Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seoraksan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seoraksan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Seoraksan - 28 i 29 kwietnia - cz. 3

Tego dnia, ciesząc się pustką ścieżek oraz ciszą celebrowaną jedynie przez szum liści i przepływających w sąsiedztwie potoków, zaliczyliśmy jeszcze dwie trasy. Pierwsza z nich zaczynająca się przy malowniczym kamiennym moście wiodła pętlą po płaskim terenie przez ok. 3 km. Przydrożna mapa wskazywała dwa kuszące oczka wodne leżące w najdalszym punkcie pętli, nazwane przez G. "morskimi okami" lub "morskimi oczami", ewentualnie "morskimi oczyma". Życie jest prostsze, jeśli zawiera jedno Morskie Oko. Zastanawiając się nad lingwistycznymi łamańcami języka polskiego i odpędzając czapkami napastliwe muszki, które upodobały sobie tę ścieżkę, dotarliśmy do rubieży pętli. Tu okazało się, że natura sama rozwiązała problem odmiany słowa "oko". Wszystko wzięło i wyschło. Nie było ani jednego MORSKIEGO OKA, i nie było żadnych wątpliwości, jak to poprawnie wymówić.

Po powrocie do punktu wyjścia wyschniętej pętli obraliśmy kurs na wodospad Biryeong odległy od nas o 2,5 km, z czego znaczny odcinek mocno pod górkę. Na tej ścieżce wciąż spotykaliśmy nielicznych wędrowników. Wspinaczka, po minionych kilku godzinach spacerów, dawała nam się mocno we znaki i wraz z każdym zakrętem, za którym spodziewaliśmy się chlapiącego sobie wodospadu, przeżywaliśmy małe rozczarowanie, a w związku z tym musieliśmy zwalczać równie małe kryzysy. Wspaniałą nagrodą okazał się rozpięty nad kamiennym łożyskiem strumienia, w górę którego się pięliśmy, piękny wiszący most. Mimo że skala konstrukcji nie była porażająca, to jego bajeczne położenie, rysujące na tle piętrzących się skał i ich załomów kilka planów, budowało oszałamiającą głębię przestrzeni. Kiedy biegałem w górę i w dół, żeby połapać ciekawe kadry, musiałem trzymać się poręczy, mimo że nie mam problemów z agorafobią. G. stwierdziła, że piękno konstrukcji linowej wystarczy jej za cel zastępczy - w miejsce wodospadu. Ja wynegocjowałem jednak, że podbiegnę jeszcze trochę, kiedy ona pokontempluje most i, a nuż uda mi się dotrzeć do zasadniczego celu. Tak się też stało. Kilkaset metrów dalej ciurkał z wysokości 14 metrów cienki strumyczek bieżącej wody, bawiący się w chlapu-plasku z małym oczkiem wodnym. Odczułem miniaturę satysfakcji z dotarcia do tego miejsca, choć przyjemne było, że to koniec trasy i że jestem tu sam. To ostatnie zawsze bardzo mnie cieszy podczas wnikania w głąb natury.
Postrzelałem foty i wróciłem do żony. W ramach kontraktu zezwalającego mi na samotne podejście (a raczej na pozostawienie jej samej jak palec w tej dziczy) miałem ją teraz pobujać. Patent polegał na tym, że G. położyła się na środku przęsła, a ja stojąc w szerokim rozkroku, zacząłem tańczyć makarenę. Wtedy most zaczął się kolebać na boki. Rozległy się radosne piski i kwiki lepszej połowy naszego związku. Słychać było w nich lekkiego pietra, ale wytrwała dzielnie do momentu, kiedy nadeszła jakaś para. Nie wiedzieliśmy, czy chcą się również pohuśtać, więc uspokoiłem to górskie wieszadło, podniosłem lekko zakręconą G. i zeszliśmy w dół do punktu wyjścia.

Ten wieczór spędziliśmy nad "okrąglakiem", czyli częścią portu Taepo, której cała keja zamknięta została w regularny okrąg o średnicy może 200 m, z jednym tylko wąskim przejściem od strony zasadniczej części portu. Kolejny krąg tej kompozycji stanowi wąska promenada, a na jej zewnętrznym obwodzie - jezdnia. Dalej, pierścieniowo, ciąg sklepów i knajpek serwujących owoce morza. Bardzo romantyczne miejsce, gdyby nie zalegające tu i ówdzie śmieci z całodniowego handlu. Jedliśmy coś w rodzaju japońskiej tempury z owoców morza i warzyw, jednakże ustępujące oryginałowi pod względem konsystencji ciasta. To tutaj było grube i dosyć twarde. Przy nim ciasto z tempury to zwiewna chmurka, poezja haiku. Ale! Ławka, światła budynków rozłożonych wokół wodnej pętli i głód sprawiły wspólnie, że było smacznie i przyjemnie.

Noc w naszej wiejskiej chatce spędziliśmy z zatyczkami w uszach. Lokalne psiny zapięte na krótkich smyczach i niespuszczane z nich chyba w ogóle, bo brak płotów w obejściach, ujadały wokół nas i blisko nas przez całą ciemność. Serca kurczyły się z żalu, ale spać bez poliuretanowych kołków nie szło.

Kolejnego dnia - 29 kwietnia liczebność turystów znacznie skoczyła w górę. Dało się to zauważyć już na parkingu przed wejściem do parku. Czar o cesze głównej "my i góry" prysł w miejsce jakby weekendowego "oni i my i oni i góry i oni". Pojawiło się niezauważalne wczoraj zjawisko zawieszania na plecakach jakichś radioodbiorników, które w przedziwny i niezrozumiały dla nas sposób umilały naszym koreańskim przyjaciołom wędrówkę w krainę ciszy leśnej. Podobnie jak w miejskim życiu zawodowym, tak i tu, na szlaku, maszerują, jakby śpieszyli się na stygnący posiłek na szczytach gór. Może jazgot głośników pozwala im utrzymać żwawe tempo. Może "szybciej" współpracuje z "głośniej" i daje wynik "raźniej". 

Prawie wszyscy odziani są w górską odzież i obuwie najnowszego kroju. Na plecach zwieszają się wielokomorowe wodoodporne plecaki oplecione użytkowym szamerunkiem linek. Jakby dopiero co wszyscy w tym samym górskim sklepie zerwali całe komplety ze stojących tam manekinów i prosto stamtąd weszli na szlak. Są bardzo modni, ale bardzo homogeniczni. Jest sznyt, ale brak fantazji. Sztampa zamienia najnowszą modę i technologię w banał. Podobne zjawisko będziemy jeszcze obserwowali później w Seulu, choć w obszarze nie tylko mody, ale także, a może przede wszystkim, urody. Mam wrażenie, że znaleźliśmy się wśród licznej geriatrycznej wycieczki przedszkolnej, której panie wychowawczynie nakazały tożsame kroje i barwy w celu łatwiejszej identyfikacji. Wydaje się, że bycie trendy połączone z jednoczesną potrzebą stania w szeregu jest tu w cenie wyższej niż w Japonii.

Szeroką betonową aleją, a potem pnącymi się coraz bardziej stromo schodami, zmierzamy do znajdującej się na końcu tej części szlaku świątynki Gyejoam ulokowanej w sklanej grocie. Wygrywamy tym, że wstaliśmy dzisiaj późno i również późno, bo około południa, dotarliśmy do parku. Kiedy po dwóch godzinach zbliżamy się do końca trasy, towarzystwo turystyczne zaczyna się mocno przerzedzać. Do małej świątyni docieramy niemal sami, doprowadzani monotonnym śpiewem mnicha.

Wspomniany przy okazji opisu Sigheunsy mistrz Jajang miał w zwyczaju metytować i praktykować tu buddyzm. Robili to również inni protoplaści koreańskiego buddyzmu - Dongsan i Bongjeong, a po nich ich spadkobiercy Wonhyo i Uisang. Stąd nazwa Gyejoam znaczy tyle co grota dziedziczących protoplastów. Jest cudem natury i edenem medytacji. Trudno wyobrazić sobie miejsce lepsze do wyciszenia. 

Kiedy weszliśmy do groty, panie służące pielgrzymom poczęstowały nas miękkimi ryżowymi ciastkami i aromatyczną ryżową herbatą. W tym czasie mnich, który śpiewał w kapliczce powyżej groty, zszedł do nas, zasiadł przed stojącym z boku gongiem i miarowo weń uderzał. Potem stanął przed posągiem Buddy i wybijał rytm na drewnianym bębenku. Na koniec zasiadł w pozycji medytacyjnej i rozpoczął śpiew. 

Zaczarowało mnie to całkowicie. Siadłem na schodach u wejścia do groty, zamknąłem oczy i szybko wszedłem w stan duchowego uniesienia. Było tak hipnotycznie lekko, że po jakiejś nieokreślonej chwili, tak niepoliczalnej, jakby czas uleciał gdzieś poza przestrzeń, redukując ją do trzech onirycznych wymiarów, obudził się we mnie niepokój, czy mam wciąż kontakt z podłożem. Sprawdziłem. Były cztery litery, był kamień i była pośrednicząca między nimi bawełna. Mogłem pomarzyć jeszcze trochę, tak długo, jak trwał kojący śpiew adorującego zaświaty mnicha. 
Kiedy skończył, zarządziliśmy odwrót. Schodziliśmy po schodach, a potem po szerokiej betonowej alei, podobnie jak wczorajszym popołudniem, niemal sami, a sfery wyższe, najwyższe nawet, ukojone tą chwilą śpiewnej medytacji, czułem to wyraźnie, były nam bliższe i życzliwsze niż kiedykolwiek wcześniej w tej podróży.

Szczęśliwie dotarliśmy lokalnym PKS-em do naszej siedziby, gdzie upolowaliśmy kolację w knajpce firmowanej portretem starszej pani, zapewne miejscowej gwarancji dobrego smaku. Obsłużył nas uprzejmie jej wnuk (zapewne), podczas kiedy jej syn (zapewne) krążył pomiędzy garami kuchennymi. Pojawiła się również na moment sama starsza pani i objąwszy całość dyrektorskim wzrokiem, zakomenderowała niezbędne (zapewne) dyrektywy i zniknęła w prywatności zaplecza. Wobec takiej obsługi kolacja nie miała wyjścia - musiała smakować. Poszliśmy jej na rękę i z apetytem wpałaszowaliśmy: sogogi-tang (zupa na wołowowinie) i huangtaehaejangguk (zupa rybna) - zapis z karty i transkrypcja moje.

Nasyceni wspięliśmy się na ostatnią dzisiaj górę, na której szczycie stało nasze mikre domostwo. Pozostało nam zalec na futonach, zapakować kołki nasenne do uszu i śpiąc, zbliżać się do porannego momentu pożegnania z gościnnym Seoraksan.


Jeśli się pójdzie TU i TU, się znajdzie kilka zdjęć. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Seoraksan - 28 kwietnia cz. 2

Kochany Pamiętniku!
Jakże cholernie ciężko Cię prowadzić, kiedy wydarzenia gnają jedne po drugich jak oszalałe, a wejście ze wspomnieniami w strumień czasu przypomina próbę przejścia autostrady w nieoznakowanym miejscu w godzinach szczytu.
Wątek wczorajszych wydarzeń w nawale dzisiejszych itinerariów "ulata jak łezka od rzęs", a te przedwczorajsze stają się prehistorią. Próbuję je więc jakoś co dzień fosylizować, ale wtedy tracę możliwość czułej obróbki tych, które czekają w Twoim przedsionku.
Od kilku dni włóczymy w bólu swe nogi po Seulu (się rymnęło!), a na Twoich e-kartach dopiero dotarliśmy zdyszani do Singheunsy.

Ta bajecznie, u stóp gór parku Seorak, położona świątynia jest ważnym punktem na mapie głównej koreańskiej szkoły (zakonu) Jogye (bywa też zapis Chogye). Jest świątynią parafialną i pod jej zarządem znajduje się 35 innych. Uważana jest za najstarszą świątynię zen (kor. seon) na świecie. Powstała ok. 637 roku n.e. założona przez kształconego w Chinach mnicha Jajanga, założyciela wielu innych klasztorów na terenie Korei. Jajang wywiózł z Chin nie tylko wiedzę, ale również szereg relikwii, bo te, jak szeroko wiadomo, są najlepszym kamieniem węgielnym pod budowę ważnych kościołów. Był wśród nich kawałek czaszki Buddy Šakjamuniego (tego historycznego Buddy), drewniana miseczka na datki używana przez tegoż oraz ok. 100 krystalicznie czystych koralików, które cudownie zrodziły się w miejscu kremacji Siddharthy Gautamy (świeckie imię Buddy). Na tym świętym kapitale zbudował potęgę klasztorów zen w Korei. 

Kiedy przeszliśmy przez pierwszą bramę na jej teren, pozachwycaliśmy się przestrzenną kompozycją poszczególnych pawilonów ustawionych w prostopadłą siatkę, układającą cały kompleks w półotwarte dziedzińce z silnie odczuwalną symetrią założenia. Wtedy usłyszeliśmy dźwięki śpiewnej recytacji sutr oraz po chwili przed głównym pawilonem zauważyliśmy niemały tłumek zaglądających do wnętrza. Jeśli tłumek gdzieś zagląda, to zapewne dzieją się tam ciekawe sprawy. Niezwłocznie wmieszaliśmy się. Wśród tłumku było sporo bladych twarzy, co jeszcze podsyciło naszą ciekawość. Zapuszczając maksymalną "żyrafę" na teleskopach spionowanych w baletowej pozie stóp, można było dostrzec w przyciemnionym świetle wnętrza kilku małych chłopców siedzących twarzami do śpiewająco-recytującego mnicha. Wokół nich kręciło się sporo dorosłych, zarówno w szatach mnisich, jak i cywilnych. Błyskały flesze i klikały migawki. W pewnym momencie mnisi kręcący się wokół chłopców chwycili za elektryczne maszynki do golenia i zaczęło się generalne golenie zwieszonych pokornie główek. Wszystko odbywało się w atmosferze śmiechu lub co najmniej uśmiechu. Twarzy chłopców nie było widać. Po goleniu maszynkami zaczęło się namydlanie główek i golenie nożykami na gładko. Udało mi się dopchać do ościeżnicy drzwi głównych, więc miałem dobry punkt obserwacyjny, choć raz po raz kadry zasłaniali mi fotografujący całe zdarzenie. 
Kiedy główki stały się całkiem łyse, chłopców rozebrano z resztek cywilnej odzieży (przynajmniej tak wyglądała) i ubrano ich w eleganckie zminiaturyzowane mnisie szare szaty z ochrowymi przepaskami. Widać było, że niektórych z nich roznosi już energia, bo zaczęli przekomarzać się minami, głaskać wzajemnie i osobiście po łysych czaszkach, a jednemu tak spodobały się obszerne rękawy szaty, że zaczął udawać ptaka, energicznie machając małymi "skrzydełkami". Dorośli nie przeszkadzali im w tych chwilach, kiedy zapominali o powadze tej ceremonii, o ile w ogóle zdawali sobie z niej sprawę. Po kolejnej fazie modłów-recytacji przyszedł czas na zdjęcia na kolanach najważniejszego z mnichów. Wtedy dopiero można było dobrze dostrzec ich twarze. Zdziwiło nas, że te dzieci, poddawane najwyraźniej ceremonii wyświęcenia, miały (na oko) od trzech do dziesięciu lat. Najmniejszy z nich kiedy usiadł na kolanach starszego, miał minę z ustami w podkówkę, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Patrzył w stronę swoich rodzicieli szklistymi oczami, proszącymi jakby "weźcie mnie stąd". Nie było mu do śmiechu tak jak dorosłym.
Po tej sesji maluchom założono na łysinki czapki podobnie jak szaty w mysim kolorze i wyprowadzono na zewnątrz. 
Na ustawionych w szeregu plastikowych krzesełkach zasiadło grono starszych, a na ich kolanach posadzono grupkę świeżo upieczonych mniszków. Za plecami siedzących ustawiła się cała grupa bladych twarzy, którzy (przeprowadziłem szybki wywiad) okazali się studentami z Danii, biorącymi udział w tzw. temple stay, czyli noclegowaniu w świątyni połączonym z udziałem w dziennych zajęciach (mieliśmy ku temu okazję w Koyasan rok temu).
Ceremonia, na którą przypadkiem trafiliśmy, jest tradycją znaną w całej buddyjskiej Azji, chociaż nie jest jednolita. W Korei, na ile zdołałem się zorientować, mali mnisi przyjmowani są do klasztorów na kilka tygodni przed urodzinami Buddy, które w tym kraju obchodzone są 8 dnia 4 miesiąca lunarnego (w tym roku - 25 maja). Żyją w klasztorze, ucząc się zakonnego życia z jego wszystkimi aspektami. Wstają o świcie, modlą się, medytują, jedzą wegetariańskie posiłki. Po urodzinach Buddy wracają do domów. 
Ich wiek wskazuje na to, że to nie oni, ale ich rodzice decydują o tym doświadczeniu. Szperając w necie, widziałem reportaże z ceremonii, które nie przebiegały tak łagodnie jak ta. Lały się krokodyle łzy, dzieci zdezorientowane przechodziły rozpacz. Nawet jeśli w świadomości rodziców była to lekcja życia na krótki dystans, to dla kilkuletnich maluchów mogło to być traumatyczne przeżycie niezrozumiałego oderwania od domu. Raczej to okrutne niż święte. Ponadto w krajach uboższych jak Tajlandia, Birma, Sri Lanka dzieci oddaje się do klasztorów na stałe w nadziei na wikt, opierunek i lepsze wykształcenie. W Tybecie wyświęca się dzieci na mnichów i to jest norma. Ta norma ma w różnych regionach inne cezury. A to: że dziecko nie powinno być młodsze niż 8 lat albo na tyle duże "żeby umiało odstraszać kruki". W obszarze koreańskim znalazłem jedno miejsce  w świątyni Haein, gdzie dzieci przebywają na stałe, choć zajęcia szkolne odbywają w szkole publicznej, a dorastając, mogą iść na uniwersytet i podjąć pracę cywilną. Jest to raczej odpowiednik naszego sierocińca dla najuboższych i zrobił na mnie wrażenie szlachetnej misji. Przełożony tego klasztoru oficjalnie adoptuje dzieci, bo jest to optymalne rozwiązanie prawne.
Z wyświęcaniem i przyjmowaniem do klasztorów dzieci, podobnie jak w religii katolickiej, związane są w ostatnich latach doniesienia o wykorzystywaniu seksualnym. Najgłośniejszą postacią w tej materii jest J. E. Kalu Rinpoche, będący oficjalnie przez Dalajlamę rozpoznaną reinkarnacją poprzedniego Kalu Rinpoche. Nagrał on w 2011 roku i rozpowszechnił na Youtubie własne wspomnienia mówiące o przemocy seksualnej, jakiej doznał w dzieciństwie od grupy starszych mnichów. Najwyraźniej celibat przegrywa z seksualnością ludzką we wszystkich obszarach. 

Mali mnisi uśmiechający się do siebie i cieszący się nowymi ubrankami i dziwnymi kapelusikami dostali od starszych bębenki buddyjskie i wyruszyli z dorosłą świtą w stronę posągu Buddy Jednoczącego. Po długich godzinach klęczenia, siedzenia i pochylania głów mogli teraz zamaszyście maszerować i klepać w bębenki, ile wlazło. Poszliśmy jeszcze trochę za nimi, korzystając z okazji, kiedy orszak zatrzymywał się na kolejną sesję zdjęciową. 
Potem skręciliśmy we własną, świecką ścieżkę w kierunku wodospadu Biryeong, ale wesołe odgłosy drewnianego bębnienia rozlegały się po całej dolinie jeszcze bardzo długo, kiedy mali mnisi kroczyli po swoich malutkich drogach w stronę nowego, oby szczęśliwego i czystego, doświadczenia.


Tędy do zdjęć.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Seoraksan - 28 kwietnia

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek).

Chwila...

Jeśli ktoś to czyta, to widzi te nazwy z dziwacznymi zlepkami samogłosek, tak? Są tu "eo" oraz "ae". Często występuje też zbitka "ng" (akurat nie w nazwach powyżej). Taką transkrypcję alfabetowi Hangul wymyślili lingwiści. Widać lepiej nie umieli, a za coś pensję brać trzeba. Szkoda. Jak czytać te dziwolągi? W przypadkach "eo" i "ae" - nie czytać pierwszej samogłoski. Uwierzcie mi, że poprawniej brzmi Soraksan niż Seoraksan, Tepo niż Taepo oraz Tebek niż Taebaek. Trzeba tylko mocniej rozewrzeć paszczę niż w naszym "o" lub "e". Przy zbitce "ng", dla odmiany, nie czytać drugiej samogłoski, tylko (ewentualnie) mówiąc "n" przykleić mocniej język do podniebienia. Jakoś tak. Są jeszcze różne nieciekawe odmiany "u-y", "cz-ć", "dz-cz", kiedy trzeba wysłowić "coś pomiędzy". Mam w domu książkę z transkrypcją McCune'a-Reischauera. Są tam ponadto głoski z daszkiem, z apostrofem, a także z małą literką h. Masakra! Już sama nazwa transkrypcji jest niemal niewypowiadalna! Goście urodzili się ze zbyt trudnymi nazwiskami, żeby zrobić prostą robotę z koreańskim. Słuchając tego języka w wersji naturalnej, od kilku dni, a wcześniej na youtube'owych lekcjach, nie słyszę w nim tych łamańców. Może są zbyt subtelne dla niewprawnego ucha. Dla mnie, na tym etapie, jest miękki i płynny. Bliski w jakiś sposób melodyce języka japońskiego (może przyczyną jest tożsama konstrukcja zdań i istotność partykuł). Miły w słuchaniu. Pisząc tu nazwy własne lub inne koreańskie słowa robię to tak, aby można je było wyszukać na mapach czy internetach, choć i w formalnych źródłach znaleźć można często różnice. Jednym słowem - burdel.

No to od zarania...

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek).

Moment...

Lepiej się czyta, tak? No właśnie!

Park Narodowy Seoraksan, u stóp którego przycupnęło Sokcho (oraz Taepo - nasza mieścina) jest częścią Gór Wschodniokoreańskich (kor. Taebaek). Taebaek ciągną się na długości 500 km wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Korei Południowej i częściowo Korei Północnej - niczym lokalny mur chiński mający chronić Koreańczyków przed sąsiadami spod znaku wschodzącego słońca. Mury chińskie w życiu jednak się nie sprawdzają, co Japończycy udowodnili, najeżdżając Koreę dwukrotnie w XVI w. i jeszcze raz w XX wieku. Góry te są mikre, ale czupurne. Ich najwyższy szczyt, Seoraksan właśnie, ma zaledwie 100 m więcej od naszej Śnieżki, ale występującymi tu i ówdzie ostro poszarpanymi stożkami śmiało udaje Alpy. O ile więc nasze Sudety z ich najwyższymi Karkonoszami można raczej utożsamiać z kobiecymi kształtami, matką ziemią, wypukłościami i wklęsłościami, które chciałoby się pieścić i przytulać, to góry w Seoraksan stroszą się drapieżnie, przywodząc w wielu miejscach raczej falliczne skojarzenia. Niewykluczone, że powyższy wywód nadaje się do analizy psychoterapeutycznej. Trudno. Tak się jakoś samo pisze. Tak czy inak, przejeżdżając busem przez Seoraksan ma się wrażenie, że to góry znacznie wyższe niż te nasze dolnośląskie.

Przed przyjazdem tutaj spodziewaliśmy się tłumów, które mają w zwyczaju wypełniać szlaki Seoraksan. W sumie, jeśli pomnożyć liczbę mieszkańców Seulu przez atrakcyjność tego regionu (oprócz gór piękne plaże) oraz podzielić przez niewielką odległość między stolicą i Sokcho, to, wiadomo, cholernie dużo w liczniku versus mało w mianowniku daje jakąś astronomiczną liczbę. Okazało się jednak, że nasze fatum nie zna się ni w ząb na ułamkach, ponieważ wczoraj zastaliśmy pusty autobus w drodze, pusty parking na miejscu i wyludnione szlaki w górę i w dół, mimo że wszędzie tam znajdowaliśmy piękną pogodę. Nie to, żeby wszyscy wyjechali na wczasy w Sudety, trochę ludzi było, ale słowem "tłumy" można by ich z pewnością urazić.

Pierwsze kroki podprowadziły nas pod posąg Buddy Jednoczącego, mającego wyrażać troskę Koreańczyków o zjednoczenie Północy z Południem. Do ukończonego niedawno, bo w 1997 roku posągu, należy rekord świata w kategorii "Budda siedzący wykonany z brązu". Statua ma 14,6 metra wysokości i robi zwaliste wrażenie. Z pewnością wola zjednoczenia obu państw koreańskich dobrze wyrażona jest jego masą. Gdyby jednak obok postawić posąg personifikujący trwogę i niechęć Koreańczyków z południa, szczególnie tych młodszych, przed ewentualnym połączeniem, wynikające z przepaści ekonomicznej, kulturowej, obyczajowej, to mogłoby się okazać, że masą przyćmiłby sąsiada z brązu. Z książki "Korea: The Impossible Country" Daniela Tudora można się dowiedzieć, że "najniższe szacunki podają nakłady przekraczające bilion (1.000.000.000.000) dolarów, aby można było choćby zbliżyć infrastrukturę i poziom życia Północnych Koreańczyków do  południowokoreańskich standardów". Nie dziwi więc, że można usłyszeć opinię "Nie chcę zjednoczenia. To kosztowny ból głowy." Badania prowadzone przez Seulski Uniwersytet Narodowy wykazały, że w 1995 roku za koniecznością unifikacji opowiadało się 58% badanych. Liczba ta spadła do... 12,3% w 2008 roku. Za to aż 45% badanych w 2008 roku stwierdziło, że zjednoczenie jest zbędne. Aż 30% badanych zgodziło się ze zdaniem "W przeszłości byli naszymi etnicznymi braćmi, ale teraz zaczynam czuć, że są obcokrajowcami", 9% natomiast odhaczyło stwierdzenie, że "Północni Koreańczycy są takimi obcokrajowcami jak Chińczycy". Badania te i inne wykazują, jak drastycznie rośnie niechęć do połączenia na południu półwyspu. 
Czy kolosalny Budda Jednoczący zostanie zaledwie Buddą wielkiego sentymentu za utraconymi więziami? Wyrazem niezagojonej rany na organizmie narodu koreańskiego? Czy utracone więzi, których młodsze pokolenia w ogóle nie doświadczyły, mogą być dla nich wartością, za którą należy zapłacić bajońską cenę? Czy w ogóle układ wydarzeń politycznych dopuści do wystawienia rachunku i pozwoli na zapłatę? Łatwo powiedzieć: Oby tak się stało! Oby się połączyli! Trudniej pogodzić się ze świadomością, że status quo może być o wiele mniejszym złem. Myślę, że Buddzie Jednoczącemu mogą rozżarzyć się martwe dziś kamienne oczy dopiero wtedy, gdy Chińczycy zapomną, czym był komunizm, a północna monarchia stojąca na glinianych nogach zagranicznych subsydiów zapadnie się pod ciężarem własnej niemocy. Trzeba jakichś potężnych międzynarodowych wstrząsów, aby otworzyło się okienko unifikacji. Wtedy można będzie z czystym sumieniem powiedzieć owo "oby". Oby przelało się jak najmniej krwi!

Po tych współczujących medytacjach u stóp brązowego Buddy wrzucamy drobne w otwór gębowy żaby spełniającej życzenia donatorów i wypowiadamy kilka praktycznych próśb. Kiedy będziemy przechodzili tędy jutro, okaże się, że o pewnych sprawach, jak chociażby zdrowy pęcherz, zapomnieliśmy, ale nie wrzucamy już monet, bo ja obawiam się, że załatwiając nową sprawę dla G., skasujemy moje wczorajsze błagania. Status quo - mniejsze zło.

Po drodze do buddyjskiej świątyni Singheunsa przeprawiamy się przez malownicze drewniane i kamienne mostki zawieszone nad szerokim kamiennym korytem górskiego potoku. Uprawiamy fotograficzne hanami pod kwitnącymi wiśniami sakura yae oraz zachwycamy się setkami malutkich kamiennych piramidek, które turyści i pielgrzymi układają wzdłuż betonowych ścieżek. Zastanawiamy się, czy naszym zwyczajem zacząć podpierać potężne głazy małymi patyczkami. Mając jednak na uwadze efekt motyla i prawa Murphy'ego, rezygnujemy, nie chcąc zniszczyć lokalnej kultury.

Za kilka dni obchody urodzin Buddy (w tym roku majowa pełnia księżyca 4 maja), więc nie dość, że robi się kolorowo od zawieszanych wokół świątyni lampionów, to trafiamy na odbywającą się tylko raz w roku ceremonię święcenia małych chłopców na mnichów buddyjskich. Ciekawa, ale i przerażająca to tradycja. 

Będzie o niej jednak  w następnym odcinku...

Tajne przejścia do ilustracji znajdują się TU, TU i TU.