok. 60 lat i dlatego dobrze pamięta tragiczne historie rodzinne. Czymże będą one jednak dla jego niedawno urodzonego wnuka? Czy prapradziadek będzie dla niego żywą postacią, czy tylko jedną z milionów ofiar wojny wypełniającej część szkolnych zajęć z historii?
Ile jest takich tragedii podzielonych rodzin, których członkowie od lat 50. ubiegłego wieku nie mieli żadnych wiadomości o sobie? Za kilka dni wybierzemy się na granicę koreańsko-koreańską i będziemy mieli okazję porozmawiać z osobą, która tam żyła i uciekła przez zieloną granicę na południe.

Uczestniczką naszej dzisiejszej minigrupy była również młoda Kanadyjka. Od pół roku pracuje w Korei jako nauczycielka języka angielskiego w Angielskiej Wiosce - miejscu, gdzie studenci w różnym wieku, od kilkuletnich dzieci po dorosłych przyjeżdżają na ministudia, aby mieszkając w kampusie, popracować nad angielskim. Kończy się jej możliwość pobytu, więc za tydzień wraca do Kanady, gdzie czeka rodzina i stęskniony chłopak. Jest Kanadyjką w pierwszym pokoleniu. Jej tato urodził się jeszcze w Holandii.
Zostało jej niewiele czasu w Seulu. Ma jednak niedosyt wiedzy o Korei, więc zwiedza teraz na potęgę. Zadaje dużo pytań (więcej ode mnie!), na które pan Jun cierpliwie odpowiada. Po wycieczce z nami i wspólnym lunchu, na który ich oboje zaprosiłem, leciała szybko na kolejną turę z innym przewodnikiem. A co! Jak miasto Seul daje za darmo, to czemu nie skorzystać, jeśli jest kondycja?

Bukchon Hanok Village to rozległa dzielnica położona pomiędzy dwoma najważniejszymi pałacami królewskimi. Hanok to nazwa tradycyjnej koreańskiej zabudowy mieszkaniowej, a Bukchon znaczy "północna wioska", bowiem dzielnica leży na północ od strumienia Cheonggyecheong, który z jakichś przyczyn odgrywał w Seulu rolę równoleżnika.
Można sobie łatwo wyobrazić, że w okresie świetności dynastii Joseon, panującej od 1392 do 1910 roku, przywilej mieszkania pomiędzy pałacami dotyczył tylko obywateli o wysokim statusie społecznym (kor. yangban). Pierwotnie wioska składała się z rozległych zamożnych posiadłości, ale pod koniec okresu Joseon, ze względu na potrzebę intensyfikacji zasiedleń, podzielono je na mniejsze parcele i zagęszczono zabudowę. Taka struktura, mimo późniejszych zmian w tkance Bukchon, zachowała się do dziś i kiedy patrzy się na dzielnicę z perspektywy okolicznych pagórków, to widać jedynie morze fantazyjnie powyginanych dachów bez, jak się wydaje, przerwy na normalne między nimi życie.
Dzielnica zachowała swoją ekskluzywność również w czasach okupacji japońskiej (1910-1945), a jej dramat rozpoczął się wraz z przesiedlaniem mieszkańców do dzielnic południowych (gangnam). Działo się to już w drugiej połowie XX w. Kiedy w ślad za mieszkańcami wyprowadziły się szkoły, na ich miejscu, bez respektu dla jej uroku, w niską, gęstą tkankę uroczych jednorodzinnych zabudowań wmontowano koszmary biznesowe (biurowiec Hyundai) i administracyjne (Sąd Konstytucyjny). Potem było jeszcze gorzej, bo władze miasta poluźniły przepisy co do wysokości zabudowy i ruszyła masowa deweloperka. W tej zabytkowej dzielnicy powstawały wtedy wielorodzinne trzy-, a potem pięciopiętrowe gnioty. Miasto przyczyniło się do tej dewastacji, wyburzając wiele hanoków na potrzeby budowy ulicy... Bukchon. Brzmi jak kpina, prawda? Ci, którzy mieli chronić, niszczyli. Dzisiaj rwą włosy z głowy i lamentują nad zniszczeniem. Na szczęście w ostatnich latach opamiętano się i zakazano bandyckiej zabudowy, a poszarpana tymi architektonicznymi "głazami narzutowymi" dzielnica wciąż może się pochwalić niemal tysiącem hanoków.

Pan Jun opowiedział nam kilka anegdot i pokazał kilka hanoków. Z anegdot najciekawsza dotyczyła nielegalnej pralni. Kiedy w sąsiednim pałacu praczki prały królewską odzież w przepływającym strumieniu, używały do tego cennej sody. Mieszkańcy Bukchon trzymali stosowne warty i kiedy wieść o praniu roznosiła się po wiosce, kto mógł, gnał pod kamienny otwór, którym strumień opuszczał teren pałacu i wpływał do osady. Wykorzystywano sodowe ścieki pałacowe do własnego prania. Otwór i specjalnie pobudowane schody zachowały się do dzisiaj.

Słabą stroną pana Juna jest jego kondycja. Zbyt dobra kondycja. Po mocno pofałdowanym terenie, w trzydziestostopniowym upale pan Dobra Wola gonił jak zając przed chartem. Kiedy opowiadał swoje historie z sympatycznym uśmiechem na ustach, my dyszeliśmy ciężko po kolejnym podbiegu. Kiedy zadyszka ustępowała, on pędził już dalej. W dwie godziny opędziliśmy sporą dzielnicę z jedną dłuższą przerwą na zakup obrazków-amuletów. We własnym tempie włóczylibyśmy się po Bukchon pewnie cały dzień.

Obrazki-amulety pochodzą z pracowni szamańsko-artystycznej. Są to czerwone papierowe odbitki z drewnianych matryc. Odbitkę wykonuje się samemu. Każdy obrazek zapewnia realizację innego życzenia. Nasze życzenia muszą pozostać tajemnicą, gdyż inaczej się nie spełnią.

Po bieganinie w tempie Roberta Korzeniowskiego padaliśmy na twarz i czuliśmy piekące miejsca na karkach i ramionach. Zjedliśmy wspólny lunch i pożegnaliśmy się. Trzeba było na jakiś czas schować się w cieniu. Dobrym miejscem okazała się kawiarnia Coffie Bean and Tea Leaf, co G., przetłumaczyła jako Kawa Fasola (herbaty nie zauważyła). Zamówiliśmy sobie do stołu dwie waniliowe kawy na zblendowanym lodzie. Sami podaliśmy ją sobie do stołu, bo to samoobsługa była i sączyliśmy powolutku, delektując się smakiem i mroźną temperaturą. Dodam jeszcze do obrazu tej rozkoszy wygodnie siedzące osiem liter, które przejmują pracę nad grawitacją od obolałych nóg. Nogi od kilku dni bolą nieustannie.

Uciekliśmy stamtąd do naszej stancji i padliśmy jak nieżywi. Sen był krótki, ale głęboki jak studnia.

Wieczorem wybraliśmy się na centralną seulską górę Namsan, którą otacza park z wieżą widokową N-Seoul Tower na szczycie. Teren jest bardzo popularny ze względu na swoje położenie i łatwość dostępu. Wspiąć się nań nietrudno, a wątpiący w swoje siły mogą tu wjechać kolejką linową lub autobusem miejskim. My należymy widać do wątpiących, bo skorzystaliśmy z autobusu. Jazda po krętych ulicach, na stojąco, z oburęcznym uchwytem za dyndające kółka była jednak namiastką fitness. Po skończonej jeździe czuliśmy ból i odrętwienie w rękach.
Na szczycie zastaliśmy chyba połowę mieszkańców miasta. Autobus miał kłopot z podjazdem ze względu na korek, jaki utworzył się na drodze. Ten kawałek przepłynęliśmy w rzece piątkowych turystów. O wjeździe na wieżę można zapomnieć - czas oczekiwania około godziny. W sklepach i knajpach tłumy. Postanowiliśmy zabić stres jedzeniem. Z trudem znaleźliśmy wolne miejsce w restauracji fusion, serwującej dania koreańsko-japońskie. Ale warto było poczekać. Tempura udon oraz omlet ryżowy z krewetkami królewskimi w cieście były bardzo smaczne. Do tego dwie cole. Przystawki z kimchi pozostały nietknięte.

Zejście z góry wykonaliśmy na piechotę po wygodnych schodach. Przyjemna temperatura. Ciemność i łuna miasta dookoła. Wciąż było dużo ludzi robiących sobie miliony zdjęć, w tym mnóstwo selfie na drążkach, które są tu we wszystkich torbach i plecakach. Supermoda na selfie z kija.

środa, 29 kwietnia 2015

Seul - Sokcho - 27 kwietnia

Noc nacechowana jet-lagiem. Długie przerwy w spaniu. Dziwne, że jakoś, po bolesnym poranku, nie przeszkadza to funkcjonować normalnie w ciągu całego dnia. 
Kąpiel w niewygodnej pozycji pośród ciasno upasowanej armatury łazienkowej, ze stopami wciśniętymi w małe plastikowe klapki, brodzącymi w kałuży szybko zbierającej się na podłodze wody. Po kąpieli i spakowaniu się napisałem do Shinhye, właścicielki naszej stancji prośbę o udrożnienie. Własciwie powinienem zażądać remontu kapitalnego, bo stan techniczny i higieniczny pomieszczenia, które z myślą o higienie powstało, jest dramatyczny. Ponieważ jednak wracamy tam za trzy dni, niech choćby przetka tę dziurę w podłodze.

Po drodze na stację Hannam kupiliśmy śniadanie na wynos w postaci ulubionego ostatnio przez G onigiri (nazwa japońska) czyli gomółki zlepionej z ryżu, nadziewanego różnymi składnikami i owiniętego liśćmi kombu. Do tego napoje i dalej w drogę na stację. Śniadanko jak ze wspomnień z ubiegłorocznej wyprawy z Krzyśkiem.

Z Hannam bez przeszkód dotarliśmy na Gangbyeon, w sąsiedztwie której położony jest wschodni terminal autobusowy - DongSeoul Bus Terminal. Ten ponury budynek składa się wyłącznie z walorów użytkowych i zera estetycznych. Znaleźliśmy okienka kasowe na pierwszym piętrze, a na jednym z nich nazwę Sokcho. Młoda adeptka sztuki sprzedaży biletów nie za bardzo potrafiła się wysłowić, a właściwie nie było w niej chęci porozumienia z obcokrajowcem. Ze spiętych i ściągniętych ust wydobywały się jakieś głuche sylaby, które nie tyle budowały dialog, co go raczej z góry rozpieprzały. To jest taka postawa, kiedy bezradność językowa opanowuje całe ciało i umysł w postaci jakiejś biernej arogancji, blokującej wszelkie zasoby życzliwości. Taka osoba w ogóle nie wykonuje gestykulacji będących językiem uniwersalnym i niezwykle pomocnym w sytuacji istotnej bariery językowej, a jej język werbalny staje się monosylabiczny i zduszony. Z taką spiętą kukłą nie zrobisz interesu, nie kupisz mleka w proszku, nie dowiesz się, w którym kierunku znajduje się interesujący cię sklep z częściami do twojego traktora, nie pomożesz potrzebującej pomocy ofierze skoku ze spadochronem, ani nie dostaniesz biletów na autobus do Sokcho. Zobaczysz jak twoja karta debetowa frunie odrzucona w twoim kierunku wykonując plastikowe lądowanie na śliskim blacie, a oczy twojej rozmówczyni matowieją do tego stopnia, że więcej pożytku może być z rozmowy z przypadkowo spotkanym zombie niż z jej profilem. Profilem,  bo wypowiadając ostatnią monosylabę zdążyła już odwrócić się od ciebie dając wyraźny sygnał, że po drugiej stronie dzielącej was kuloodpornej, przeciwpancernej i zimnokrwistomorderczej dla waszego dialogu szyby dzieją się o wiele ważniejsze, a może nawet i ciekawsze rzeczy.
Pobity emocjonalnie i poturbowany na honorze zgarnąłem swoją kartę, jak komunikat o treści "przegrałeś tę rozgrywkę Hans" a, że nie wiedziałem co dalej począć w temacie zakupu biletów, ustawiłem się do innego okienka. Tam na szczęście trafiłem na wystarczający zasób dobrej woli i pośród żywych gestów i uśmiechów dowiedziałem się, że na tym dworcu PKS działają tylko karty wydane w Korei. "Ale nie mam takiej, więc co mam robić" zagestykulowałem do miłej pani. "Iść do bankomatu, znajdującego się dziesięć metrów za tobą i wrócić z gotówką" odgestykulowała. I proszę zwrócić uwagę: mimo, iż sprawy również i tym razem nie załatwiłem, to miałem ochotę wycałować (wcale ładną) dziewczynę. I Bóg mi świadkiem, że przeciwpancerna, kuloodporna szyba oraz podśmiewująca się z mojej bezradności za moimi plecami żona są jedynymi przyczynami, że tego nie uczyniłem. O tamtym zombie już zapomniałem, chociaż z tego typu postawą spotkałem się tu nie pierwszy raz i coś mi mówi, że będę się na mniej czy bardziej subtelne formy arogancji natykał się tu nie rzadziej niż w Polsce. Chociaż... nie! To niemożliwe!
Pociągnąwszy kasę ze ściany, z dumą wyrytą na twarzy tak wyraziście, że nie powstydziłyby się jej najlepsze dłuta, wróciłem do miejsca wytyczonego przez rzeczoną szybę i zakupiłem dwa bilety na ekspresowy do Sokcho.
Została nam godzina do odjazdu, więc w spokojnym tempie, dobrym zwyczajem z ubiegłego roku, spałaszowaliśmy onigiri, jakieś batoniki i popiliśmy wodą. Konsumpcja odbywała się w ostatnim rzędzie plastikowych krzesełek ustawionych na przeciwko dużego telewizora, marki zapewne koreańskiej. Zarówno w naszym, jak i w innych rzędach, przed nami, zasiadało kilkadziesiąt osób podjadających lub popijających i pustym wzrokiem gapiących się w treść programu TV. Każda przestrzeń tworzy najwyraźniej własne obyczaje, bo, gdyby tych samych ludzi teleportować do jednego wagonu metra, to dam sobie odebrać telewizor i komórkę, że natychmiast zajęliby się swoimi smartfonami. Tu jednak hipnotyzował ich ruchomy obraz wiadomości, unicestwiając pozostający do odjazdu ich autobusów czas, z którym najwyraźniej i tak nie wiedzieli co robić.
Wiadomości leciały te same, które widziałem w całkiem innym kraju kilka lat temu. Strzelali do siebie z karabinów, armat i samolotów, gdzieś coś się zapaliło, doszło do dużej kraksy ulicznej, ktoś załamywał z jakiegoś powodu ręce, a o tym wszystkim później debatowano w parlamencie. Tylko sala parlamentu była inna. Może w międzyczasie ją zremontowali kapitalnie. Nie wiem. Dwoma słowami (i spójnikiem) - sodomia i gomoria. Ale widać to dobra strawa umysłowa dla ludności, nie tylko dworcowej, skoro od tylu lat nadają to samo.
Ludzie odpływali i przypływali na plastikowe hipnotyzery. Przyszedł i na nas czas. Otrzepaliśmy się z powidoków telewizyjnej pożogi i poszliśmy szukać peronu nr 6. Szybko znaleźliśmy go między peronami 5 i 7 i po zrobieniu kilku fotek symulujących wsiadanie oraz pakowanie walizek do luku bagażowego, zapakowaliśmy walizki do luku bagażowego i wsiedliśmy. A w autobusie jak w samolocie lepszej klasy: siedzenia szerokie, jakby skórzane, z opuszczanym oparciem i wzoszącym się podnóżkiem. Telewizor z podglądem miejsc zajętych i wciąż jeszcze wolnych. Zastanawiałem się, po co pasażerom ta informacja. Przecież jeśli ktoś nie zdążył, albo co gorsza, zapomniał o podróży, to i tak nie zobaczy, że jego miejsce na ekranie jest wciąż wolne. Mimo wszystko i tak wolę ten stateczny program od tego z poczekalni. Kiedy pan kierowca włączył silnik zobaczyliśmy film animowany o pożądanych i niepożądanych zachowaniach pasażerów w czasie jazdy bezpiecznej oraz katastrofy. 
Żegnaliśmy Seul kręcąc się po wijących wielopoziomowych autostradach, a że dworzec był z nazwy i położenia wschodni, to wyjeżdżając na wschód ominęliśmy wszystkie korki. Potem już aż do końca jechaliśmy wśród gór i dolin leżących między morzami Żółtym i Japońskim. Te morza, jak kleszcze dwóch potężnych sąsiadów Chin i Japonii. To z ich wód (oraz lądem od północy) płynęło wielokrotne zniewolenie plemion, a potem narodu zamieszkującego półwysep.

Do Sokcho leżącego na wybrzeżu po stronie japońskiej dojechaliśmy, z jednym postojem, w trzy godziny, a może dwie, albo cztery. Nie wiem, bo pisałem pamiętnik z podróży, a to potrafi wciągnąć. Popularny w Korei nadmorski kurort raczej odstrasza swoją architekturą. Pomiędzy topornymi funkcjonalniakami, w których ciężko doszukać się jakiejkolwiek estetyki, stoją hotelowe koszmary nawiedzonego architekta ze stylistyką elementów zachodnich, arabskiego orientu oraz tandetnego disneylandu zmieszanymi w jakimś kreślarskim blenderze. W Japonii tego typu "sztukę" kształtowania przestrzeni reprezentują tzw. love hotels. I tu i tam jest to ochydne, nawet jeśli jest w tej szkole zawarta jakaś umowność i przymrużenie oka.

Pani w informacji turystycznej, położonej tuż obok dworca ze swobodą i uśmiechem objaśniła jak dojechać do wioski Daepu, w której czekała na nas chatka. Wskazała najbliższy przystanek i wartość biletu, który jest wirtualny, bo należy odliczoną kwotę wrzucić do kasetki umieszczonej obok kierowcy-konduktora. Ze względu na zmienny koszt przejazdu w zależności od dystansu trzeba na wejściu powiedzieć dokąd się jedzie. Pani zapisała mi to na małej karteczce, którą już po kilku minutach pokazałem szoferowi. Kiwnął minimalnie głową i jakimś cudem przeliczył wrzucaną przeze mnie do kasetki zbitkę banknotów i monet (w sumie 2.400 wonów). Kiwnął ponownie i wtedy mogliśmy zaczaić się za nim z nadzieją, że kiwnie nam po raz trzeci kiedy przyjdzie pora na wysiadkę. Był na tyle miły, że kiwnął głową, ręką, a chyba i nogą, czyli jakoś całym sobą tak, że nie mieliśmy szansy tego nie dostrzec. Pomachaliśmy mu również całymi sobami i wysiedliśmy na właściwym przystanku.

Dzięki szczegółowej instrukcji otrzymanej od naszego nowego gospodarza bez kłopotu odnaleźliśmy chatkę. Jedynym problemem było strome podejście i 30-stopniowy upał. W chatce jak w namiocie. Tyle stopni w środku ile na zewnątrz. Ale za to czysto, przestrzennie i z futonami, które dla mnie są o niebo wygodniejsze od sprężynowego materaca. Ale za to bez lodówki, choćby jednego noża i pralki. Ale za to z pięknym wiejskim krajobrazem wokół nas. Ale za to z psami uwiązanymi do bud na krótkich łańcuchach. Fajnie więc czy nie fajnie? No nie wiadomo. Zobaczymy za dwa dni. Na razie chwila na przetestowanie futonów, które tutaj zapewne mają 
inną nazwę, ale równie dobrze służą. 

Poleżeliśmy przy otwartych oknach godzinkę i za kolejne pół godziny byliśmy z powrotem Sokcho w poszukiwaniu nowych wrażeń, a przede wszystkim kolacji. Otoczenie portu oraz droga na popularną wśród Koreańczyków piaszczystą plażę wyglądały na wymarłe. To znaczy wymarli tylko turyści, bo sprzedawców było wielu. Byłoby to może smutne, gdyby nie świadomość, że za kilka dni, kiedy rozpocznie się tzw. złoty tydzień, trudno tu będzie znaleźć wolne miejsce. W jednym z kilku raw fish center (centrum surowej ryby) zorganizowanym w taki układ, że przechodząc wewnętrznym pasażem można było zrobić zakupy, a te same przybytki od zewnątrz były małymi knajpkami, każda z kilkoma stolikami, których blaty niezbyt dla nas zapraszająco zawieszone były tuż nad podłogą. Ćwiczyliśmy już wcześniej te pozycje konsumpcyjne i tym razem pragnęliśmy posadzić nasze osiem liter nieco wyżej.
Po dłuższym spacerze markotnymi uliczkami i dojściem na plażę z malutkim molo znaleźliśmy lokal o wystroju z krainy pcv: ściany z folii, podłoga z linoleum i krzesełka ogrodowe po 9,99 zł w Castoramie. O dziwo odnalazło się tu kilku zwiedzaczy, którzy w kilku kępkach obsiadali stoliki z bulgotującymi się jakimiś nadmorskimi specjałami. Pan właściciel zachęcająco opisał dania z menu w języku hangul (alfabet koreański) i... ene-fake-due-rabe... wybraliśmy karibi-chim (moja transkrypcja) czyli przegrzebki z kociołka. Zgodnie z koreańskim zwyczajem pan rozrzucił po stole ze dwie setki przystawek na miniaturowych talerzykach-miseczkach, co ciekawe, bez obecności kimchi. Po kilku minutach zapodał również danie główne, czyli przegrzebki gotujące się w metalowej misie. Danie było smaczne, ale zapamiętam je na długo głównie ze względu na przyjaźń, którą w długich jak mięsiąc godzinach nocnych zawarłem z toaletą w naszym domku. Cóż, czy to faraon, czy Montezuma, czy koreański król, każdy z nich operuje tym samym rodzajem klątwy. Czasem trzeba to przejść, aby odkupić swoje grzechy.


A tu (klik) znajduje się... więcej obrazków. Można też zaglądać do nas tędy (klik).

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Seul - 25 kwietnia - cz. 2

Zatem upór G. sprawił, że zamiast w ciepłym łóżku znaleźliśmy się ponownie w metrze w drodze do Gwanghwamun. Na szczęście dało się usiąść. Tłumów w wagonie nie było. Poziewaliśmy do woli i pogapiliśmy się na młodzież, która gapiła się na własne komórki. Włókna mięśniowe jęcząc z bólu, wciągały resztki cukrów zassanych przez nasze paszcze w Starbucksie. Dzięki temu daliśmy jakoś radę wyjść na powierzchnię w Gwanghwamun.
Otoczenie stacji robi metropolitalne wrażenie. Dookoła wszystko wysokie i błyskające światłami, środkiem płyną dwie rzeki pojazdów, i tylko dołem, po cichutku rzeczka płynie. Taki strumyczek. Cheonggyecheon - to jego imię. Odkryty (dosłownie) z zapomnienia i zabetonowania 10 lat temu ku uciesze i rekreacji mieszkańców i zwiedzańców. Ale strumyk z jego atrakcjami będzie zwiedzany jakoś za tydzień, więc cisza teraz nad nim. Najpierw postarać się nauczyć poprawnej wymowy jego nazwy, oto jest wyzwanie!
Kiosk z biletami znaleźliśmy nieopodal stacji metra. Dostały nam się miejsca na górnym pokładzie i na tylnych siedzeniach, czyli takie, o które się walczyło na wycieczkach szkolnych. Co prawda byli też tacy, którzy woleli bliżej grona pedagogicznego, no, ale to nie nasza wina. Trudno. My wolimy z tyłu. Wiadomo, że można kręcić głową i zapuszczać żyrafę bez obawy, że się coś komuś zasłania. Nałożyliśmy słuchawki i zaczęliśmy słuchać. Przy czym G. zwierzyła mi się, że nic nie słyszy. Podpowiedziałem jej, że ma urwany kabelek elektryczny i przez taką przerwę głos nie przeskakuje. W takim razie odwiesiła słuchawki z ulgą, stwierdzając, że angielski i tak ją męczy. Potem tylko cały czas podpytywała "co mówią?", przez co ja niewiele rozumiałem z tego, co mówili i mówiłem jej, każdorazowo, że zaraz będzie most. Z tych perypetii dostaliśmy oboje głupawki i chichraliśmy się z wszystkiego. Ale faktycznie wycieczka polegała na tym, że kiedy dotarliśmy do rozległej rzeki Han (co za cudownie prosta nazwa w porównaniu do imienia malutkiego ww. strumyka), to wielokrotnie ją przekraczaliśmy, mając wrażenie, że kręcą nas w kółko. Lepiej się w takiej sytuacji chichrać, niż złościć. Ponieważ oprócz śmiechów, kuksaliśmy się czasami, zwróciło to uwagę siedzącej przed nami ładnej pani z małym chłopcem. Nie to, żebyśmy jakoś przesadzali, ale wiadomo - na tylnych siedzeniach zawsze najweselej. Kiedy zatrzymaliśmy się na przerwę zdjęciową, pani spytała G., skąd jesteśmy. "Czo nun pollandu saram imnida" odpowiedziała po angielsku Gosia i wymieniliśmy jeszcze kilka grzecznościowych formułek. Podróżowali w czwórkę. Przed zapoznaną parą siedział jeszcze tatuś z kilkuletnią córeczką. Po powrocie z przerwy pani poczęstowała nas fragmentami obranej pomarańczy, na co zareagowaliśmy rewanżem, przekazując im cztery polskie cukierki typu krówka, zapewniając, że są zrobione z mleka i cukru i są w związku z tym bezpieczne. Na pewno uwierzył w to ich synek, bo wrąbał w szybkim tempie trzy sztuki, oskubując mamę i tatę z ich prezentów. Po skończonej jeździe życzyli nam wspaniałych przygód w Korei i było bardzo sympatycznie, choć obyło się bez wymiany wizytówek.
I jak zwykle w takich razach męczy mnie wątpliwość, czy w trakcie podróży odbywanej w egzotycznym kraju, kilka tysięcy kilometrów od domu, ważniejsze było tych kilka słów i gestów wymienionych w towarzystwie uśmiechów z mieszkańcami tego kraju, czy też zapierające dech w piersiach iluminacje, mosty-fontanny, niebostrzeliste wieżowce o wymyślnych bryłach. Czy bliższe mi będą wspomnienia śmiechu kilkuletniego chłopca, kiedy podkradał krówki rodzicom i jego błyszczące w uśmiechu oczy kierowane z dziecięcą ciekawością na mnie - obcokrajowca, czy może bardziej powinienem doceniać rozmach ponaddwudziestomilionowej metropolii z niebotycznymi ścianami bogatej architektury rozwartej wielkim kanionem po obu stronach monumentalnej rzeki? Zdecydowanie cieplej mi się na sercu robi, kiedy widzę w świeżej jeszcze pamięci miny strojone przez jego młodszą siostrę, która zaglądając przez szczelinę między fotelami, robiła im i nam koreańskie "a kuku!", niż kiedy wspomnę gęsto porozrzucane po nocnym Seulu świetlne czerwone krzyże kościołów chrześcijańskich, które na mnie robią przygnębiające wrażenie krwistych proporców zatkniętych po całym mieście w geście triumfu nad zepchniętymi na dalszy plan tradycyjnymi lokalnymi religiami, w szczególności nad buddyzmem.
Jaka wikicyklopedia, jaki leksykon, jaki katalog czy jaki blog dostarczą Wam emocji związanych z żywym kontaktem z mieszkańcem drugiego końca świata, okraszonym perlistym śmiechem jego dzieci? Odpowiadam: żaden/żadna! Tak przynajmniej odpowiadam sobie zawsze, kiedy podliczam sążniste rachunki z krańcosiężnych wyjazdów.

Powrót wieczornym metrem, nieco już wyludnionym, zawiódł nas zmęczonych, ale usatyfakcjonowanych, do bólu (mięśni i stawów) do gwarnego i jarzącego się wszystkimi barwami neonowej i ledowej techniki Itaewon. 
Dzielnica ta ma rodowód militarno-kurewski, bowiem już od pierwszej inwazji japońskiej w 1592 roku zasiedlili ją japońscy samuraje. Wkrótce do stęsknionych za ojczyzną panów dołączyły z misją pocieszycielską koreańskie piękności i, choć wyspiarze opuścili gościnny Itaewon już w 1598 roku, pozostawili po sobie tradycję obozowania innych wojsk w tym miejscu oraz sporą gromadkę dzieci z wolnego rozdania.
Ponoć w późniejszym czasie nieformalny obóz na tym terenie miało również wojsko chińskie, a efekt ich pobytu był podobny - rozszczebiotane, liczne gromadki maluchów o sino-koreańskich genach.
Garnizon Yongsan powstał na początku XX w. na zachód od handlowo rozrywkowej części Itaewon i pierwotnie był siedzibą Cesarskiej Armii Japońskiej (od 1907 do 1945), a od zakończenia II WŚ stał się bazą USFK, czyli armii amerykańskiej w Korei. 
Tak więc od ponad stu lat (a z długimi przerwami od ponad czterystu) młodzi, nieproszeni, ale pod pewnymi względami mile widziani, goście zaspokajają tu swój głód, a raczej różnej natury głody. Nie znajdziesz tu placu Konstytucji, ale jest Hooker Hill (Wzgórze, a może lepiej - Wzgórek?, Prostytucji) oraz Homo Hill (nie trzeba tłumaczyć). Nie ma teatrów narodowych i sal koncertowych, ale jest mnóstwo małych knajp i barów, w których można śmiało dać i wziąć w mordę.
Jeszcze w 1984 gazeta Kyunghyang Shinmun opisywała tę dzielnicę jako miejsce "dużej przestępczości, melin i ciemnych typków". Pisano o gwałtach i kradzieżach. Może było w tym trochę wychowawczej propagandy, bo szanującym się Koreańczykom odradzano absolutnie zapuszczanie się w ciemne odmęty Gruszowego Sadu (tak brzmi tłumaczenie nazwy dzielnicy i ponoć faktycznie rosły tu niegdyś grusze; inne tłumaczenie tej nazwy to "obcy", co zdecydowanie pasuje do późniejszego charakteru dzielnicy).
Dzisiaj jest znacznie bezpieczniej i trendy. Ściąga tu masowo seulska młodzież obu płci (ponoć o różnych orientacjach seksualnych). Jeden z właścicieli lokalnych barów wspomina, że o ile z początkiem jego działalności w 1997 roku proporcje między obcymi i lokalsami były jak 80/20, to dziś jest dokładnie na odwrót.
Historia tego miejsca, taka, jaką streściłem powyżej, powoli dobiega końca, ponieważ zawarto umowę pomiędzy stronami koreańską i amerykańską o przeniesieniu garnizonu poza Seul. Miało to nastąpić w 2014 roku, ale magnetyzm Itaewon i seulskich piękności jest chyba silniejszy od umów między armiami, bo żołnierze tkwią nadal w Yongsan.
Wydaje się również, że atmosfera szczególnej wolności i luzu pozostanie tu na długo.

Szliśmy w dół ku naszemu Bogwangdong. Granicę między dwiema dzielnicami wytyczają również gromadzące się na chodnikach i w zakamarkach Bogwangdong śmieci. Ta dzielnica nie wyrwała się jeszcze, wzorem popularnej dzisiaj sąsiadki, z atmosfery slamsów i zapyziałych lokali obstawianych przez podejrzanych typków różnej maści i karnacji.

Kroczyliśmy obok ciemnych zakątków niepewnie, trzymając się za ręce. Rozlądaliśmy się czujnie dookoła. I czy to ze strachu, czy z zaułkowego romantyzmu tej chwili zacząełm lekko drżącym głosem śpiewać G. piosenkę:

Pod twoim oknem co nocy stoję – 
przybłęda z dzielnic sytych bourgeois. 
Dokoła szumi swym niepokojem 
twoja dzielnica, dzielnica zła. 

Pod twoim oknem blade rumianki – 
gwiazdki strącone w lamentach ros, 
a w twoim oknie – na tle firanki – 
widzę twój profil i mój zły los. 

Pod twoim oknem krążą oprychy – 
pod twoim oknem pijacy klną. 
Więc ty nie słyszysz canzony cichej, 
co jest szkatułką z miłością mą. 

Pod twoim oknem – gościa pod pachę 
prowadzi dziwka na zmięty koc, 
nad twoim oknem – księżyca majcher, 
którym mi grozi przedmiejska noc. 

Na twoim oknie cień twój lirycznie 
z drugim spleciony w miłosny fresk, 
a ja tu stoję, a ja nie krzyczę 
i tylko za mnie gdzieś wyje pies. 

Pod twoim oknem nożem dostanę 
i wcale serca nie będę krył. 
A potem potknie się o mnie ranek 
i facet, który u ciebie był.

Wzruszyło, a może dodatkowo przeraziło to moją żonę do łez. "Pięknie to wymyśliłeś"- schlebiła mi. "Też tak to czuję" - odrzekłem, nie chcąc się zdradzać, że ten tekst napisał wiele lat temu geniusz siedzący w głowie Jeremiego Przybory, aby później mogli go wykonywać Wiesław Michnikowski, Bohdan Łazuka i Grzegorz Turnau. A zresztą wiem, że G. zna całą Cafe Sułtan na pamięć, więc może jedynie chciała być miła.

Teraz, dzięki słowom mistrza Jeremiego, czuliśmy, jak przepływają przez nas mroczne duchy tych małych uliczek, ale akceptując i szanując ich obecność, zaślubieni z ich naturą polskim tekstem z podobnych zakątków naszej ojczyzny, mogliśmy bezpieczniej i spokojniej dotrzeć do naszego własnego slamsu.


Tu (klik) i tu (klik) znajduje się... więcej obrazków. Można też podglądać nas tu (klik).

niedziela, 26 kwietnia 2015

Seul - 25 kwietnia

25.04
Drugi dzień. 
Na dziś zaplanowaliśmy spotkanie z Sunghunem - seulczykiem i rowerowym podróżnikiem, którego spotkałem niemal rok temu na Hokkaido w Japonii. Przez cały ten okres wymienialiśmy emailową korespondecję, przygotowującą nas do dzisiejszego spotkania. 
Noc spokojna, przespana i ciepła. Właściwie zero jet-lagu. Rano kąpiel w zimnej łazience z prysznicem wiszącym na wąskim pasku ściany między umywalką a klopem. Myjąc się, lejemy po wszystkim, a dodatkową atrakcją jest gromadząca się na podłodze woda. Przesiąka po kropelce przez wpust w podłodze jak przez gęsty filtr. Brrrr! Nawet nie chcę myśleć, co jest materią tego filtru lub czy w tutejszych podziemiach (mieszkamy na parterze) żyją jakieś gnomy, które filtrują ją do swoich spożywczych celów. Po takich apetycznych rozmyślaniach prysznicowych śniadanko z zupki zalewanej wodą z kranu smakuje wybornie, chociaż niewolne jest od eschatologicznych myśli, czy dla wody z naszego kranu żyją gdzieś tam w górze istoty wyższe i potężne, które właśnie biorą swój prysznic, zalewając dla naszych kulinarnych potrzeb podłogę własnej, być może boskiej, łazienki. 
Przed 10. wymarsz w stronę stacji Hannam i stamtąd dwiema liniami metra do Gyeongbokgung, gdzie umówiliśmy się z Sunghunem. W metrze dosyć ciasno, ale nagrodą jest fakt, że po jednym dniu zrozumienie całego systemu i poruszanie się nim stają się łatwizną. Niemal każda stacja ma perony zabezpieczone szybami i automatycznymi drzwiami. Ludzie ustawiają się na strzałkach po obu stronach wejścia, ale gdy pociąg staje i drzwi się otwierają, wchodzący często napierają na wychodzących i dochodzi do przepychanek. To samo we wnętrzu. Ponieważ jechaliśmy w rejon wycieczek po okolicznych górkach, dużo osób objuczyło się plecakami. Nikt nie przekładał ich na piersi, co było powszechnym zwyczajem w Tokio, więc okładali się nimi nawzajem. Ja też okładałem i byłem okładany. Gosia przekładała więc nie rozdzielała razów, a jedynie je przyjmowała. Były dramatyczne przypadki przepychania się wzdłuż wagonu w poszukiwaniu miejsc siedzących. Trochę to bezpardonowe, mimo że widać oburzenie we wzroku potrącanych pasażerów. Część ludzi czasem gada przez komórki, ale wtedy zasłaniają sobie usta, żeby nie przeszkadzać. Komórki wyłącznie dużych rozmiarów. Dwa razy, kiedy Gosia siadała na pojedynczym wolnym miejscu, ktoś obok przesuwał się, żebym ja mógł usiąść obok niej. Miłe to! Na ekranach w metrze zamiast reklam leci na okrągło akcja edukacyjna, m.in. o potrącaniu plecakami. Chyba mało kto to ogląda, a jeszcze rzadziej bierze z tego naukę. Jest w tych filmikach również o zachowaniu podczas pożaru i udzielaniu pomocy innym. Na peronach stoją zaś przeszklone szafy ze sprzętem ratowniczym i maskami. 12 lat temu doszło do tragicznego pożaru na stacji metra w mieście Daegu, w którym będziemy za kilkanaście dni. Zginęło wtedy 192 pasażerów.
Na schodach ruchomych polskim zwyczajem często ustawiają się parami blokując przejście. Rzecz niemile widziana w Tokio czy w Londynie. O dziwo, na jednym z plakatów widziałem nawet sugestię, aby tak się ustawiać. Sprawdzę to jeszcze przy okazji. 
Dużo ułatwień dla rowerów, jak np. oznaczenia plakietkami na wagonach i "standy" na kilka sztuk wewnątrz wagonów. Dzięki tym ułatwieniom spotkaliśmy już w metrze kilku rowerzystów, i to z "normalnymi" rowerami, a nie tokijskimi składakami. 
Nie ma tylu dźwięków, co w Jap. Ruchome schody i drzwi są "bardziej ciche".
Bezdomni w śpiworach szykowali się do snu w jednym z przejść podziemnych. Kiedy wracaliśmy pod wieczór, już spali z głowami przysłoniętymi rozłożonymi parasolami
Na ulicach duże gabaryty samochodów. S. mówi, że seulczycy lubią się "pokazywać". Duże komórki, duże samochody, modne ciuchy. Ta wystawność jakoś rzuca się w oczy. Jakby bogactwo, do którego doszli stosunkowo niedawno i w bardzo szybkim tempie, wciąż było istotnym elementem osobistej i zapewne narodowej dumy. Ale to zaledwie pierwsze obserwacje. "Hold your horses, cowboy!" mówię do wyostrzonego zmysłu obserwacji, ale najwyraźniej nie łapie tego powiedzonka, bo natychmiast wyostrza jeszcze bardziej.
Inne pierwsze wrażenia? 
Dużo klaksonów i na pomniejszych skrzyżowaniach raczej chaos. Właściwie brak rowerzystów miejskich.
Dziewczyny w miniówkach po same majtki i chyba częściej niż w Jap ze zgrabnymi nogami. G. robi im "zdolne" ujęcia na schodach. Przypomina to dziecięce zabawy z lusterkiem przy trzepaku, tyle że z użyciem telefonu komórkowego. Mnie nie wolno. Staram się nie być smutnym z tego powodu. Nie udaje mi się to jednak. 
Mniej przedmiotów kawai, za to na wycieczce górskiej G. zauważa, że tutejsi turyści ubrani bardziej pstrokato od Japończyków. Nie wiem, czy się z tym zgadzam. Poobserwujmy jeszcze trochę. Ale zapisywać trzeba. Przy takiej dawce wrażeń obrazy ulatują szybko jak nasionka dmuchawca. Trzeba je szanować i utrwalać. Nawet jeśli się zrobi z tego mały śmietnik.
Czekamy na S. niemal pół godziny. Pisze sms, że się spóźni. Trochę się denerwujemy. Jest ciepło, a w cieniu nawet gorąco. Jesteśmy niedaleko Gyeongbokgung Palace i widzimy z daleka coś w rodzaju barwnej zmiany warty z towarzyszeniem bębnów i machaniem flagami. Mam nadzieję, że zobaczymy to w najbliższych dniach również z bliska.
Kiedy S. przyjeżdża i wychodzi z czeluści metra, rozpoznaję go od razu. Jest równie sympatyczny, jak kiedy widzieliśmy się na kempingu Artem koło Tomakomai na Hokkaido. Od tego czasu minął prawie rok, ale nic się nie zmienił (mam nadzieję, że i ja niewiele). Śmieje się sympatycznie całą twarzą, ze szczególnym udziałem oczu. Ma ciepły, choć dosyć wysoki głos. Witamy się serdecznie i po krótkich słowach wyruszamy na przystanek autobusowy, skąd pojedziemy do podnóża Bugak-san, po której mamy pospacerować. 
Trzeba pamiętać, żeby karty T-money, które uprawniają nas do poruszania się środkami komunikacji zbiorowej, skanować zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z autobusu. Zapominamy o tym i musimy zawracać, bo kierowca czeka. Zwyczaj nakazuje wsiadanie pierwszym wejściem, tak aby kierowca mógł kontrolować opłatę za przejazd (oszczędność na "kanarach"?). Powoduje to niestety ciągłe przepychanie się wszystkich do tyłu. Prawie wszystkich, bo są oporni, którzy biorą za to w twarz plecakami od płynących z prądem. Kilku panów w pewnym momencie (jechaliśmy dobre kilka przystanków) zapragnęło zdobyć wolne miejsca w tylnej częsci autobusu i przypuścili gwałtowny atak wąskim przejściem. Przez tę chwilę pojazd publiczny przypominał boisko do rugby w czasie zaciekłej walki o jajowatą piłkę, przy czym atakującymi była czwórka panów turystów (plecaki jak naramienniki), a rolę obrońców spełniali trzymający się twardo swoich pozycji pozostali pasażerowie, w tym my. Tamci wygrali. Skończyło się tylko na kuksańcach, bez słownej jatki.
Osiągnęliśmy końcowy przystanek i mijając teren lokalnego uniwersytetu, wąską ścieżką zaczęliśmy dosyć stromą wspinaczkę. Byliśmy sami. S. wytłumaczył nam, że mimo soboty i pięknej pogody pozostali wędrowcy wybierają łatwiejsze wejście. Fajnie, tylko jaka cholera podkusiła mnie, żeby zamiast trekingów testowanych w zeszłym roku w Jap, wziąć trampki-mieszczuchy o gładkiej jak lustro podeszwie? Co kilka kroków wykonywałem jakiegoś ślizganego potrójnego toeloopa, czy innego podwójnego aksla, broniąc się przed upadkiem ze spadkiem. Przy każdej takiej okazji G. i S. zgodnie krzyczeli "O Jezu!", każde z nich w swojej ojczystej mowie, a ja uspokajałem ich w uproszczonym angielskim "no problem!" i uśmiechałem się gorzko, przeklinając w duchu swoją głupotę. 
Ponieważ obaj z S. byliśmy tego dnia zapamiętałymi gadułami, jedyne przerwy w intensywnym dialogu powodowały moje poślizgi oraz prośby G. o chwilę zatrzymania się w mowie i marszu ze względu na piękne widoki i chęć ich uwiecznienia. W takich krótkich chwilach widziałem urok zielonych dolin i granitowych stożków Bugaksan. Resztę uwagi zabierała dyskusja. Omówiliśmy tematy historyczne, polityczne, obyczajowe i kulturowe, a także sportowe, zawodowe i techniczno-komputerowe, potem muzyczne i edukacyjne, nie pomijając religijnych, po czym zawróciliśmy, bo okazało się, że jakiś czas temu, zagadani, minęliśmy ścieżkę odbijającą w prawo, w dół. W międzyczasie nie umknęło mojej podzielnej uwadze, że na wypłaszczonej w tej części trasie przybyło turystów. I to znacznie przybyło. Zrobiło się wręcz tłoczno. W wielu miejscach grupki rozsiadały się na leśnotrawiastym poszyciu, rozkładając koce, a na nich smakowitości piknikowe. Momentami Bugaksan sprawiała wrażenie trawników w tokijskim Ueno podczas hanami, czyli ceremonii podziwiania kwitnących wiśni. Tu zamiast wiśni rosły głównie sosny, ale każde zacienione miejsce wypełniały cieszące się okolicznościami przyrody, pogodą i własnym towarzystwem grupki konsumentów piknikowych smakołyków. S. tumaczył nam, że w okolicy nie ma schronisk ani innych form zadaszonej gastronomii, więc w lokalnym zwyczaju jest targanie jadła i popitki na własnych plecach. My z G. targaliśmy jedynie dwie plastikowe butelki wody 0,33 litra każda, które po kilkunastu minutach marszu osuszyliśmy niczym sudański upał rzekę okresową. Wtedy wyjaśniło się, dlaczego nasze plecaki wyglądały przy Sunghunowym jak pustynne fenki przy wielbłądzie. S. bowiem zaprosił nas na ubocze, znalazł jakiś skrawek ażurowo ocienionego płaskowyżu, otworzył plecak i jak wprawiony magik zaczął wyciągać z jego wnętrza: pokaźną płachtę z jasnego płótna, pudełeczka z bakaliami (kilka różnych rodzajów), batoniki energetyzujące spożywcę, wodę w pojemnikach bidonowych (jest wszak zapalonym rowerzystą), a ponadto turystyczny zestaw do mielenia, zaparzania i wyciskania pod ciśnieniem (rodzaj ręcznej pompki wyglądającej jak wielka strzykawka z czasów przedjednorazowych) aromatycznej kawy. Wydobył również słoik pełen ziaren kawy, wsypał do młynka, do którego przytwierdził infinitezymalną korbkę, zakorbił zamaszyście, zasypał kawowym proszkiem pompkę, zalał wrzątkiem z bidono-termosu i pocisnął z zaangażowaniem patrząc się przy okazji i z rozbawieniem niepozbawionym satysfakcji na nasze dziecięco rozdziawione paszcze. To, co spłynęło ze spodniej części pompki-strzykawki, rozlał do małych metalowych kubeczków. 
Wychyliliśmy. 
Smakowało jak najlepsze włoskie espresso. Nie, nie twierdzę, że takie było. Twierdzę, że tak smakowało. Mieliśmy więc i my, dzięki poświęceniu i doświadczeniu S., swoje małe hanami pod sosnami. Teraz inni zazdraszczali nam, przechodząc mimo.
Leżąc podparci na łokciach, podryzaliśmy suszone i kandyzowane owoce, chrupaliśmy energetyzujące spożywcę batoniki, popijaliśmy je kawą lub wodą, muskani cieniami rozpostartych nad nami sosnowych konarów. Czy przypominaliśmy greckich starożytników filozofujących leniwie w gaju oliwnym z jednym przyplątanym jakąś okazją i zrządzeniem przypadku azjatyckim amatorem hanami? Zdecydowanie tak to widzę oczyma mojej pamięci podrasowanej bujną wyobraźnią.
Po półgodzinnym popasie piknikowy sprzęt zniknął w odchudzonym nieco plecaku S. i ruszyliśmy w dalszą drogę, wciąż dyskutując z ożywieniem (marsz wciąż przerywany multilingualnym "O Jezu!"). Niedługo potem widzieliśmy już dachy przyklejonych do podnóża góry ekskluzywnych willi. Ta mieszkalna dzielnica wg S. należy do najdroższych, ze względu na ciszę otoczenia i bliskość góry. Zaledwie kilkaset metrów dalej doszliśmy do ruchliwej arterii miejskiej i podążając wzdłuż niej dotarliśmy do restauracji, do której S. zaprosił nas na lunch.

Lunch w stylu koreańskim składał się z kilkunastu przystawek, z czego ok. połowy stanowiły różne odmiany słynnego kimchi, czyli sfermentowanych warzyw, najczęściej kapusty. Kimchi na ostro, na bardziej ostro i cholernie ostro to ulubione odmiany tej przekąski. Po kilku pierwszych kęsach przystawek obraz zaczął się rozmywać we łzach, a słowa naszej dyskusji ulatywały w eter w językach ognia. Gdyby to była zima, zrobiłoby się ciepło. Ale że to była ciepła wiosna, zrobiło się upalnie i jakoś tak... generalnie mokro. Poszły w ruch chusteczki wyłożone w pudełku na stole. Musieliśmy z zewnątrz wyglądać na mocno wzruszonych. Oprócz kimchi były też papryczki na ostro, świeży czosnek, a także delikatne w smaku plasterki warzyw obsmażone w panierce przypominającej japońską tempurę. Jakże one smakowały! Takie delikatne! 
Po przystawkach zajechał półmisek zwany samgyeopsal, czyli tłuste kawałki wieprzowiny (często obsmaża się ją osobiście na małym grillu przy stole), grzybki i liście sałaty, którymi owija się na dłoni układane w niej kąski mięsa, warzyw i past. Taki "gołąbek" ma stanowić jeden, raczej pokaźny, kęs. 
Na koniec podano ryż upieczony z ziarnami fasoli w kamiennych miseczkach. Przez fasolkę ryż przybiera różowoliliową barwę. Po wyjęciu większości ziaren ryżu pozostało ich wiele przywartych do ścianek misek. S. zalał to wodą i przykrył na kilka minut. Po tym czasie zrobiła się z tego ryżowa cienka zupka. 
Na tym posiłek zakończono.

Pożegnaliśmy się z S. na stacji metra, obiecując sobie spotkanie po naszym powrocie z Seoraksan. Wróciliśmy metrem do Itaewon, mając na celu macha frapucchino z zielonej herbatki w Starbucksie. Tam odbyliśmy naradę, co dalej robić z naszymi umęczonymi ciałami. Zapadła decyzja o podziwianiu nocnego Seulu z okien turystycznego autobusu.

Tak więc drugi dzień trwał w najlepsze, ale że zaczyna się właśnie trzeci (9. rano), czas na przerwę i nowe przygody.

Tu (klik) i tu (klik) znajduje się... więcej obrazków. Można też podglądać nas tu (klik).