wtorek, 12 stycznia 2016

Dzień 4. Droga do Rayon

Czwartego dnia śpimy do 9. O dziwo, po wstaniu słyszymy padający deszcz. Co jest!? Przecież to pora sucha. Nie powinno, do diaska, padać! Nie wiemy jeszcze, że później będziemy błogosławić każdą z tych schładzających kropli.
Wychodzimy z kwatery. Opustoszałe bary śpią na ostrym kacu.

Jedziemy w deszczu pod Family Markt i wciągamy po zupce błyskawicznej, siedząc na kamiennym schodku. 

Zajeżdżamy na plażę. Nie   zazdraszczamy wczasowiczom ciasnoty pod parasolami, namolności obnośnych handlarzy i ogólnego rwetesu.



Pozujemy do zdjęć pełni dezaprobaty.
Potem powoli wydostajemy się z Pattayi, błądząc wte i wewte. 

Chcemy wydostać się na wschód, odbijając od wybrzeża, aby ściąć półwysep i dostać się do Rayon krótszą drogą. Trafiamy na jakieś ruchliwe drogi i remonty zmuszające nas do objazdów. Chmury powędrowały gdzieś na północ i słońce piecze niemiłosiernie.
Po wyjeździe z miasta stajemy na kawę w przydrożnej knajpce. Ponieważ słońce w zenicie, przeczekamy tu najgorsze godziny, zanim pojedziemy dalej.
Czekamy. Pijemy kawę. Piszemy. Czekamy.
Napływa nowa dostawa chmur. Robi się troszkę ciemniej i odrobinę chłodniej.
Ruszamy. Zaczyna padać i... to jest boskie! Dosłownie dar z niebios! Odparowująca z nas woda schładza ciała. Znajdujemy autentyczną radość z jazdy. Przypomina mi się cytat z Beatlesów, który  zamieściłem w opisie wycieczki do Japonii. Chodzi o ich utwór Rain. Chce się śpiewać w takich warunkach. Śpiewamy.
Przez dłuższy czas jedziemy lokalnymi drogami. Ich otoczenie przypomina nam scenografię z amerykańskich filmów o wojnie wietnamskiej. Soczysta, bujna zieleń, z której wyrastają wyniosłe palmy.

Mijamy łukiem rozległy ośrodek z polem golfowym, gdzie przez chwilę wydaje mi się, że widzę potwora morskiego wystawiającego łeb z jakiejś sadzawki. Chyba zabłądziło biedaczysko.

Potem mijamy stadko słoni. To nasze pierwsze spotkanie ze słoniami. Cieszymy się jak dzieci!

Na pobliskim parkingu zauważamy drzewa, z których opadają płatki pięknych żółtych kwiatów. Pewnie jest im miło tak sobie kwitnąć w środku stycznia. Nasze tak nie umieją.
Nieopodal pośród kwietnego dywanu pląsają jakieś trzy nimfy. Cieszą się, ustawiając różne figury z kwiatami w dłoniach. Ładny to balet. Radosny jakiś i pozytywnie energetyczny.
Prosimy więc, aby i dla nas ustawiły ładną pozę.
A czemu by nie! - odpowiadają, śmiejąc się i natychmiast wdzięczą się do obiektywu.
Wymieniamy podstawowe informacje (miejsce i data urodzenia, miejsce pobytu stałego i tymczasowego, miejsce przyszłych ewentualnych pobytów) i żegnamy się.
Po drodze wokół ośrodka golfowego mijamy jeszcze kolej ciuchciową  oraz zwierzątka prosto z lasów i kniei.




W dalszej części docieramy do autostrady, którą jedziemy raz pod prąd, raz poboczem nieutwardzonym typu enduro, zaś znowu z prądem. Nie to, że nie wiemy, jak się jeździ autostradą. Znaleźliśmy się po prostu po jej niewłaściwej stronie.

Po kilkunastu kilometrach opuszczamy autostradę pierwszym zjazdem i musimy nadrobić kilka kilometrów, żeby kontynuować lokalną drogą.
Będąc już na niej, stajemy przy przydrożnym kiosku z kiełbaskami. Zamawiamy po dwie, a do nich otrzymujemy sałatkę ze świeżych warzyw. Wszystko w woreczkach. Wszystko na ostro.



Zjadamy ze smakiem na jakimś kamiennym schodku i zauważamy, że nie zauważamy powietrza w tylnym kole Krzyśkowego roweru. Hurra! Pierwszy kapeć! I to pierwszego dnia jazdy!

Jak na leniwych przystało, zamiast ściągać koło (tylne! masakra!), wydłubywać dętkę spod opony, kleić ją łatkami i ponownie pompować, Krzysiek podpina do wentyla pojemnik ciśnieniowy z klejem, strzela z niego, jednocześnie uszczelniając i pompując. Voila! Rower gotowy do dalszej jazdy!
Droga przed nami szeroka i w miarę spokojna. Tylko lekko się wznosi i opada. Gdzie jej tam do dróg japońskich czy tym bardziej szkockich. Tam to były sinusoidy! Tu - lekko falująca wstążka.
Robimy przydrożne zakupy
i zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Nie dojedziemy dziś do Rayon. Jest za późno, a w nas coraz większe zmęczenie, nie tyle w mięśniach, co w całym ciele. Od upału. Nie dodałem, że po cudownym deszczu słońce znowu wyszło i zrobiła się prawdziwa sauna. Milion stopni Celsjusza przy milionie procentów wilgotnościowych!
Szukamy, szukamy, szukamy...
Wreszcie widzę napis przypominający mi jakieś słowo związane z hotelarstwem, pochodzące ze ściągi, którą wozimy ze sobą. Bingo! To oznacza kwatery prywatne, a więc tani dach nad głową. Zbaczamy z jezdni i po chwili widzimy kolorowe pawiloniki sypialne. Nie ma tylko ludzi. Są telefony na recepcji, co wskazuje, że być może obsługę należy wezwać. Ale jak?
Nie umiemy dzwonić i wzywać obsługi przez telefon. Zaczynam więc obchodzić kiosk administracyjny i krzyczę: hop-hop! Z drugiej strony może? Hop-hop!
Ho-ho! - odpowiada jakiś głos i spod bambetli jednego z pomieszczeń wygrzebuje się młody chłopak. Ponieważ jest między nami bariera językowa, składam głowę na bok i podsuwam obie dłonie jak do spania. Okej? - pytam. Okej - odpowiada i znika, aby po chwili wrócić z ręcznikami. Prowadzi nas do ostatniego z kolorowych pawiloników i... jesteśmy w domu!


Fajny pokój, jest woda, jest nawet klima. Najfajniejsza jest dziecięca pościel, pod którą zamiast materaca znajduje się drewniany katafalk (określenie Krzycha).

Czy będzie nam się dobrze spało? Dowiemy się rano!
Dobranoc!


10 komentarzy:

  1. Z odcinka, na odcinek ciekawiej, tylko ten klimat.

    OdpowiedzUsuń
  2. W takiej pościeli - na pewno dobrze :))
    Fajny pomysł na wykorzystanie nieużywanych parowozów i wagonów - zamiast rdzewieć w krzakach, cieszą oko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tak jak Ewa2 "...tylko ten klimat." Dobrze mieć komfort oglądania tropików Twoimi oczami, tylko te słonie chętnie bym zobaczyła osobiście. Zwierzątka z różnych lasów i kniei całkiem swojskie, za to żółte kwiaty i smok w sadzawce bardzo egzotyczne:)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawa jestem tego sprzetu do naprawianie kapcia w rowerze... Dzieki za podpowiedz, teraz bede szukac czegos takiego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten sprzęt Krzych kupił w Decathlonie za 15 zł. Marka B-Twin. Ten, który mamy jest na 1 strzał, ale są większe. Cena równa nowej dętce, za to oszczędność czasu w awaryjnej sytuacji - bezcenna!

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. W następnym poście ;)

      Usuń
    2. dzięki, czytałam przy śniadaniu zaraz :) z czytaniem jestem na bieżąco, z komentowaniem ciut gorzej to wygląda ;) ale Twoja opowieść wciąga!

      Usuń