czwartek, 4 lutego 2016

Wodospady Erawan

Wstajemy o 4:50 - takie wczasy.
Żeby dojechać do Parku Narodowego Erawan, potrzebujemy dwóch autobusów, jednej przesiadki i czterech godzin jazdy w jedną stronę.
O 5:30 z dworca autobusowego pod Pomnikiem Zwycięstwa w Bangkoku zabiera nas minibus jadący do Kanchanaburi, stolicy prowincji o tej samej nazwie. Po raz pierwszy w systemie komunikacji minibusów zdarza się, że godzina odjazdu jest ważniejsza od uzbierania kompletu pasażerów. Nie wiemy dlaczego, ale odjeżdżamy punktualnie z zaledwie trzema osobami na pokładzie. Jest to niespotykana okazja, aby wyciągnąć się na tylnym siedzeniu i odespać zarwaną noc.

Do Kanchanaburi zajeżdżamy dwie godziny później. Sen na pokładzie minibusa był równie twardy, jak siedziska w kolejnym pojeździe, do którego wsiadamy po kilku minutach spędzonych na dworcu autobusowym. Do Parku Erawan zawiezie nas wysłużony autobus, jeden z wielu, które obserwowaliśmy na ulicach Bangkoku, ale nie mieliśmy okazji skorzystać. Podłoga drewniana, szyby otwierane jak w pociągach starej daty, trzy duże wentylatory zwisające z sufitu, i ozdoby - drewniane i posrebrzane. Cofamy się w czasie o dobre kilkadziesiąt lat. 

Wpierw jednak kierowca zwołuje donośnie pasażerów jadących pierwszym dziś kursem do Erawan. Chętnych nie brakuje. Kiedy dobierzemy pasażerów na dwóch przystankach rozlokowanych w innych punktach miasta, zabraknie miejsc siedzących na twardych ławkach i część osób odbędzie podróż, stojąc lub siedząc na drewnianej podłodze.
Ku naszemu zdziwieniu wśród podróżnych nie ma ani jednego Taja. Sami "biali" i mieszkańcy trójkąta Chiny/Korea/Japonia.

Kanchanaburi jest popularną wśród turystów bazą wypadową do kilku pobliskich parków przyrodniczych, a także miejsc upamiętniających niewolniczą pracę jeńców wojennych z czasów II WŚ. To właśnie w tym rejonie Japończycy zarządzili budowę tzw. Kolei Birmańskiej, przy budowie której życie straciło ponad 100 tys. cywilów i jeńców alianckich. To tu znajduje się słynny most na rzece Kwai.

Celem naszej jednodniowej wycieczki są jednak wodospady położone w parku Erawan oddalonym od Kanchanaburi o kilkadziesiąt kilometrów. Stary autobus, będący sam w sobie atrakcją turystyczną, wiezie nas tam przez kolejne dwie godziny. Jego silnik stara się robić wrażenie mającego wkrótce wyzionąć ducha, a każde przełożenie biegu brzmi, jakby ktoś powrzucał pręty zbrojeniowe pomiędzy koła zębate. 

To jednak tylko turystyczna udawanka. Dojeżdżamy bezpiecznie na miejsce i po śniadaniu w jednej z prostych tajskich jadłodajni oraz po kawie w sąsiedniej kawiarni wyruszamy na szlak.
Do przejścia mamy zaledwie około dwóch kilometrów i siedmiu progów wodnych w jedną stronę, ale liczba uroczych miejsc jest tak wielka, że częste postoje opóźniają marsz. Dojście do ostatniego, siódmego stopnia wodospadów zajmuje nam ponad dwie godziny.
Wśród turystów, podobnie jak w autobusie, nie ma Tajów. Jest za to wielu Polaków i Rosjan. Zdarzało się nam słyszeć język polski w Bangkoku i w Angkorze, jednak tu momentami czujemy się jak w okolicach Zakopanego. Są oczywiście i inne języki. Gdyby nie otaczająca nas na całej trasie dżungla, byłby to spacer po jednym ze szlaków gór europejskich. Ferie zimowe w Europie robią dobrą robotę budżetowi Tajlandii.

Cały niewielki szlak jest zachwycający. Współistnienie skał, wody i bujnej roślinności stworzyło przez tysiące lat bajeczne krajobrazy. Podczas dozwolonej w każdym z oczek wodnych kąpieli emocjonującego uroku dopełniają ryby, które znamy z akwariów przy Khaosan w Bangkoku. Wystarczy zanurzyć stopy w dowolnym miejscu, aby otoczyła je ławica głodomorów. Te rybki, w odróżnieniu od tamtych z akwariów, są duże i mają wilczy apetyt. Chętni do kąpieli popiskują więc bez przerwy. Jedynym sposobem uwolnienia się od natrętnych pożeraczy ludzkiego naskórka jest rzut na głęboką wodę i dynamiczne pływanie. Wiem, bo sprawdziłem.

Zobaczcie, jak to wszystko wygląda...

Korzenie drzew w dżungli.


Bajeczne kaskady, wodospady i oczka wodne.

W każdym oczku wodnym małe i duże ryby czekające na ludzkie nogi.
Pływak w jednym z jeziorek - na pewno już oskubany.
Spacer z dzikiem.
Baśniowe klimaty.
Chwila kontemplacji.
Kąpiel pod jednym ze stopni wodospadów.
Dżungla.
Sprawdzam, co w jaskini piszczy...
Piknik na progu wodnym.
Są miejsca, gdzie trudno o kontemplację.
Tu można bez fotomontażu zagrać Żwirka, Muchomorka lub Smerfa.

8 komentarzy:

  1. Pięknie, warto było odbyć długą drogę, żeby zobaczyć takie cuda baśniowe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Absolutnie bajkowe klimaty!!! Brak słów...
    Powodzenia !

    OdpowiedzUsuń
  3. A jak te ryby skubią? Strasznie duże są! Jak to się czuje? Boli??
    No i czy woda ciepła? Przyjemnie chyba było się pluskać, mimo skubiących ryb?
    Pięknie i bajkowo, ach!

    OdpowiedzUsuń
  4. Skubią blisko dna, więc narażone są głównie nogi. O odczuciach pisałem w rozdziale o Khaosan - przypomina to rażenie lekkim prądem. Tyle, że w przypadku większych ryb, "prąd" jest również większy. Mam też skojarzenia z kocim językiem. Można sobie wyobrazić stado podwodnych kotów, które chcą Ci okazać swoją miłość :)
    Było bardzo przyjemnie. Dużo cienia, choć wciąż gorąco, a woda (górska) chłodniejsza od morskiej, choć wciąż ciepła. No i jej przejrzystość i kolor, które dobrze wyszły na zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dołączam do "achów", inaczej się nie da:))) Co do tropików, obawiam się tylko jednego: różnych robali. Dziczek wypasiony (w obu sensach tego słowa). A w jaskini chyba jednak nic nie piszczało, bo byś nam powiedział:)))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robale nie doskwierają. Coś tam czasem utnie, czasem użre, ale bez sensacji. Może to zaleta podróżowania w porze suchej. Więcej problemów miałem z meszkami na Hokkaido, która bynajmniej do tropikalnych nie należy.
      Dziki, umorusane w błotku, spacerowały obojętne obok człowieków. Nie widziałem jednak, by ktokolwiek głaskał :)
      W jaskini jedynie kapało, jak u Gawła z powały. Wolałem prysznic wprost z wodospadu :)

      Usuń
  6. Cudownie tam! I te krzaczory na ostatnim zdjęciu - rewelacja. Szkoda że takie zatłoczenie na tej "plaży", ale i tak bajkowo.
    Ze skubaniem miałam przygodę w Egipcie. Była taka jedna cholerna zółto-niebieska rybka która się uparła na moje różowe buciki wodne jak snorkowałam i tylko czaiła się na mnie w koralach. Uczucie jakby prąd lekko kopał :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było dużo miejsc do wypoczynku i kąpieli. Niektórzy po prostu lepiej czują się w stadzie :)
      W innych lokacjach był spokój. Wybór na każdy nastrój :)
      Na te kolorowe rybki z raf koralowych trzeba uważać. Niektóre mają niezłą siłę rażenia (z tego co pamiętam, np. skrzydlice). Jeśli jednak ona Cię w gumiaki skubała, to chyba nie bolało :)

      Usuń