Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamadera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamadera. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

Yamadera, czyli na buddyjskim Olimpie

Olimp? Nie żeby siedziały tu najważniejsze buddyjskie bóstwa, ale jest cholernie wysoko! Jest też pięknie jak w najpiękniejszej bajce Walta Disneya (nie mylić z kiczem Disneylandu!).

Yamadera leży w górach ok. 40 km na zachód od Sendai. Zainwestowaliśmy więc tym razem w pociąg i dokonaliśmy jednodniowego skoku Matsushima - Sendai - Yamadera.

Zaparkowaliśmy legalnie rumaki, oznaczywszy je elegancko nalepkami. Oczywiście nie wiedzieliśmy, jak ta stajnia działa. Wystarczyło jednak jedno słowo i przemiła pani rowerzystka dokonała za nas całej procedury nalepkowej.


Stacyjka Matsushima niepozorna i senna. Może z powodu trzydziestostopniowego upału ta senność.

 

Jedziemy.

Z Krzyśkiem, po miesiącu wspólnej podróży, porozumiewamy się czasem bez słów:


"Co za wał mi tu zza zasłony zdjęcia robi?!?"
"Aaaaa, to kolega fotograf wycieczkowy!"
Yamadera znaczy wprost - górska świątynia (buddyjska), jednakże poprawna nazwa świątyni, a raczej kompleksu składającego się z ponad 40 budynków porozrzucanych na powierzchni 1.155.000 m kw., to Hōju-san Risshaku-ji. Założona została w 860 roku.
Hōju-san jest świętą górą buddyjskiej sekty Tendai.


 
W głównym budynku świątyni od ponad jedenastu wieków płonie Fumetsu-no-Hōtō (wieczne światło buddyzmu). Płomień ten przywieziony został z Chin do Kyoto przez jednego z mnichów, a z Kioto przekazany do Risshaku-ji. Zdjęć robić nie zezwolono.

Idziemy ulicami mieściny i spotykamy sympatycznego mnicha, który urzeka mnie tym, że jest jednocześnie podobny do Tytusa, Romka i A'tomka. Czyżby Papcio Chmiel tu był?
 

Zmierzając do bramy głównej kompleksu, spotykamy odpoczywających w cieniu dwóch poetów. Wędrują po tych górach od 1689 roku jako senpai i kōhai (mistrz i uczeń) sztuki haiku.


 Zaraz, zaraz! Przecież to mój odwieczny adwersarz Matsuo Bashō wraz ze swoim studentem i akolitą Kawai Sora. Przebyli razem przez Tōhoku 2.400 km per pedes! Nic dziwnego, że wyglądają na lekko sfatygowanych. Zagaduję do Bashō, o co się rozchodzi z tą Matsushimą, ale ten chyba znowu cierpi na niedostatek słownika, bo milczy (podobnie jak jego uczeń) jak kamień.
Nic to, może jeszcze będzie okazja...

Kawałek dalej trafiam na siedzącą w cieniu starszą panią, która w ramach odpoczynku układa sobie z kawałka papieru... żabkę Kaeru! Podchodzę do niej i chwalę się moją. Próbuję jej powiedzieć, że ona mnie strzeże w drodze do domu, ale trochę zapadam na bashyzm (brak słów). Pani prezentuje swoją żabkę,

 
a potem jeszcze kilka zwierzaków poskładanych według tajemnej sztuki origami. Piękne. Kłaniamy się i życzymy sobie bezpiecznego kaeru.

Przechodzę obok stoiska z malutkimi figurkami Jizo. Są białe z czerwonymi czapeczkami i śliniaczkami. Ludzie je kupują i zostawiają na stole obok, zapewne w intencji jednej z mocy, jakimi dysponuje Jizo. Ponieważ Krzychu niedługo wyjeżdża, to myślę sobie, że i żabce i mnie będzie raźniej i bezpieczniej, jeśli Jizo pojedzie z nami. Wszak to, między innymi, patron podróżnych. Żaba mówi: klawo! No to płacę i Jizo ląduje w zewnętrznej kieszeni torby zaraz obok Kaeru. Od tej pory będziemy podróżować w trójkę. Ciekawe, kiedy zacznę do nich przemawiać...

 
 
Pniemy się po schodach, których jest 1000 i mijamy kolejne obiekty świątyni. Nie mogę się nadziwić, jak ten ułożony naród szpeci drewniane zabytki papierowymi naklejkami. Pytam jednego z pielgrzymów, w czym rzecz. Odpowiada pierwotną angielszczyzną, że to grupy pielgrzymów zostawiają na pamiątkę swoje ślady. Są na nich nazwy tych wycieczek, a może nazwiska indywiduów. I to jest legalne?! - pytam. Patrzy na mnie jak na kosmitę. Arigatō - dziękuję i odchodzę. Wciąż trudno mi się w tych obyczajach połapać. Ale mam jeszcze czas. :)


 

Zauważamy, że pielgrzymi lokują kapitał szczęścia w dziwnych miejscach.



 
 
Mijamy czarodziejskie ogrody...

 


Witamy się z sympatycznym buddą, którego oblazły jego cokolwiek straszne klony. 




 Wreszcie docieramy do górnych partii Risshaku-ji. Niech się Wam ładnie zaprezentują...





 
Na koniec ćwiczę autofoty, bo przez następny miesiąc będzie to jedyna metoda dowiedzenia, że tam byłem.

 
Po zejściu w dół zakochujemy się w lodach (jest jakieś 35 st. C).


I czekamy na pociąg... 

 

 
Po powrocie do Matsushimy widzę Krzyśka stojącego na końcu molo i zapatrzonego w morze oceaniczne. Po chwili czuję wilgoć na czubkach palców u nóg. Czy to oceaniczny przypływ, czy też potok Krzyśkowych łez przesunął linię brzegową w moją stronę?

 

Zresztą na koniec oddajmy mu głos:

O Matsushimie powiedziano chyba już wszystko, a najdobitniej o jej urokach wysłowił się Robert w swoim pionierskim "poemacie". Mnie urzekł i zachwycił ocean. Stojąc wczoraj nad brzegiem Pacyfiku, patrząc w jego bezkresną dal, poczułem swoją wielkość. Choć jako jednostka jestem nieznaczącym okruchem tej przestrzeni, to jednak jako człowiek czułem dumę. Przebyliśmy tysiąc kilometrów żeby stanąć na krańcu świata i spojrzeć w błękit oceanu, mówiąc do siebie z uśmiechem na twarzy "Jestem Wielki". Miałem ochotę, aby ta chwila trwała wiecznie.

Ktoś spytał, gdzie nasze kaski. Na to mam krótkie wytłumaczenie. Jadąc bez kasku, wymusiliśmy na tutejszych kierowcach wzmożoną uwagę, bo który z nich chciałby potrącić białego, na dodatek bez kasku. Trudno im się z nami dogadać, jak mamy całe głowy, a co dopiero byłby za dialog z białą, rozbitą głową.
Pozdrawiam wszystkich stałych czytelników i tych którzy goszczą tu od czasu do czasu. Miło było mi podróżować w Waszym towarzystwie. Mnie już przyszło się żegnać z tą wyjątkową przygodą. Czas wracać do domu.